Moje zasady
Dobrze, Bartoszu, że jednak przyjechałeś! Barbara Kowalska usiadła naprzeciw syna, oparła brodę na małych pięściach i uśmiechnęła się ciepło. Tak się za tobą stęskniłam. Jedz, skarbeńku, jedz. Dołożyć ci jeszcze kotlecika?
Bartosz pokręcił głową z uśmiechem.
Niesmaczne? aż spięła się mama, prostując plecy i marszcząc czoło. Wszystko robiłam jak zawsze Mówiłam ojcu, że nie jadasz wieprzowiny, mówiłam! Coś nie tak?
Barbara była podenerwowana, przygotowała tyle jedzenia, jakby miał przyjechać cały pułk, a ona musiała nakarmić, ogrzać i przytulić każdego. A tu taki wstyd kotlety synowi nie posmakowały
Mamo, nie zaczynaj! Wszystko doskonałe, po prostu już więcej nie dam rady.
Bartosz odłożył widelec na talerz, maleńki jak dla dziecka, i poprawił serwetkę. Zawsze zastanawiało go, jak z tak drobnej Barbary wyszedł taki rosły chłop jak on. Ale to przecież po tacie, Michale też kawał chłopa. Barabara przy nim zawsze wyglądała jak dziewczynka.
Wszystko było wyśmienite, jak zwykle! powiedział, podnosząc się, po czym podszedł do mamy i objął ją mocno. Od tego gestu Barbara poczuła się spokojnie i bezpiecznie. No, to co chciałaś omówić? Mów szybko, bo zaraz muszę lecieć. Z Wiolettą mieliśmy jechać na zakupy, trzeba Romkowi kupić ubrania.
Wioletta, żona Bartosza, była kobietą bardzo porządną, schludną i piękną.
Kiedy Bartosz pierwszy raz ją zobaczył na ulicy, zapatrzył się tak, że wpadł w lampę. Rozciął brew, krew lała się strumieniami. Wioletta aż szeroko otwarła oczy ze strachu. A Bartosz obłapiał lampę, przestraszony, że może ją uszkodził.
Później poszli razem na pogotowie. Wioletta była wtedy jeszcze taka młodziutka, śmieszna i troskliwa, co chwilę pytała czy mu nie słabo. A Bartosz, patrząc na nią, myślał tylko, że przez nią kręci mu się w głowie!
Pobrali się szybko. Teraz mają syna Romana, Wioletta pracuje jako logopeda, przyjmuje uczniów w domu, co jest bardzo wygodne, bo nie trzeba biegać po cudzych domach i można też zająć się domem. Bartosz codziennie rano odwozi Romka do szkoły byle jakiej nie mógłby, Wioletta załatwiła mu miejsce w gimnazjum biologicznym. Słowem, wiodą spokojne, pełne czułości i troski życie.
Czemu Wioletta nie przyjechała? zagadnęła przy sprzątaniu Barbara, choć doskonale wiedziała, że zięcia nie ma, bo Wioletta przyjmuje dzisiaj dzieci na lekcje.
Mówiłem przecież, ma dwóch uczniów. A Roman… Bartosz z dumą lubił nazywać syna imieniem i nazwiskiem: Roman Bartoszewicz robi zadania. Co jest, mamusiu?
Wziął od niej filiżanki i delikatnie odstawił do zlewu. Potem posadził mamę naprzeciwko, spojrzał jej w oczy. Mamo, ty mnie straszysz. Coś z tatą? Czemu się zaszył w pokoju? Macie jakiś kredyt i ktoś was naciął? Zastawiliście mieszkanie, nerkę i resztę organów? Ktoś was szantażuje? Czy może odnalazł się mój zaginiony brat bliźniak?
Bartosz śmiał się, zadowolony ze swojego żartobliwego tonu. A świat wokół zdawał się śmiać razem z nim.
