Ostatnia szansa dla trójki z Andrychowskiej

Listopad w Bielsku-Białej potrafi być paskudny — deszcz, który już na wpół zamienił się w śnieg, wciska się pod kołnierz nawet przez chustkę. Danuta Wesołowska wracała wtedy z apteki przy Andrychowskiej. W siatce niosła tabletki na ciśnienie, pół bochenka chleba i najtańszą herbatę, jaką znalazła. Do emeryty zostało jej dziewięć dni i sto dziewięćdziesiąt złotych.

Za garażami, przy samej ścianie, stało wielkie tekturowe pudło po telewizorze. Ktoś przycisnął je z góry kawałkiem eternitu, żeby się nie rozchyliło. Ktoś to sobie przemyślał.

Danuta odsunęła eternit. W środku, na przemoczonej gazecie, ruszały się trzy szczenięta — czarno-rude, z za dużymi jak na ich wiek łapami. Dwa tuliły się do siebie. Trzecie, najmniejsze, z białą plamą na piersi, leżało osobno i prawie się nie ruszało.

— No i masz — powiedziała głośno, sama do siebie.

Stała nad pudłem z minutę, może dwie. Głowa liczyła szybko i nieprzyjemnie, jak kasa fiskalna. Sto dziewięćdziesiąt złotych. Dziewięć dni. Rachunek za ogrzewanie, którego drugi tydzień nie miała odwagi otworzyć. Psa w domu nie miała nigdy, nawet jako dziecko.

Wtedy najmniejsze szczenię zaskomlało — cienko, ledwo słyszalnie. Nie żałośnie nawet. Po prostu sprawdzało, czy ktoś jeszcze na świecie jest.

Pudło było niewielkie, ale niewygodne — szerokie, śliskie od deszczu, dno się uginało. Do klatki miała ze trzysta metrów i musiała się zatrzymać cztery razy. Przy trzeciej postawiła pudło na ławce koło placu zabaw i przytrzymała się poręczy.

— Pomóc pani?

Obok stała młoda kobieta z drugiego piętra — Danuta znała ją z widzenia, zawsze przemykała z wózkiem albo torbami, kiwając głową w biegu.

— Tu, wie pani… — Danuta nie wiedziała, jak to ująć. — Za garażami znalazłam.

Kobieta zajrzała do pudła i przez chwilę milczała.

— Właściciele się znaleźli — powiedziała w końcu, i to nie zabrzmiało dobrotliwie. Patrzyła jednak nie na Danutę, tylko gdzieś w stronę garaży. — Dokąd je pani niesie?

— Do domu. A dokąd niby.

— To ja wezmę. Aśka jestem, z dwudziestej trzeciej.

Aśka podniosła pudło jedną ręką, podtrzymując od spodu. Danucie po raz pierwszy od dawna było z kim iść w milczeniu.

Mieszkanie powitało ją zwyczajną ciszą. Telewizor Danuta włączała, żeby mieć jakiś głos w domu, fikus na parapecie przeżył wszystkich, kogo znała, a w korytarzu pachniało starym linoleum, które od dziesięciu lat czekało na remont pod hasłem „kiedyś później".

Pudło postawiły w kuchni, przy kaloryferze.

— Ma pani jakiś koc? — spytała rzeczowo Aśka. — Byle stary, żeby nie było szkoda.

— Jest kapa. I tak się już do niczego nie nadaje.

Mokre gazety poszły do kosza. Danuta wytarła każde szczenię ręcznikiem i pod jej rękami zwierzątka zrobiły się miękkie, zaczęły drobno drżeć.

— To normalne — powiedziała Aśka. — Odtajają.

Z jedzeniem było gorzej. W lodówce stał garnek kaszy jęczmiennej, leżały trzy jajka i kawałek masła. Danuta rozrobiła kaszę ciepłą wodą, rozgniotła widelcem i postawiła spodek na podłodze. Dwa rzuciły się od razu, popychając się łbami. Najmniejsze nie podeszło.

— Słabo jej — powiedziała Aśka.

— Widzę.

Danuta usiadła na taborecie, wzięła szczenię na kolana i zaczęła karmić z palca, kroplę po kropli. Łykało co drugi raz. Aśka wyjęła telefon i zrobiła dwa zdjęcia: pudło przy kaloryferze i chudą dłoń starszej kobiety z maleńką czarno-rudą głową na niej.

— Nie ma pani nic przeciwko, jak wrzucę do naszej grupy? No, tej blokowej, gdzie piszą o wodzie i śmieciach?

— Wrzucaj. Tylko wątpię, żeby komuś tam zależało.

Tej nocy Danuta prawie nie spała. Przeniosła pudło do pokoju, podłożyła termofor zrobiony z plastikowej butelki owiniętej ręcznikiem. Najmniejsza suczka tak i nie zjadła. Leżała na kapie, oddychała szybko i płytko. O trzeciej w nocy Danuta wzięła ją do siebie, przytuliła pod bokiem i przykryła brzegiem koca.

— No dawaj — powiedziała w ciemność. — Ostatnie pieniądze przeznaczyłam na tę kaszę przez ciebie. To już dawaj.

Szczenię poruszyło się, znalazło ciepło i ucichło już inaczej. Spokojniej. Danuta jeszcze długo leżała, patrząc w sufit — myślała nie o pieniądzach ani o emeryturze. Myślała o tym, że ktoś to pudło przyciskał eternitem. Nie po prostu wyniósł i poszedł, tylko dociskał od góry, żeby nie wyłazili.

Telefon zadzwonił o wpół do dziewiątej rano.

