Jak Zosia została mamą dzięki swojemu dobremu sercu
Zosia wchodzi do klatki schodowej i widzi pod swoimi drzwiami karton. Patrzy na niego zdziwiona. W środku, zwinięci w kłębek, siedzą piesek i kot. Patrzą na Zosię z miną przerażoną i trzęsą się z nerwów.
Ależ to numer. Kim wy jesteście? pyta Zosia, jakby te bidoki miały jej odpowiedzieć.
W tym momencie uchylają się drzwi od sąsiadki obok, wyłania się babcia Halina.
O, Zosieńko, dobry wieczór. No zobacz, świat się kończy Basia z drugiego piętra umarła, a jej zwierzaki… Szwagierka obiecała się nimi zająć, a zostawiła, jak były. Nikogo im nie znalazła.
Proponowała wszystkim, ale nikt nie chciał. Ja mam swoją kotkę, która innych nie znosi, a u kogoś alergia, a ktoś się boi. Może wy z Olkiem weźmiecie? Macie miejsce, młodzi jesteście, zarabiacie chyba nie najgorzej.
Wiesz, nie myśleliśmy o zwierzakach, a tu od razu dwa pląta się Zosia.
Ich rozdzielać nie można. Są jak rodzina, spały zawsze razem. Basia wyprowadzała psa, a kot sam biegał na dwór kłopotu mało.
Może się skusicie? babcia Halina już prawie łka, patrząc na Zosię.
A jeśli nie? pyta Zosia. Co z nimi będzie?
Mówiła, że pojadą do uśpienia. I dlatego karton już gotowy. Mieszkanie już prawie sprzedane, nowym lokatorom nie są do niczego potrzebni… opowiada babcia Halina.
W tym momencie pojawia się w klatce schodowej jakiś pan. Patrzy na Zosię, patrzy na karton:
A może byście przygarnęli? One spokojne, niewiele jedzą, już starsze. Długo nie pożyją Nikomu nie są potrzebne Basia je bardzo kochała.
Dobrze, nie mogę nawet pomyśleć, żebyście je uśpili. Jak się w ogóle nazywają? My tu dwa lata mieszkamy, nikogo z sąsiadów nie znamy Zosia się poddaje. Pan się cieszy i wnosi karton do przedpokoju Zosi.
Pies to Burek, a kota nazywają Frycek. Dziękuję serdecznie wręcza smycz i stówkę na początek proszę, na pierwsze zakupy. Jeszcze raz bardzo dziękuję
Zosia zamyka drzwi i rozpina kurtkę, po czym siada i zagaduje do swoich niespodziewanych współlokatorów:
No co, chłopaki? Olek to się zaraz zdziwi, aż mi głupio! Może nas wszystkich nie eksmituje ale jest dobry, może się pogodzi z zoopowiększeniem mówi Zosia dość łagodnie.
Nie bójcie się, krzywdy nie dam zrobić. Jak pieska i kota oddać na uśpienie! Koniec świata…
Kot, jakby rozumiał, ostrożnie wychyla się z kartonu i zaczyna eksplorować mieszkanie. Pies jeszcze chwile siedzi w miejscu, patrząc nieufnie raz na Zosię, raz na swojego towarzysza.
Zosia rusza do kuchni, zagląda do lodówki karmy wiadomo, brak. Gotuje więc kaszę, dorzuca trochę mięska, stwierdzając, że oba dzieciaki muszą jeść to samo.
Ku jej radości kot, po zlustrowaniu mieszkania, przyczłapuje do kuchni i z zainteresowaniem wącha miskę z kaszą. Zosia zachęca jeszcze Burka pies długo się waha, ale gdy widzi, jak Frycek pochłania kaszę i mięso, podchodzi i patrzy na Zosię tymi smutnymi oczami.
Po pracy wraca Olek mąż Zosi. No, szczęka mu opadła, widząc domową menażerię, ale ustalili, że poszukają ewentualnie komuś, kto ma dom i ogród, bo sami przecież dzieci nie planowali.
Zosia i Olek byli razem cztery lata, mieszkanie kupili dwa lata temu. Kochali się, żyli po ludzku, nie kłócili się. Tylko brak dzieci kładł się cieniem na ich spokój.
Ty taka pedantka, zawsze mówiłaś, że żadnych zwierząt dziwił się Olek.
Tylko myślałam, że zaraz będziemy mieli dziecko! A tu taki los Na uśpienie je oddać? Nie zniosę tego Zosi kręci się łza w oku.
