Pamiętam, że dawno temu w naszej wsi, otoczonej trzynastoma hektarami pól i trzema świniami w zagrodzie, panowała niegdyś pewna rodzinna zasada. Najstarsza córka, Jadwiga, z powodu porywliwego temperamentu i wygórowanych wymagań wobec przyszłych mężów nigdy nie wyszła za mąż. Do trzydziestu lat stała się zgorzkniałą niechcącą mężczyzn, jakby w jej sercu rosła gorzka rana prawdziwy koszmar dla każdego mężczyzny.
Przybła tak ją nazwaliśmy, kiedy tylko pojawiła się w domu. Młodsza siostra, Łucja pulchna, wesoła dziewczyna uśmiechnęła się z aprobatą. Matka milczała, lecz widoczny był gniew w jej zmęczonej twarzy. Co mogło się jej spodobać? Jedyny syn, nasz nadzieja i opoka, po służbie w armii przywiózł ze sobą żonę, a ona nie miała ani rodziców, ani grosza w portfelu. Nie wiadomo, czy dorastała w domu dziecka, czy przyszyła się ku nam przez krewnych. Nie było o niej żadnych wieści. Tomasz, nasz brat, milczał, lecz żartował: Nie martw się, mamo, sami zbudujemy nasze bogactwo. Rozmawialiśmy o tym, kim jest ta nowa pięść w rodzinie może jest złodziejką, może oszustką, nie wiadomo, ile takich osób wpadło już w nasze progi!
Władysława Nikiticzka, odkąd przybyła, nie mogła spać jednej nocy. Przerwała sen na pół oka, czekając na jakieś figle nowej kuzynki: kiedy zacznie grzebać w szafach. Dzieci też ją dociskały: Mamo, schowaj cenne rzeczy przed rodziną, nie wiesz, co może się stać futra, złoto. Bo kiedy pewnego ranka obudzimy się i odkryjemy, że nasze rzeczy zniknęły, serce zakrzyczy!
A Tomasz w ciągu miesiąca pożerał wszystkie plotki: Kogo przywiózłeś do domu? Gdzie były twoje oczy? Nie ma skóry, nie ma oblicza! Nie pozostawało nic innego, jak żyć. I tak przyjęliśmy przybłę na miejsce.
Dom był bogaty, ogród rozciągał się na trzydzieści hektarów, trzy świnie w zagrodzie, ptaki przelatywały nieprzerwanie pracy było tak wiele, że nie dało się jej wykonać w jeden dzień. Przybła nie narzekała. Gotowała, sprzątała, dbała o świnie i chleb. Starała się zadowolić teściową. Ale gdy serce matki nie było spokojne, nawet złoto nie ocali sytuacji. Niezamężna synowa, cierpiąc z rozpaczy, już pierwszego dnia powiedziała ostro:
Zwracaj się do mnie po imieniu i patronimiczu. Tak będzie lepiej. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie będziesz im równa.
Od tego czasu przybłę wzywano Władysławą Nikiticzka, a matka nie nadawała jej żadnego przydomka. Należało coś zrobić lub powiedzieć. Trzeba coś zrobić głosiła. Nie dawała się jednak rozpuścić. Szwagierki nie przepuszczały niechcianych bliskich. Każdy sznur wstawiano w odpowiednią kolejność. Czasem matka musiała powstrzymać rozchodzące się córki. Nie ze względu na litość dla przybły, lecz dlatego, że w domu miał być ład, a nie kłótnia. Co więcej, dziewczyna okazała się pracowita. Chwytała się wszystkiego, nie była leniwa. Matka, nie przyznając się do tego, stopniowo rozmarzała.
Może życie miałoby się ułożyć, gdyby nie Tomasz wyruszył w świat. Coż mężczyzna wytrzyma, gdy od rana do nocy dwa głosy go nękają: Na kogo się ożeniłeś, na kogo się ożeniłeś. Jadwiga w końcu przedstawiła mu jakąś znajomą i wszystko się zakręciło. Szwagierki huczały z triumfu: Teraz nielubiana Przybła się wyczyści!. Matka milczała, a przybła udawała, że nic się nie stało, choć jej oczy były puste i smutne. Nagle, niczym grzmot w czystym niebie, przybyły dwie wieści: Władysława spodziewa się dziecka, a Tomasz z nią się rozwodzi.
Tak nie będzie rzekła matka do Tomasza. Nie chciałam cię poślubić z taką żoną. Lecz skoro już się wziął, niech żyje! Nie ma co się czepiać. Zaraz będziesz ojcem. Jeśli zepsuje rodzinę, wyrzucę go z domu i nie będę chciała go znać. A Szurka tu zostanie.
Po raz pierwszy w całym życiu matka nazwała przybłę po imieniu. Siostry zamarły. Tomasz spanikował i krzyknął: Jestem mężczyzną, decyduję ja. Matka wpoiła ręce w biodra i zaśmiała się: Jakiś mężczyzna? A dopiero kiedy urodzisz dziecko, wyrośniesz je, nauczysz rozumu i wyprowadzisz na dobre ścieżki, wtedy będziesz prawdziwym mężczyzną!
