NIESAMOWITE ŻYCIE
Na weselu mojej przyjaciółki Zosi bawiliśmy się przez dwa dni: hucznie, syto i radośnie. Pan młody był niczym Alain Delon przepiękny i zaskakująco skromny jak na swój niezwykły wygląd. Goście dyskretnie przyglądali się Władkowi: niebieskie oczy jak kwitnące chabry, za długie jak na mężczyznę czarne rzęsy (do licha, po co natura daje takie skarby facetom?!), wyrazisty podbródek, nos jak z rzeźby i nieskazitelną oliwkową cerę. Wisienka na torcie: prawie dwa metry wzrostu i szerokie bary. Gdyby nie nasza sympatia do Zosi chyba byśmy się o takiego egzemplarza pokłóciły przy weselnym stole. Władek był aż za ładny.
No zobacz, kogo ty sobie złapałaś! zagadywałyśmy Zosię, każda próbując wyglądać bardziej samotnie i żałośnie na wypadek, gdyby Władek miał w rodzinie równie pięknych braci.
Dziewczyny, przestańcie! Ja pokochałam Władka za jego prostotę. Pochodzi ze wsi, wychowany przez babcię, złota rączka, prowadził gospodarkę. Poznaliśmy się przez przypadek, jak rodzice postanowili kupić działkę w jego miejscowości. Jest dobry, przewidujący, można na nim polegać. Gospodarstwo ogarniał jak nikt! Męski facet! Ledwo udało mi się go namówić na przeprowadzkę do miasta, musiałam go przekonywać przez tygodnie śmiała się.
Władek świetnie odnalazł się nie tylko w nowej rodzinie, ale też w mieście: w ciągu kilku lat nauczył się rozróżniać dobre alkohole, używać perfum, rozmawiać o polityce, sztuce, podróżach, indeksie WIG, sporcie, a mazowiecki akcent zniknął bez śladu. Dostał prawo jazdy na samochód pożyczony młodej parze przez teścia i bardzo przyzwoitą posadę w jego firmie. Kto młodym dał mieszkanie sami się domyślcie.
Po roku małżeństwa Zosia odkryła, że Władek ma słabość do białych skarpetek. Tylko w idealnie śnieżnobiałych skarpetkach chodził po domu i w gościu, wkładał je nawet do kaloszy, a gdy gdzieś przyszli, bez butów stawał na obcych brudnych podłogach bez skrępowania.
Miłości do białego elementu garderoby Zosia nie podzielała, ale pokornie myła podłogę dwa razy dziennie i hurtowo kupowała wybielacze. Tak pojawiła się ksywka Skarpetka.
O tym, że Władek ją zdradza, Zosia dowiedziała się w ósmym miesiącu ciąży. Kochanka była w tym samym stanie. Władek został wyrzucony z domu, zwolniony, przeklęty i opłakany w ciągu doby. Potem przyszły nijakie, lepkie dni szarej jesieni. Leżałam całymi dniami na ogromnym łóżku, wpatrując się w sufit suchymi oczami.
Popłaczę później, teraz dla dziecka to niezdrowe.
Zosia leżała jak mumia na łóżku. My pilnowałyśmy jej w ciszy, zmieniając się jak na warcie, by była sama, a nie samotna.
Wszystkie chciałyśmy płakać tak, żeby rozdzierać książkę jej życia i wyrywać te zdradzone kartki. Ale trzeba było milczeć i czekać.
W dniu wyjścia ze szpitala robiłyśmy hałas, potrząsałyśmy balonikami, błagałyśmy położne o symboliczną lampkę herbaty na odwagę i żegnałyśmy się z resztką godności, życząc wszystkim zdrowia i szczęścia. Dziadek nowo narodzonego wnuka najbardziej: nocą, wzruszony po obietnicach wobec personelu, narysował ogromny kredowy napis pod salą córki Dziękuję za wnuka! i próbował jeszcze coś zaśpiewać, ale powstrzymała go ochrona. Miły ochroniarz pozwolił mu opowiedzieć cały repertuar w swojej kanciapie, przy kieliszeczku koniaku, nie narażając porządku publicznego.
W dniu wypisu dziadek był świeży, promienny i wzruszony do łez pamiętam to dobrze. Płakał z radości i dumy. Łez nie szczędziłyśmy i my, całując Zosię i zerkając nieśmiało w błękitny rożek, w którym spał mały Ignaś. Tylko Zosia nawet ze szczęścia nie płakała:
Później. Jeszcze się okaże, że mleko się zestresuje.