Mężczyzna, usłyszawszy polecenie matki, usiadł wygodnie, poklepał się po brzuchu, przeciągnął, aż ręką huknął o szafkę. Tak, ciasnawo w tym mieszkaniu… Nie to, co u nich z Wiolettą trzy pokoje z balkonem, kuchnia przestronna. Mieszkanie dostali po krewnych Wioletty, którzy przenieśli się na wieś i podarowali im klucze, a na jesień przysyłają worki ziemniaków, buraków, topinambur i… astry. Boże, jakie oni przysyłają astry! Kwiaty jak z innej planety puszyste, kolorowe jak bajka. Wszystko to zjawiało się okazją w bagażniku furgonetki wujka Stanisława, dawnego właściciela mieszkania. Czemu tak bardzo kochał Wiolettę i jej tak dogadzał, Bartosz nie wiedział. Ale szanował wujka szczerze i zawsze pomagał mu z autem.
Chciałam cię o coś zapytać Barbara nabrała powietrza, przesunęła do syna talerz pierników. Pamiętasz jeszcze panią Marię Lewandowską?
Bartosz zmarszczył czoło.
Pewnie, mamo! Jak mógłbym zapomnieć? uśmiechnął się, pakując do ust piernik z wytłoczonym wizerunkiem warszawskiej Syrenki.
No więc… Marii skierowano właśnie do waszego szpitala wojewódzkiego, na operację oczu Dokładnie nie wiem, co się dzieje, ale jest poważnie
Bartosz jadł i słuchał. Pamiętał panią Marię doskonale sąsiadka z klatki, pomagała mamie, opiekowała się nim, gdy był mały. Zawsze chodziła w wielkich okrągłych okularach.
I… podjął, gdy mama zamilkła, dłubiąc nerwowo w obrusie. Chodzi o to, czy mogłaby pomieszkać u was z Wiolettą na czas leczenia? Wynajem dla niej za drogi, a do hotelu nie ma co ją wysyłać. Często czułam się jej dłużna ona właściwie wychowała ciebie
Bartosz zastygł nad herbatą, pomyślał obecność pani Marii trochę pokrzyżuje plany, trzeba będzie pozdejmować te durne szorty z palmami I Wioletta nie wyskoczy sobie nocą do kuchni w koszuli… Ale skoro jest potrzeba, to jest potrzeba.
Ależ oczywiście, mamo! Skoro kiedyś była dla mnie opiekunką, teraz ja jej pomogę! odpowiedział uśmiechnięty. Poczuł się dumny i wartościowy. Wioletta na pewno będzie z niego dumna, mama także. Maria Lewandowska zasłużyła na opiekę na stare lata!
W tej chwili słońce rozbłysło w oknie, a szczęście zaświeciło w oczach Barbary i zatańczyło po ścianie złotymi płatkami. Nawet dzwony pobliskiego kościoła zabrzmiały lżej.
Naprawdę? Bartuś! To jest prawdziwy gest! Jestem szczęśliwa, że wychowałam cię na tak troskliwego człowieka.
Pogłaskała go po głowie, jak kiedyś.
Gdyby była tu Wioletta, pewnie by wykrzywiła minę i zaparodiowała te matczyne czułostki. Ale była tylko Barbara i jej duży chłopiec, który na chwilę poczuł się znów mały i chwalony.
Bartosz rozmarzył się, a wtedy mama dodała nieco cichszym głosem:
Ale może zapytaj Wioletty
Bartosz coś mruknął, że żona na pewno nie będzie miała nic przeciwko, po czym oparł głowę o maminy rękaw i o mało nie zasnął od tego ukojenia.
To ja już pójdę do pani Marii i ustalimy, co i jak
Barbara wyszła, za ścianą zaszeleściła gazeta, którą czytał ojciec, a Bartosz wyjął komórkę i zadzwonił do Wioletty.
Wioletta słuchała, poprawiając makijaż:
Na jak długo? zapytała.
Na jakieś dwa tygodnie, chyba. Wioletto, trzeba pomóc bronił swojej decyzji Bartosz. Operacja, a gdzie się kobieta podzieje…
Ma pokój w szpitalu, przecież zaczęła, ale Bartosz zagłuszył jej sprzeciw. Tak, ale potem kontrole, dojazdy. Przecież jesteś gościnna i świetnie się dogadacie…
Wiesz, nie jestem zachwycona. Pamiętam ją z wesela. Miała na mnie dziwne spojrzenie westchnęła Wioletta.
