Dziś rano zawiozłem Cezara do gabinetu przy ulicy Kościuszki, żeby pomóc mu odejść. Ma czternaście lat, mieszaliśmy owczarka niemieckiego z czymś większym, nigdy do końca nie ustaliliśmy z czym. Doktor Zawadzka powiedziała, że nerki już nie pracują, że to kwestia dni, może godzin. W poczekalni pachniało środkiem dezynfekującym i mokrą sierścią, ktoś przede mną przyszedł z papugą w klatce owiniętej ręcznikiem. Zapłaciłem sto dziewięćdziesiąt złotych za wizytę domową, bo poprosiłem, żeby zrobili to u mnie, w kuchni, na jego kocu, a nie na zimnym stole z nierdzewki.
Ale to było dziś. Wczoraj pojechaliśmy nad Morskie Oko.
Wstałem o piątej, zapakowałem do bagażnika starego kombi termos z herbatą, kanapki z szynką, które Cezar dostał w całości, bo i tak już prawie nic nie jadł, i ten sam koc w kratkę, na którym spał, odkąd sprowadziłem go ze schroniska w Wołominie jedenaście lat temu. Droga z Krakowa zajęła prawie trzy godziny. Cezar leżał na tylnym siedzeniu, głowę oparł o moje ramię za każdym razem, gdy zatrzymywałem się na światłach, tak jak robił to, odkąd był szczeniakiem.
Nad jeziorem było zimno jak na wrzesień, mgła jeszcze nie zeszła z Rysów, a na parkingu stał tylko jeden autokar z niemiecką rejestracją. Poszliśmy kawałek szlaku, wolno, bo Cezar już nie mógł biec, tylko szedł, przystając co kilkanaście metrów, żeby powąchać kamień albo korzeń. Usiadłem z nim na ławce przy pomoście i patrzyliśmy razem na wodę. Rzuciłem mu w stronę brzegu resztkę kanapki, którą i tak nie zjadł, tylko obwąchał i odłożył. Gdzieś zaszczekał pies innego turysty, Cezar podniósł uszy, ale nie wstał.
Przez ostatni tydzień nie spał w nocy. Chodził po mieszkaniu, skomlił, próbował się położyć raz na dywanie, raz w korytarzu, raz przy drzwiach balkonowych, jakby gdzieś tam mogła być pozycja bez bólu. O trzeciej nad ranem w środę usiadłem obok niego na podłodze i zrozumiałem, że dłużej tego nie da się ciągnąć. Nie dla mnie. Dla niego.
Wieczorem, już po powrocie znad jeziora, zadzwoniłem do siostry, powiedziałem jej, co zaplanowałem na rano. Milczała chwilę, potem powiedziała tylko: dobrze zrobiłeś, że go tam zabrałeś. Nie umiałem odpowiedzieć, więc się rozłączyłem.
Rano zjawiła się doktor Zawadzka z asystentką, młodą dziewczyną, która nawet nie próbowała się uśmiechać, tylko rozłożyła na stole rzeczy z torby i czekała, aż będę gotowy. Usiadłem na podłodze przy kocu, wziąłem głowę Cezara na kolana, tak jak trzymałem go pierwszej nocy w moim mieszkaniu, kiedy bał się nowego miejsca. Powiedziałem mu, że jest dobrym psem, że był dobrym psem przez każdy jeden dzień, że nie musi już nic wytrzymywać. Zastrzyk podziałał szybko. Poczułem, jak ciężar w moich rękach się zmienia, jak mięśnie przestają trzymać napięcie.
Potem było trzeba zadzwonić do zakładu, który zajmuje się kremacją zwierząt przy obwodnicy, umówić odbiór, podpisać papier. Podpisałem, odłożyłem długopis, popatrzyłem na pusty koc.
Wieczorem wyjąłem z szafki jego smycz, obrożę z wytartą klamerką i miskę z resztką suchej karmy. Zapakowałem to wszystko do papierowej torby i zaniosłem do fundacji przy ulicy Zakopiańskiej, gdzie trzymają psy czekające na adopcję. Zostawiłem torbę razem z kartką, że karma jest świeża, smycz solidna, jeszcze się nada. Kobieta z fundacji chciała zapytać o coś więcej, ale spojrzała na mnie i tylko podziękowała.
W domu koc już nie leżał przy kuchennym stole. Zwinąłem go i schowałem do pralki, nastawiłem najdłuższy program. Zanim woda zaczęła szumieć, usiadłem na krześle, na którym siadałem zawsze, kiedy Cezar jadł, i zostałem tam, dopóki pralka nie skończyła.