Numer był nieznany, komórkowy. Danuta odebrała z kaszą na dnie garnka jeszcze w ręku.

— Dzień dobry, czy to pani znalazła szczeniaki za garażami przy Andrychowskiej? — głos męski, pewny siebie, ani trochę zawstydzony.

— Ja.

— To świetnie, bo szukam ich od wczoraj. Zaraz podjadę i odbiorę.

— A pan to niby kto będzie?

Mężczyzna zaśmiał się krótko, jakby pytanie było niepotrzebne.

— Właściciel suki. Rasowe, z rodowodem, wypadły przy przewożeniu. Sąsiadka pani napisała w tej grupie, więc się odezwałem. Za godzinę będę.

Po godzinie pod klatką stał srebrny passat, a przy nim mężczyzna około czterdziestki, w skórzanej kurtce, z telefonem przyciśniętym do ucha drugą ręką. Aśka zeszła razem z Danutą, bo umówiły się wcześniej — na wszelki wypadek.

— No to gdzie one? — spytał, kiedy tylko je zobaczył, nie przedstawiając się nawet.

— A dokumenty ma pan jakieś? — zapytała Aśka, zanim Danuta zdążyła cokolwiek powiedzieć. — Rodowód, zdjęcia matki, cokolwiek?

Mężczyzna spojrzał na nią, jakby pierwszy raz zauważył, że ktoś tu w ogóle stawia pytania.

— A pani to niby kto, adwokat?

— Sąsiadka. I ta, co panią do grupy dodała zdjęcie. Więc pytam, bo skądś muszę wiedzieć, że to pana psy, a nie że pan po prostu przeczytał, że ktoś znalazł trzy szczeniaki i przyjechał je zabrać, bo komuś by się przydały do sprzedaży.

Zapadła cisza, w której było słychać, jak w garażu obok ktoś uruchamia silnik.

— Słuchajcie, panie — powiedział w końcu, zmieniając ton na bardziej pojednawczy. — To suka mojego szwagra się okociła, on nie miał gdzie ich trzymać, ja miałem je zawieźć do znajomego na wieś, w drodze wypadły z bagażnika przy tych garażach, no i… nie zdążyłem wrócić po nie od razu.

— To znaczy pan je wyrzucił — powiedziała Danuta cicho, ale bez wahania. — I przycisnął eternitem, żeby nie wyszły. Trzy dni temu było minus dwa w nocy.

Mężczyzna otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nic z nich nie wyszło. Popatrzył na okno trzeciego piętra, jakby tam szukał wsparcia.

— No i co, mam je teraz zawieźć do schroniska, tak? — burknął. — Dawajcie te psy, moje są, nie muszę się nikomu tłumaczyć.

— Nie muszę i ja panu dawać — odpowiedziała Danuta. — One trzy dni temu leżały pod eternitem za garażami, a teraz jedzą u mnie w kuchni z talerzyka. Jeśli pan chce, może pan zadzwonić na policję i zgłosić kradzież własności. Adres pan zna.

Mężczyzna postał jeszcze chwilę, popatrzył na Aśkę, która trzymała telefon w ręku tak, jakby właśnie nagrywała rozmowę, splunął w bok i wsiadł do samochodu. Passat odjechał, nie zatrzymując się nawet na znaku stopu przy wyjeździe z osiedla.

Najmniejsza suczka wytrzymała noc, potem drugą. Piątego dnia sama podeszła do miski. Danuta nazwała ją Zosia — bez szczególnego powodu, po prostu to imię pierwsze przyszło jej do głowy, kiedy patrzyła, jak szczenię próbuje wleźć na próg kuchni.

Emerytura przyszła punktualnie, dziewiątego dnia, sto dziewięćdziesiąt złotych mniej niż powinna być, bo Danuta zapłaciła zaległy rachunek za ogrzewanie od razu, całością, żeby się nie zbierało dalej. Dwa ze szczeniaków rozeszły się po dwóch tygodniach — jedno wzięła kasjerka z osiedlowego sklepu, drugie syn Aśki, który akurat kończył szesnaście lat i marzył o psie od roku.

Zosia została. Rosła szybko, robiła się coraz bardziej łobuzerska, gryzła nogę od stołu w kuchni i wyła, kiedy Danuta wychodziła choćby do sklepu na dole. W maju przyszedł list z urzędu gminy — sąsiad zza ściany złożył skargę, że w mieszkaniu jest pies bez zgody wspólnoty. Danuta poszła osobiście, z Zosią na smyczy, do administracji przy Piastowskiej, i zapytała urzędniczkę wprost, czy istnieje jakiś paragraf zakazujący trzymania jednego psa w mieszkaniu własnościowym. Paragrafu nie było. Skarga trafiła do kosza.

Mężczyzna w skórzanej kurtce nie pojawił się już nigdy — ani pod blokiem, ani w grupie sąsiedzkiej, gdzie zdjęcie Zosi z podpisem „znalazła nowy dom" zebrało czterdzieści dwa polubienia. Danuta tego zdjęcia nie widziała, bo telefonu z internetem nie miała, ale Aśka pokazała jej ekran, kiedy schodziły razem po schodach z workiem karmy.

Wieczorami Danuta siadała w fotelu przy fikusie, a Zosia kładła łeb jej na kolanach, dokładnie tam, gdzie kiedyś leżała mała, drżąca głowa nad talerzykiem z rozgniecioną kaszą. Telewizor grał cicho w tle — już nie tylko dla głosu w mieszkaniu.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Ostatnia szansa dla trójki z Andrychowskiej