Ależ ona cię lubi! Również pomoże z Romkiem
Roman ma szesnaście lat… Z czym ma mu pomóc pani Maria? zażartowała żona i zrezygnowała z malowania ust.
Ma życiowe doświadczenie! upierał się Bartosz. No to jak?
Wioletta była bardzo przeciw, ale otwarcie tego nie powiedziała żal jej było urazić męża.
Dobrze, kiedy przyjeżdża?
Po wymianie szeptanych ustaleń okazało się, że w przyszłą niedzielę.
To jeszcze trochę czasu mruknęła, rozglądając się po bałaganie w mieszkaniu.
Wioletta miała jeszcze czas uprzątnąć, uprać, umyć, wypolerować podłogi.
Roman wieść o przyjeździe starszej pani, która niańczyła niegdyś jego ojca, przyjął ze spokojem.
Przestań, mamo! Daj życiu płynąć, jak chce! powiedział filozoficznie przyszły biolog, patrząc jak matka szaleje z odkurzaczem. To nasza ekosfera, a ona to organizm introdukowany. Przystosuje się albo nie
My zaś zarośliśmy, nie wyrośliśmy! A w tygodniu nie mam czasu! No, bierz drugi odkurzacz i do pomocy! Wstyd mi będzie przed jej znajomymi!
Babcia Barbara i tak wie wszystko i nie przejmuje się wzruszył ramionami Roman.
Wioletta była coraz bardziej podminowana, aż w pewnej chwili zadzwonił dzwonek. To przyszedł jej uczeń, okrąglutki Andrzejek. Wioletta chwaliła go, a sama oczyma lustrowała kuchnię: co jeszcze posprzątać…
Okna! Jeszcze nie myłam okien! przyszło jej go głowy.
Okna muszą być tak czyste, żeby wyglądały, jakby w ogóle nie miały szyb! słyszała głos mamy.
Pod wieczór Bartosz odwiózł żonę do sklepu i po drodze opowiadał, jaka wspaniała jest pani Maria. Wioletta kiwała głową, myślami będąc przy listach zakupów.
Roman nie wytrzymał:
Tata, już wiemy, że przyjeżdża twoja druga mama. Zamknijmy temat!
Wioletta była mu wdzięczna.
Do następnej niedzieli czas mijał jak szalony. W sobotę Bartosz pojechał po Marię Lewandowską, a Wioletta zrezygnowała z lekcji i przygotowywała dom.
Roman poszedł do fryzjera, piesek Benek był wykąpany, a okna lśniły.
Wioletta przygotowała obiad pieczonego kurczaka, ziemniaki, sałatę.
O siódmej rano posłała syna na spacer z Benkiem, sama poszła pod prysznic i zaraz zabrała się za doczyszczanie łazienki. I wtedy rozległ się trzask zamka głosy z przedpokoju, śmiech, Benek szczekał, Roman wzdychał zrezygnowany.
Z lustra odbił się obraz Wioletty w szlafroku, z rozczochranymi włosami Tak witała gości.
No to jesteśmy powiedział Bartosz, taszcząc czerwony olbrzymi kuferek, za nim kroczyła, uśmiechnięta Maria Lewandowska. Pełna komplementów dla domu, Wioletty i ogólnie zachwycona. Ale Wioletta dobrze wiedziała, że nie zdążyła się przygotować, Benek zostawił wilgotne plamy na podłodze, a ona w szlafroku, bez makijażu… Już Maria Lewandowska podnosi brwi krzywo, omija kałuże, zagląda do kuchni.
Bartosz otworzył jej pokój, zadbał o wszystko, Wioletta wyplątała się z szlafroka i rzuciła się na przygotowanie śniadania.
Czemu tak wcześnie? Nie byłam gotowa! zawołała do męża.
Bo Maria ma dzisiaj wizytę u lekarza, musieliśmy wyjechać wcześniej odparł Bartosz, zadowolony z siebie.
Zjedli jajecznicę. Maria usiadła obok Romka.
