W zagłębieniu śniegu tuż przy polskiej drodze porzucono nowo narodzone szczenięta. Miały przed sobą tylko kilka godzin życia

W dołku w śniegu tuż przy krajowej trasie leżały porzucone nowo narodzone szczeniaki. Bez pomocy miałyby przed sobą najwyżej kilka godzin życia.

Maluchy, ile sił w skarlałych ciałkach, próbowały przetrwać, tuląc się do siebie jak najbliżej. Dzisiaj rano przez lokalny internet przewinęła się krótka, poruszająca wiadomość: tuż przy trasie, na śniegu, ktoś zostawił kilka maleńkich piesków.

Zmarznięte kuleczki zwijały się razem, próbując zachować odrobinę ciepła, by przetrwać zimną noc. Chociaż w kalendarzu już koniec marca i czuć gdzieś odległe podmuchy wiosny, w rzeczywistości mróz wciąż trzyma. W Warszawie termometr pokazywał tego ranka 7°C, poza miastem na trasie do Lublina 10 czy nawet mniej. Ile jeszcze wytrzymałyby w tej śnieżnej dziurze?

Śnieżny dołek miał jakieś dwadzieścia centymetrów głębokości. Szczeniaki leżały w nim już tak długo, że pod ich ciałkami śnieg zdążył się nieco stopić. Mimo to los okazał się dla nich łaskawszy. Właściciel warsztatu samochodowego, pan Adam, przy którym znaleziono maluchy, nie potrafił przejść obok obojętnie wziął je do środka. Potem przez chwilę nie wiedział, co dalej to zrozumiałe ale najważniejsze, że nie zostawił ich na pewną śmierć na mrozie. Wielki szacunek dla pana Adama za jego dobre serce.

Pieski są po prostu mikroskopijne.

Pięć żywych duszyczek: trzech chłopców i dwie dziewczynki. A może czterech chłopaków i jedna dziewczynka na razie nie udało się dokładnie określić. Adam obdzwonił wszystkie znane mu fundacje i domy tymczasowe, niestety nigdzie nie było miejsca na kolejnych podopiecznych. Nie dało się ich również od razu zabrać do przytuliska są za małe, pewnie mają dwa, trzy tygodnie, a żadnych szczepień nie wolno im jeszcze podać. Zanoszenie takich maluchów do schroniska mogłoby być jak wyrok; przy tej odporności na pewno by zachorowały i mało które by przeżyło. Już mieliśmy kilka takich bolesnych przypadków. W pobliskiej doświadczonej rodzinie zastępczej również nie było miejsca, bo ostatnio przez coś podobnego przechodziły szczeniaki Misia i Jaś, leczone na parwowirozę.

Tej nocy maluszki spędziły w biurze warsztatu. Adam opowiadał, że na kamerach monitoringu widać, jak jakaś kobieta (czy można ją tak nazwać?) nocą zostawia te bezbronne stworzenia w śniegu. Po prostu wychodzi, rzuca w śnieg i wraca do auta.

Trudno sobie wyobrazić, co czuły te biedne psiaki wyrwane jak niemowlęta od matki i wrzucone w mróz z zimną obojętnością. Mogę tylko westchnąć i pomyśleć: temu człowiekowi zostawiam sprawę sumienia nie mnie go osądzać.

Zrobimy wszystko, żeby tym maluchom dać szansę na prawdziwy dom i kochających ludzi. Należy im się życie i ciepło nie tylko cieplutki kąt, ale też ludzkie uczucie.

Dziś, po tym co zobaczyłem, wiem jedno: Obojętność zabija. Sam mogę niewiele, ale nawet jeden drobny gest może uratować czyjeś życie. I to jest wartość, której nikt mi nie odbierze.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
W zagłębieniu śniegu tuż przy polskiej drodze porzucono nowo narodzone szczenięta. Miały przed sobą tylko kilka godzin życia