Dach nad świetlicą w Rzepniku
Moja siostra Halina od trzech lat prowadzi świetlicę dla dzieci z Ukrainy w Rzepniku pod Rzeszowem — starą remizę OSP, którą gmina oddała za symboliczną złotówkę. Ja jej pomagam, bo jestem po budowlance i umiem trzymać młotek, a poza tym co innego miałbym robić na emeryturze. W tym roku dach zaczął przeciekać tak, że podczas ulewy w lipcu woda lała się prosto na materace, na których dzieci śpią podczas zajęć terapeutycznych. Kosztorys wyszedł na trzydzieści osiem tysięcy złotych. Halina miała odłożone jakieś siedem, reszty nie było skąd wziąć.
I wtedy zadzwoniła do mnie w środę wieczorem, gdzieś koło dwudziestej pierwszej, głosem, jakim zwykle mówi się o pogrzebie, nie o remoncie dachu. Powiedziała, że przyjeżdża do nich amerykański aktor. Nie znałem nazwiska, bo w kinie ostatni raz byłem chyba na "Titanicu", ale wnuczka wygooglowała mi zdjęcia i faktycznie, twarz znajoma z jakiegoś filmu o komputerach.
On uczył się czytać cyrylicę przez rok, żeby móc porozumieć się z dziećmi bez tłumacza — to akurat wiem z relacji, bo sam byłem przy tym, jak próbował złożyć proste zdanie po ukraińsku z jedną z opiekunek, Oksaną, i pomylił akcent, a ona się roześmiała, i on razem z nią. Przyjechał w dżinsach i w kurtce, która wyglądała, jakby kupił ją na targu w Rzeszowie, nie w Los Angeles. Bez ochrony, bez świty, tylko z jedną osobą od logistyki, która i tak większość czasu spędziła przy aucie, bo padał deszcz.
Siedziałem wtedy na schodach obok wejścia, bo naprawiałem framugę, która się wypaczyła od wilgoci, i słyszałem, jak rozmawiał z Haliną o dachu — nie planowo, nie na pokaz, tylko dlatego że zauważył wiadro stojące pod przeciekiem w korytarzu. Zapytał wprost, ile to kosztuje. Halina, która nigdy w życiu nikogo o pieniądze nie prosiła, powiedziała cyfrę i spuściła wzrok, jakby się tego wstydziła.
Dzieciaki tego dnia robiły maski z papier-mâché i uczyły się prostego układu tanecznego — dziewczynka z Charkowa, ma na imię Sofijka, ma dziewięć lat, przyjechała z matką rok temu, ojciec został na froncie. Ona przez pierwsze dwa miesiące w ogóle się nie odzywała, Halina mi to mówiła nieraz. Tego dnia, kiedy on usiadł obok niej na podłodze i próbował powtórzyć jej imię po ukraińsku, ona pierwszy raz od miesięcy się roześmiała na głos. Ja to słyszałem z korytarza, bo drzwi były uchylone — taki śmiech dziecka, który brzmi, jakby się zacinał, bo dawno nie był używany.
Zostałem tam do wieczora, bo trzeba było jeszcze skończyć framugę, i widziałem, jak przed wyjazdem podszedł do Haliny z boku, kiedy myślała, że nikt nie patrzy, i podał jej kopertę. Nie robił z tego przedstawienia, nie było zdjęcia z wielkim czekiem, nic. Powiedział coś krótko po angielsku, Halina zrozumiała tylko połowę, bo angielski ma szkolny, ale kiwnęła głową.
Otworzyła kopertę dopiero w domu, bo ręce jej się trzęsły i nie chciała, żeby ktokolwiek to widział. W środku było czterdzieści dwa tysiące złotych gotówką i kartka z napisanym odręcznie numerem telefonu jego asystentki — na wypadek, gdyby dach znowu zawiódł albo trzeba było coś jeszcze.
Dach naprawiliśmy w sierpniu, zdążyliśmy przed pierwszymi jesiennymi deszczami. Halina resztę pieniędzy, jakieś cztery tysiące, odłożyła na nowe materace, bo stare były już całkiem zniszczone wilgocią. Ja przy tej naprawie spędziłem jedenaście dni na dachu, moja żona się wściekała, że o mało nie spadłem, kiedy niosłem blachę po drabinie w wietrzny dzień.
Sofijka teraz przychodzi do świetlicy codziennie po lekcjach, siada zawsze w tym samym kącie przy oknie i rysuje. Ostatnio narysowała dom z dachem pomalowanym na czerwono — Halina powiesiła ten rysunek w korytarzu, dokładnie nad miejscem, gdzie kiedyś stało wiadro.