Pięknie tu u was. Wioletta, pamiętam, że daliśmy wam w prezencie porcelanowy serwis z makami Tak, to chyba wam.
Wioletta wzruszyła ramionami Bartosz rozbił go dzień po ślubie
Może jednak komu innemu? zbyła temat, nalewając kawę.
Wioletta, tu mi trochę wieje, mogę przesiąść się na twoje miejsce?
Roman zerknął na matkę, która i tak zrezygnowana się przesunęła.
Niech cię nie przewieje przed operacją! powiedział Bartosz, przenosząc żonę u siebie, a gościa obok okna.
Bartoszka wychowywałam od maleńkości, zaczęła opowiadać Maria. Był wymagającym dzieckiem! Zawsze trzeba było pilnować, a jadł słabo Ale potem się wyrobił.
Wioletta aż się zakrztusiła, Roman zaszczerzył zęby w ironicznym uśmiechu.
Młody człowieku, do lekcji! Bartosz zawsze uczył się rano, wtedy najlepiej wchodzi do głowy dodała Maria, zabierając naczynia po Romanie i rzuciła spojrzenie Wioletcie.
Rama wyszedł, Wioletta została pogrążona w zakłopotaniu.
Maria Lewandowska zaraz zwołała Bartosza do przestawiania telewizora w swoim pokoju.
Mało u was książek… Również Roman powinien czytać klasykę, choćby Prusa uznała. Przywiozłam wybór. Wieczorem sprawdzimy, co zna, a czego nie.
Tak, pani Mario! przytaknął Bartosz, puszczając oko do syna, przekazując mu worek z piłkarskim strojem.
Znał te babcine nawyki: wszędzie nosi Dostojevskiego, kładzie nawet w teatrze na kolanach, choć nigdy nie przeczytała ani jednej strony. Ale wygląda na poważną…
Po wyjściu Romana i Bartosza, Wioletta zapytała Marię o jej plany.
Do szpitala mam się zgłosić na pierwszą… A propos, czy Roman już ma dziewczynę? Bartosz miał Ritkę, posłuszna była, jak plastelina. A to dobrze, prawda? I tego psa, Benka, powinniście odstawić z kanapy na podłogę, bo brudzi. Przy okazji, tę skrzynkę na buty przesunąć…
Na jej prośbę Wioletta przesuwała meble, a Maria oczywiście coś potrąciła i już wszystkich obuwie leżało na podłodze.
Takie buty, Wioletta, to niezdrowe dla nóg Ale nic to, dziękuję za gościnę!
Maria pogładziła Wiolettę po ramieniu i zniknęła w windzie.
Wioletta stała nieruchomo przez chwilę, po czym zamknęła drzwi, czując, że już nie panuje nad swoim domem. Ale przecież nie wypada być nieuprzejmą wobec opiekunki własnego męża
Mamo, dlaczego ona tu rządzi? Benek nie może leżeć na kanapie, chociaż my pozwalamy! marudził Roman, głaszcząc zdołowanego psa.
Taka już jest Lubi rządzić. Ale to tylko na chwilę. Wytrzymaj, Romanek
Wioletta wstydziła się przed synem i przed Benkiem, że nagle nie jest już panią domu.
Wieczorem Maria zorganizowała na ich kuchni produkcję gołąbków każdy musiał coś robić, a Bartosz był uprzejmy aż do przesady.
A potem jeszcze więcej. W poniedziałek Maria wstała wcześnie, obudziła całą rodzinę, namówiła do ćwiczeń.
Kiedy cię operują? dopytywała Wioletta, łapiąc oddech po wymachach ramion.
Jutro mnie kładą. Kiedy mnie odwiedzisz, Bartoszu?
To raptem dwa dni, przecież operacja jest prostą sprawą! dziwił się syn, ale przytakiwał…
Dzień był wyczerpujący lekcje Wioletty wypadały jedna po drugiej, dzieci chorowały lub wyjeżdżały, telefon nieprzerwanie dzwonił, a za oknem krakały wrony. Maria Lewandowska słuchała swych ukochanych starych przebojów, śpiewała razem z nimi, tupała nogą, a przez szybę było widać jak tańczy.