Matka nigdy nie szukała wymówek w kieszeni, a Tomasz ciągle przytulał się do niej. Gdy miał plan, ruszył w drogę. Szurka została. Po upływie wyznaczonego czasu urodziła dziewczynkę i nazwała ją Warunią. Matka, gdy się o tym dowiedziała, nic nie rzekła, lecz widać było, że była szczęśliwa.
Z zewnątrz dom nie zmienił się, lecz Tomasz zgubił drogę do domu i poczuł się urażony. Matka, choć też przeżywała trud, nie okazywała tego. Zakochała się w wnuczce, rozpieszczała ją, kupowała prezenty i słodycze. Szurce jednak nigdy nie wybaczyła, że straciła syna przez nią, choć nie wypowiadała tego słowem ani gestem.
Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mąż, a w wielkim domu pozostały trzy: matka, Szurka i Warunia. Tomasz wstąpił do wojska i poślizgnął się na północ z nową żoną. Do Szurki podchodził emerytowany żołnierz, starszy od niej, który po rozwodzie zostawił jej mieszkanie, sam mieszkał w akademiku. Pobierał rentę, był poważnym kawalerem i miał dobre zamiary. Szurce też się spodobał, lecz co miałby mu zrobić? Zabrała go do teściowej!
Wytłumaczyła mu wszystko, poprosiła o wybaczenie i odeszła. Ale on, nie będąc głupcem, przyszedł z wizytą do matki. Władysławo Nikiticzko, kocham Szurkę, nie mogę bez niej żyć.
Matka nie poruszyła się ani mięśnie.
Kochasz? rzekła. No to zamieszkajcie i żyjcie razem.
Zamilkła i dodała:
Nie pozwolę, by Warunia była w moim mieszkaniu. Tu mieszkajcie razem.
Tak mieszkali razem wszyscy. Sąsiedzi, z wyczerpanymi wargami, szeptali, że szalona Nikiticzka wypędziła syna z domu, a przybła przyjęła go za żonę. Nieprzytomnie rozprawiali się o tym, że leniwy nie mył kości Władysławie. Ona nie przejmowała się plotkami, nie rozmawiała z sąsiadkami, nie opowiadała o młodzieży, trzymała się dumnie i nieugięcie. Szurka urodziła Katarzynkę, a matka nie mogła przestać się cieszyć z tej ukochanej wnuczki, choć nie była jej prawdziwą. Co to za Katarzynka? pytała się.
A jednak…
Niespodziewanie przydarzyła się tragedia Szurka ciężko zachorowała. Mąż poddał się, kilka razy nawet pił. Matka, cicho, bez zbędnych słów, wyciągnęła wszystkie oszczędności z księgi i zawiozła Szurkę do Warszawy. Tam wypisywała leki, ukazywała się lekarzom. Nie pomogło.
Rankiem Szurka poczuła się nieco lepiej i poprosiła matkę o rosół z kurczaka. Rozpromieniona matka szybko upiekła kurczaka, obrała i ugotowała bulion. Gdy podniosła miskę, Szurka nie mogła go zjeść i po raz pierwszy w życiu zapłakała. Matka, której nikt nigdy nie widział płaczącej, popłakała razem z nią:
Czemu odchodzisz ode mnie, gdy już cię kocham? Co robisz?
Potem uspokoiła się, otarła łzy i rzekła:
Nie martw się o dzieci, nie zginą.
Do końca nie wypowiadała już łez, siedziała obok, trzymała Szurkę za rękę i delikatnie głaskała, jakby prosiła o przebaczenie za wszystko, co się między nimi wydarzyło.
Kolejne dziesięć lat minęło. Warunia została wydana. Przybyli Jadwiga i Łucja, już starsze, przytulone. Ani jednej nie obdarzyło dziećmi. Zgromadziła się jakaś rodzina. Tomasz przyjechał. Z żoną już się rozstał, pił mocno. Gdy zobaczył, jak piękna stała się Warunia, ucieszył się: Nie spodziewałem się takiej córki. Gdy usłyszał, że ojcem jest człowiek obcy, zamglił się i wrzucił pretensje w stronę matki: Wpuściłaś tu obcego mężczyznę, niech się sprząta. Nie ma tu dla niego miejsca. Ja jestem ojcem.
Matka odpowiedziała:
Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak byłeś w szortach, nie wyrosłeś w prawdziwego mężczyznę.
Powiedziała to z takim twardym tonem, że Tomasz nie wytrzymał upokorzenia, spakował rzeczy i znów wyruszył w dal. Warunia wyszła za mąż, urodziła syna i nazwła go Aleksander, na cześć przybranych rodziców. Babcię Władysławę położyli w grobie obok Szurki w zeszłym roku.
Tak leżą w jednej linii: synowa i teściowa. A między nimi tej wiosny wyrosła brzoza. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie posadził. Może to ostatnie pożegnanie Szurki, może ostatni list przebaczenia od matki.
Tak mijają lata, a echo przeszłości wciąż rozbrzmiewa w naszych murach.