Po porodzie Zosia milczała jeszcze dwa miesiące. A potem wstała i poszła odszukać Władka. Bez zapałek i kwasu, za to z ogromną potrzebą, by wrzeszczeć i łamać talerze, żeby wykrzyczeć ból, który przykleił ją do łóżka, przelewać ten ból na zdrajcę. Na tego, który zniszczył świat jej nadziei i ich dom z malutkim synkiem, w którym widziała siebie wieczorami dziergającą skarpetki dla ukochanych mężczyzn, śmiejącego się Ignasia biegnącego za ręce z nią i Władkiem, tak bardzo jej potrzebnym.
A chciała jeszcze spojrzeć w oczy tej bezwstydnej, która sypiała z czyimś mężem. Wiedziała, że te oczy będą pewnie piękne, pewnie bezczelne. I właśnie w te oczy chciała splunąć. Tak, splunie. A jak będzie trzeba, to nawet zadrapie.
Adres zdrady udało jej się ustalić przypadkiem, na spacerze z dzieckiem, z pomocą czujnych sąsiadek. Starsze panie wzięły Zosię na bok, przypomniały, że Władek to kawał drania, opisały cały marszrut do mieszkania kochanki i akty zemsty. Zosia się popłakała i prawie uciekła, ale coś ją trzymało.
Więc stoi teraz, Zosia, przed wejściem do obskurnego bloku. Wystarczy wejść na piąte piętro i co wykrzyczeć, czy splunąć?
Na pierwszym piętrze pomyślała, że pewno dom pusty i zmarnuje tylko czas. Na drugim pomyślała, że może i dobrze, jeśli nikogo nie będzie. Na trzecim usłyszała płacz dziecka zza drzwi mieszkania na piątym.
Otworzyła jej chuda, zapłakana dziewczyna, która w niczym nie przypominała femme fatale odbijającej męża-anioła. Zoska patrzyła w osłupieniu na chlipiące dziewczę, a z głębi mieszkania dobiegał głodny wrzask niemowlęcia.
Dzień dobry, Zosiu. Władka już tu nie ma, odszedł dwa tygodnie temu. I nie wiem, gdzie jest powiedziała dziewczyna i osunęła się na podłogę, zalewając się łzami.
Zosi zniknęła ochota na awanturę. Chciała wejść i uciszyć dziecko tej biednej matki, a potem złośliwie dorzucić: Kochałaś się, to teraz baw się w pieluchy, suko! taką miała myśl, żeby zabolało. I popatrzeć na nią pogardliwie, bo jakby nie patrzeć, była tą oszukaną stroną.
Niemowlak był suchy, ale opuchnięty od płaczu, rozpalony od krzyku, wycieńczony głodem. Jego matka leżała na zimnej posadzce i szlochała.
Jak w pośpiechu otwierała szafki w kuchni szukając mieszanki i obmacywała pustą lodówkę Zosia przypominała sobie z trudem. Potem znalazła na kuchennym stole kartkę z urwaną notką Proszę w moim sam… zadrżała z przerażenia.
Dziewczyna z podłogi przez łzy wyznawała Zosi jak najlepszej przyjaciółce, że nie ma gdzie pójść z tego wynajmowanego mieszkania, a czas już mija za kilka dni. Że mleko zniknęło, Władek przepadł, pieniędzy nie ma, żal ogromny, i wstyd, za późno, nie wiedziała, przeprasza. Można ją uderzyć, nawet trzeba. Chłopczyk nazywa się Pawełek i niech Zosia zapamięta, tak na wszelki wypadek. Pawełek był starszy od Ignasia o zaledwie 9 dni.
Do domu Zosia biegła na złamanie karku, bo za dwadzieścia minut Ignaś miał wołać o pierś. Niełatwo niosło się dwie ciężkie torby Kasi bo tak miała na imię tamta dziewczyna a obok zadyszana Kasia biegła z najedzonym Pawłem na rękach. Zosia biegła i myślała, gdzie postawi jeszcze dwa łóżeczka.
Trzy lata później bawiłyśmy się na weselu Kasi, cztery lata później Zosi. Mąż Zosi ma alergię na białe skarpetki, twierdzi, że życie musi być kolorowe, kocha żonę, syna i dwie córeczki. Kasia jest mamą czterech chłopaków, a jej mąż wciąż ma nadzieję, że będzie córeczka…






