Nazywam się Bartosz Widera, mam czterdzieści jeden lat i od dwunastu prowadzę warsztat blacharsko-lakierniczy przy Głogowskiej we Wrocławiu, ten sam, który kiedyś należał do ojca mojej żony. Piszę to, bo teściowa, Zofia Kolman, opowiada wszystkim na osiedlu swoją wersję. Niech będzie i moja.
Zacznę od tego, że teścia, Ryszarda, pochowaliśmy w marcu zeszłego roku. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca. Warsztat prowadził czterdzieści lat, sam, później ze mną, bo ożeniłem się z Agatą jedenaście lat temu i wszedłem do rodzinnego biznesu, bo umiałem się tym zająć, a on już nie miał siły stać przy lakierni po dwunastej godzinie. Zofia nigdy tam nie zaglądała, poza tym, że przynosiła obiady w słoikach.
W testamencie Ryszard zapisał warsztat mnie. Nie żonie, nie córce, mnie – bo, jak napisał u notariusza, "to ja go prowadzę od ośmiu lat i to ja go utrzymuję przy życiu". Zofia dostała mieszkanie na Krzykach i oszczędności, jakieś sto dwadzieścia tysięcy złotych. Agata nic – ale to była decyzja jej ojca, nie moja, i nie miałem na to wpływu.
Od tamtej pory Zofia dzwoni codziennie. Nie żeby zapytać, jak sobie radzę, tylko żeby przypomnieć, że "to był warsztat jej męża", że "krew nie woda", że "wnuki powinny coś po dziadku mieć". Mamy dwoje dzieci, Olę i Kubę, jedenaście i osiem lat. Zofia zaczęła przychodzić do nas w niedziele z ciastem i przy każdej wizycie pytała dzieci, czy tata "już zapisał na nie warsztat".
Trzy tygodnie temu przyszła w środę, nie w niedzielę, bez ciasta. Usiadła w kuchni, poczekała, aż Agata wyjdzie odebrać Kubę z treningu, i powiedziała mi wprost: chce, żebym przepisał warsztat na Olę i Kubę, "żeby to zostało w rodzinie jak trzeba", a ja mam dostać "dożywotnie prawo do prowadzenia go, jak zarządca". Powiedziała to słowo – zarządca – o firmie, którą sam postawiłem na nogi po śmierci jej męża, spłaciłem kredyt na lakiernię proszkową, wynegocjowałem kontrakt z trzema flotami taksówek.
Odmówiłem. Powiedziałem, że warsztat jest mój, zgodnie z wolą Ryszarda, i że dzieci i tak go odziedziczą, kiedy przyjdzie na to czas, bo to oczywiste. Zofia wstała, powiedziała, że "zobaczymy, kto tu się myli", i wyszła, nie zamykając za sobą furtki.
Dwa dni później zadzwonił do mnie księgowy. Ktoś złożył w urzędzie skarbowym doniesienie, że nie odprowadzam pełnych podatków od warsztatu, że "zaniżam przychody", że trzeba to sprawdzić. Nazwisko zgłaszającego było utajnione, ale wiedziałem. Zofia od lat znała moją księgową z parafii, wiedziała, gdzie trzymam segregatory, bo dwa razy pomagała mi je nosić do samochodu, kiedy Ryszard jeszcze żył.
Kontrola przyszła tydzień później. Dwie panie z urzędu, grzeczne, rzeczowe, spędziły u mnie cały dzień. Nic nie znalazły, bo nie było czego znaleźć – prowadzę księgowość uczciwie, mam wszystkie faktury od dwunastu lat. Ale zanim podpisały protokół bez zastrzeżeń, przez cały dzień miałem spocone dłonie i za każdym razem, gdy któraś sięgała po kolejną teczkę, żołądek podchodził mi do gardła.
Tego samego wieczoru Agata usiadła naprzeciwko mnie przy stole i powiedziała, że dłużej tego nie zniesie – ani matki, która donosi na własnego zięcia, ani mnie, jeśli dalej będę milczał i czekał, aż to samo zrobi coś gorszego. Powiedziała, że jej ojciec zostawił mi warsztat, bo mi ufał, i że jeśli ja teraz się ugnę, to zdradzę tę wolę bardziej, niż gdybym w ogóle nie przyjął spadku.
W piątek zadzwoniłem do notariusza, tego samego, który sporządzał testament Ryszarda, pana Mareckiego z kancelarii przy placu Grunwaldzkim. Umówiłem się na poniedziałek i przyniosłem mu wszystko: wypis z rejestru firmy, kopię testamentu, umowę z flotami taksówek, historię spłaty kredytu na lakiernię – sto sześćdziesiąt tysięcy złotych, spłacone w całości cztery miesiące temu. Poprosiłem o dwie rzeczy: sporządzenie aktu darowizny udziałów w firmie na rzecz Oli i Kuby, w wysokości piętnastu procent każde, w formie zabezpieczonej tak, żeby stały się pełnoprawnymi udziałowcami z chwilą ukończenia osiemnastego roku życia, oraz pismo do urzędu skarbowego z pełną dokumentacją księgową za ostatnie trzy lata, żeby zamknąć sprawę doniesienia raz na zawsze.
Zofię zaprosiłem na rozmowę do kancelarii, nie do naszej kuchni. Przyszła w czwartek, w tym samym płaszczu, w którym była na pogrzebie Ryszarda. Pan Marecki położył przed nią akt darowizny i powiedział, że wnuki dostają swoje piętnaście procent każde, zgodnie z prawem i bez żadnego "zarządcy" pośrodku, bo firma zostaje moja, tak jak chciał jej mąż. Zofia przeczytała dokument dwa razy, palcami przejechała po podpisie notariusza, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwy.
– A ja? – zapytała w końcu, cicho, bez tej pewności, z jaką wchodziła do mojej kuchni trzy tygodnie wcześniej.
Powiedziałem jej, że drzwi warsztatu są dla niej otwarte, tak jak zawsze, że wnuki będą wiedziały, skąd to wszystko pochodzi i po kim. Ale że donoszenie do skarbówki na człowieka, który spłacił kredyt jej męża i codziennie wstaje o piątej, żeby ten warsztat żył, to było ostatnie, na co mogłem pozwolić bez odpowiedzi. Dodałem, że protokół kontroli, bez żadnych zastrzeżeń, leży teraz w moim segregatorze – obok kopii jej doniesienia, które księgowy zdołał ustalić przez znajomego w urzędzie.
Zofia nie odpowiedziała. Wstała, wzięła swoją torebkę i wyszła z kancelarii, zostawiając na stole długopis, którym miała podpisać się jako świadek darowizny. Pan Marecki podał mi go bez słowa, ja schowałem go do kieszeni marynarki – taki sam, jakim jej mąż podpisywał ze mną pierwszą fakturę na lakiernię, dwanaście lat temu, kiedy jeszcze nikt nie mówił o żadnym zarządcy.
W niedzielę Ola zapytała mnie przy obiedzie, czy babcia jeszcze przyjdzie z ciastem. Powiedziałem, że pewnie tak, tylko może nie w tę niedzielę. Kuba, nie podnosząc oczu znad talerza, dodał, że w takim razie upiecze dla babci szarlotkę sam, bo widział przepis w internecie i wygląda łatwo. Agata roześmiała się pierwszy raz od trzech tygodni i sięgnęła po jego talerz, żeby dołożyć mu ziemniaków.