Spokojnie. Też lubię zwierzaki, jakoś sobie poradzimy. Jutro w pracy podpytam, może ktoś chce przygarnąć, pociesza ją Olek, przytulając.
Od tego dnia życie pary przewraca się do góry nogami. Kot i pies szybko się zadomowili wcześniejsze mieszkanie było dokładnie nad ich, plan taki sam, podwórko to samo.
No proszę, moje kochane, jakbyście tu zawsze mieszkały uśmiecha się Zosia.
Burek na spacery chodzi trzy razy dziennie, a Frycek przez okno śmiga na podwórze, wraca tą samą drogą wygoda jak u Hiltonów.
Babcia Halina cieszy się, że Zosia wzięła zwierzęta. Przynosi zupy z chrząstkami dla Burka, kaszę dla Frycka.
Wieczorami Olek z Zosią śmieją się do łez, widząc, jak kot lata za myszką, a pies wyciąga się na nowej poduszce marząc o byciu dogiem salonowym.
Futrzaki śpią wtulone w siebie, kochają się, a Olek i Zosia przekonują się, że rozdzielanie byłoby zbrodnią przeciwko naturze.
Mija kilka miesięcy i już jasne nowego domu nie szukają, tak bardzo wszyscy do siebie przywykli, że żal by było się rozstać.
W weekendy wpada mama Zosi, mieszka niedaleko. Też pokochała to nabytko, choć na początku złapała się za głowę.
Ja bym kotka chętnie wzięła, ale trzecie piętro, a on uwielbia biegać rozważa.
Nie, mama, będziesz im opiekunką podczas naszych urlopów. Do tego podlejesz kwiatki i wszystko pod kontrolą, o! decyduje Zosia.
Przychodzi lato, dzieciaki jadą nad morze, a mama Zosi codziennie dostarcza raporty:
Wszystko w porządku, grzeczne są, razem jedzą, razem śpią, wyprowadzam psa, kot się sam pilnuje. Wypoczywajcie! uspokaja.
Po powrocie Zosię wita owacyjnie duet: piesek skacze i kręci ogonem jak śmigło, kot po krótkim dystansie emocji ociera się z głośnym mruczeniem o nogi Olka.
No, kochanie, mamy prawdziwą rodzinę śmieje się Olek, a Zosia z miejsca przechodzi do karmienia wszystkich domowników.
Teraz Zosia wcześniej wstaje spacer z Burkiem i śniadanie dla całej zgrai to jej nowy rytuał.
I nagle, po kilku miesiącach, Zosia cała roztrzęsiona informuje Olka: Będziemy mieli dzidziusia! Tak oczekiwana, tak wyśniona i radosna wiadomość, że się z Olkiem wzruszyli.
Mama Zosi tylko kiwnęła głową:
Cóż, nie na darmo przyplątały ci się Burek i Frycek. To chyba była próba nieba, czy masz dobre serce, córuś. Teraz czas na prawdziwe macierzyństwo!
Może coś w tym jest, mamo. Przygotowanie do dzieciaka pierwsza klasa jak się domem dla zwierzaków stałam, śmieje się Zosia.
Posprzątać, nakarmić, pogłaskać, zatroszczyć się No, zupełnie jak z dziećmi!
Chcesz, to na początku zabiorę je do siebie, żeby ci ulżyć, jak dzidziuś przyjdzie na świat? proponuje mama.
O nie, mamo! My sobie świetnie poradzimy. A ty będziesz mogła wyjść na spacer z wózkiem, gdy maluszek zaśnie. U nas miejsca starczy dla wszystkich odpowiada Zosia i mocno mamę przytula.
Ciąża Zosi przebiegła książkowo. O czasie urodził się zdrowy synek. Olek cały świat mógłby wtedy kupić, a cała rodzina była przepełniona szczęściem.
Burek już stary, więc nawet nie szczekał domowy flegmatyk. Frycek też nie sprawiał żadnego kłopotu, latem całe dnie spędzał w ogrodzie albo na naszym legendarnym kasztanie. Tak oto wszyscy żyli zgodnie, rodzina była w komplecie.
Starsze sąsiadki, z podpowiedzi babci Haliny, rozpowiadały teraz historię o tym, jak Zosia została mamą dzięki swojemu dobremu sercu po całej ulicy. Snują to jak prawdziwą miejską legendę dowód na to, że wszechświat słyszy nasze dobre intencje.
A wy co sądzicie? Ma rację babcia Halina? Piszcie w komentarzach! Dajcie lajka, jeśli też wierzycie, że dobro wraca!