Po prostu się denerwuje wytłumaczył Bartosz. Kiedy się boi, zawsze jej pomaga muzyka.
Pod wieczór Maria chciała czytać z Romanem klasykę, ale chłopak odmówił. Po ostrej wymianie zdań zatrzasnął drzwi. Następnie Maria dorwała się do Wioletty, która właśnie przez telefon tłumaczyła coś matce ucznia.
Nie! nagle Maria wyciągnęła jej komórkę i wygłosiła rzecz z groźbą do słuchawki: Jeśli chce pani dobrego specjalisty logopedy, syn ma być u nas w pół godziny! Jeśli nie, wykreślam z listy! Kto ja? Sekretarka Wioletty Bartoszewskiej!
Oddała aparat właścicielce, patrząc przez okno. Wioletta aż się zagotowała. Nawet Roman przyszedł posłuchać.
Proszę pani…! Nie wtrącaj się w nasze życie i nie rozkazuj w moim domu i przy mojej pracy! Gołąbki rób u siebie, cytaty z Prusa zostaw dla siebie, a Benek będzie spał gdzie mu pozwolę, a konserwy kupuję, bo lubię. To moje życie, mój dom, moi uczniowie i ja decyduję. Mam nadzieję, że operacja się uda i szybko wróci pani do siebie. Bardzo tego chcę!
Roman aż klaskał, Benek popiskiwał u stóp Wioletty, a Maria Lewandowska, zerkając z ukosa, uśmiechnęła się.
Wioletta była zaskoczona tą reakcją. A Maria dodała:
I bardzo dobrze, Wioletta. Nigdy się nie ugniataj. Naucz się mówić zdecydowane nie, jeśli czegoś nie chcesz. Ja tylko chciałam sprawdzić, czy masz charakter, czy dasz się złamać. Masz swoją linię, miej odwagę za nią stać! Wtedy świat będzie prostszy i w tobie zapanuje spokój. Przepraszam, może przesadziłam, czasem prowokuję, Bartosz wie Wiesz co, Benek jest wspaniały! Chcecie domowego marmoladowego jabłka? Przywiozłam doskonały marmoladek ze wsi. Roman, zjesz?
Chłopak przewrócił oczami, a w drzwiach już pojawił się mały Andrzejek z mamą na kolejne zajęcia. Po lekcji też dostał marmoladę, a przestraszona mama spytała cicho Wiolettę, czy powinna kontaktować się z sekretarką.
Nie martw się, wasz chłopak jest super! zapewniła Wioletta, puściła oko do Marii.
Wieczorem, gdy Bartosz i Roman grali na konsoli, Maria Lewandowska snuła miłe opowieści o Bartoszu z dzieciństwa, o tym jak rozdarł jej tapetę, topił się w stawie i o serwisie z makami, który na szczęście się rozbił. I z życzliwością przyznała: Ritka mi się nie podobała, była bez charakteru. Na szczęście macie siebie, a to jest najważniejsze. Więc wybacz mi zamieszanie, Wioletko. Jesteś naprawdę porządną osobą.
Marmolada znikała z talerzyka, za oknem zapadał zmierzch, na wschodzie już jarzyła się pomarańczowa łuna.
Czas szepnęła Maria. Muszę być do ósmej w szpitalu.
Bartosz odwiózł ją przez puste, spokojne miasto. Wioletta jechała obok, czując, jak starsza pani lekko drży.
Zadzwonię wieczorem. I nie dyskutuj, wracasz do nas! powiedziała na pożegnanie, poprawiwszy jej szalik.
Maria przytaknęła. Miło pomieszkać z młodymi, nawet jeśli są inni niż kiedyś byliśmy my. Zwłaszcza obserwować Romana niepokornego, ciekawego świata, z własnymi zasadami.
***
Czasami łatwiej przeżyć razem trudny okres, ale trzeba stawiać granice i nie pozwalać, by ktoś odbierał nam wolność w naszym własnym domu i życiu. Czasem jasne, serdeczne nie jest potrzebne, by zachować równowagę i poczucie własnej wartości dopiero wtedy życie staje się naprawdę nasze.







