Zabrałem go w niedzielę, jeszcze przed świtem, kiedy parking pod Palenicą Białczańską był pusty i tylko para z termosu unosiła się nad Skodą. Bruno usiadł na tylnej kanapie, tam gdzie zawsze, oparł pysk o szybę i patrzył, jak mijają nas kolejne zakręty w stronę Zakopanego.
Miał trzynaście lat. Owczarek, którego przywiozłem ze schroniska w Nowym Targu, kiedy sam miałem dwadzieścia dwa i mieszkałem jeszcze z rodzicami. Ostatnie osiem miesięcy to była walka – najpierw utrata sił w łapach, potem guz, który weterynarka z przychodni na Kasprowicza obrysowała palcem na zdjęciu USG i powiedziała to, czego nie chciałem usłyszeć. Dawaliśmy mu tramadol na noc. Nie zawsze pomagał.
Tydzień wcześniej, w środę, obudził mnie o trzeciej – skrzeczał, próbował się podnieść, padał, próbował znowu. Siedziałem na podłodze kuchni, głaskałem go po grzbiecie i liczyłem, ile jeszcze takich nocy on wytrzyma, a ile ja. Rano zadzwoniłem do lekarki i powiedziałem: sobota. Ustaliliśmy na sobotę, dwunastą, w domu, żeby nie musiał jechać do gabinetu.
Ale najpierw chciałem mu dać jeszcze jeden dzień, który by pamiętał całym ciałem, nie tylko bólem.
Do Morskiego Oka nie dojechaliśmy – wiedziałem, że nie utrzyma się na czterech łapach te osiem kilometrów, nawet gdybym niósł go pół drogi. Zamiast tego zaparkowałem bliżej, przy Wodogrzmotach Mickiewicza, i po prostu siedzieliśmy na kamieniu, ja i on, słuchając, jak woda spada z wysokości i rozbija się w pianę. Kupiłem oscypka z grilla u budki przy drodze, połowę zjadłem, połowę odłożyłem dla niego, choć wiedziałem, że nie powinien. Zjadł.
W samochodzie z radia szedł jakiś stary przebój Budki Suflera, ledwo słyszalny przez szum silnika. Bruno spał z głową na moim udzie przez cały odcinek z Zakopanego do Nowego Targu. W pewnym momencie warknął przez sen, jak wtedy, kiedy był szczeniakiem i śnił mu się kot z sąsiedztwa.
W sobotę przyjechała lekarka, ta sama, Ania, punktualnie, z czarną torbą i słuchawkami na szyi. Zapytała, czy chcę być w pokoju do końca. Powiedziałem, że tak, że będę trzymał go za łapę, tak jak trzymałem zawsze, kiedy się bał burzy.
Nie pamiętam, co mówiłem mu w te ostatnie minuty – jakieś zdania bez związku, że jest dobrym psem, że mama by go pochwaliła, że nie musi już nic robić, tylko oddychać. Ania powiedziała, że to szybkie, że najpierw zaśnie, a potem serce po prostu się zatrzyma. Tak było.
Zapłaciłem trzysta osiemdziesiąt złotych za wizytę i kremację – odbiór prochu za dziesięć dni, w małej urnie z drewna, jak wybrałem z katalogu. Sąsiadka z dołu, pani Krystyna, zaraz potem przyniosła rosół, bo usłyszała przez ścianę, że coś się stało, i nie wiedziała, co innego zrobić.
Miskę i koc Bruna schowałem do pudła po telewizorze, zakleiłem taśmą, postawiłem w komórce. Nie wyrzuciłem. Nie umiałem jeszcze.
Dziesięć dni później odebrałem urnę z krematorium dla zwierząt przy ulicy Krakowskiej. Postawiłem ją na półce w salonie, obok zdjęcia, na którym Bruno ma trzy miesiące i uszy jeszcze mu nie stoją. Zapisałem w telefonie datę – 13 września – i skreśliłem z kalendarza powtarzające się przypomnienie „lek Bruna 20:00", które od ośmiu miesięcy wyskakiwało mi codziennie o tej samej godzinie.
Nie żałuję tej niedzieli nad Wodogrzmotami. Żałowałbym, gdybym go zawiózł prosto do gabinetu w poniedziałek, bez tego ostatniego oscypka, bez szumu wody, bez jego łapy w mojej dłoni na tylnym siedzeniu.






