Krystyna odłożyła nóż i wytarła ręce w fartuch. Wnętrze mieszkania córki pachniało dziś żeberkami w miodzie i majeranku — Alicja od rana krzątała się przy garach, trzaskała szafkami i co chwila zerkała na zegarek.
— Szybciej, mamo, — rzuciła przez ramię. — Marek zaraz wróci z Filipem, a ja jeszcze surówki nie skończyłam. Krystyna w milczeniu przesypała startą marchew do salaterki i podeszła do okna.
Za szybą ciągnęło się blokowisko wrocławskiego Szczepina. Szare płyty, anteny satelitarne i pojedyncze balkony obwieszone suszącym się praniem. Dziesięć lat temu sprzedała swoje mieszkanie na drugim końcu miasta, żeby Alicja z Markiem mogli kupić to tutaj — bez dopłaty nie wyszliby z wynajmu. Dziś już mało kto o tym pamiętał.
W przedpokoju huknęły drzwi.
— Obiad gotowy? — zawołał Marek, zrzucając buty. — Zjadłbym konia z kopytami.
Filip wszedł za nim bez słowa. Dwudziestoletni dryblas o twarzy pozbawionej wyrazu, z nieodłącznym powerbankiem w dłoni i kablem od słuchawek dyndającym przy bluzie. Babkę przywitał skinieniem głowy i od razu zanurkował w kanapę.
Przy stole Marek nałożył sobie solidną porcję mięsa. Alicja krążyła wokół męża i syna — Markowi dolała piwa, Filipowi przysunęła bliżej sos i pokroiła chleb.
— Jak tam na uczelni? — spytała Krystyna, patrząc na wnuka.
Filip wzruszył ramionami.
— Spoko.
— Nie spoko, tylko świetnie! — wtrąciła natychmiast Alicja. — Dziekan go chwalił, że ma dryg do projektowania. Teraz jeszcze tylko praktyki musi zaliczyć i może starać się o staż w jednej z pracowni architektonicznych. Prawda, Filip?
Chłopak zamrugał i wbił wzrok w ekran telefonu.
Marek odstawił kufel. Spojrzał na żonę — najpierw krótko, potem przeciągle i z naciskiem. Alicja odpowiedziała mu ledwie dostrzegalnym ruchem brwi. Ten kod Krystyna znała aż za dobrze. Tak samo patrzyli na siebie, kiedy trzy lata temu poprosili ją o pieniądze na wkład własny do kredytu. I dwa lata temu, kiedy potrzebowali dopłacić do wymiany instalacji.
— Ciociu Krystyno… — Marek poprawił się na krześle. — Jest taka sprawa. Filip wchodzi w dorosłe życie. Trzeba mu trochę pomóc.
— Jakiej pomocy potrzebuje? — spytała spokojnie.
— Syn potrzebuje samochodu — weszła mu w słowo Alicja. — Nie może codziennie tłuc się autobusem przez pół miasta. W przyszłym semestrze będzie miał zajęcia na drugim końcu Wrocławia. Poza tym dorosły facet bez auta? To wstyd, mamo.
— Rozumiem. — Krystyna odłożyła widelec. — Tylko nie bardzo wiem, co ja mam z tym wspólnego. Moja emerytura ledwie starcza na czynsz i leki.
Alicja prychnęła.
— Mamo, przestań. Przecież wiemy o twoich oszczędnościach. Po babci zostały niezłe pieniądze. Sprzedałaś działkę na Mazurach i od lat tego nie ruszasz.
Na stole zaległa cisza. Za oknem ktoś odpalał starego diesla — silnik zakaszlał, zawył i powoli się rozkręcił. Ze ściennego głośnika sączyła się reklama proszku do prania.
— Filip jest twoim jedynym wnukiem! — Alicja mówiła teraz tonem obrażonej dziewczynki. — My harujemy od rana do wieczora. Marek bierze nadgodziny w każdą sobotę. Ja po nocach szyję na zlecenia. A ty siedzisz na tych pieniądzach jak smok na skarbie. Przecież i tak ich nie wydajesz — na co ci one?
Krystyna obróciła w palcach serwetkę.
— Na co mi? — powtórzyła. — Mam sześćdziesiąt pięć lat. Kręgosłup wysiadł od dźwigania po schodach, okulary trzy lata nie wymieniane, a dentysta w zeszłym miesiącu wycenił mi implanty na siedem tysięcy. Ale rzeczywiście, nic mi nie trzeba.
— Oj tam, implanty — skrzywiła się Alicja. — Na NFZ też robią protezy. Trzeba tylko poczekać.
— Dożyć do kolejki? — Krystyna zaśmiała się cicho. — Mówisz jak twój ojciec. Też zawsze powtarzał: po co ci to, po co tamto, wszystko można załatwić tanio albo za darmo. Tylko jakoś na swoje sprawy zawsze znajdował pieniądze.
Alicja zacisnęła usta.
Marek podniósł obie dłonie w pojednawczym geście.
— Spokojnie, nie kłóćmy się. Po prostu chcemy wyjaśnić sytuację finansową. Znajomy sprzedaje auto — trzyletnia Octavia, mały przebieg. Chce za nie dwadzieścia tysięcy. Takiej okazji nie będzie. Decyzja musi być do jutra, bo już dzwonią inni chętni.
— Dwadzieścia tysięcy — powtórzyła Krystyna. — Prawie tyle, ile dostałam za działkę po mamie.
— No właśnie! Idealnie!
Krystyna popatrzyła na Filipa. Chłopak skulił się nad talerzem i udawał, że czyta coś pilnego na ekranie. Ani razu nie podniósł głowy, nie próbował włączyć się do rozmowy.
— Czyli jak — zwróciła się do niego — sam nie poprosisz? Babcia ma za ciebie rozmawiać?
Filip poruszył się nerwowo.
— No… mama już wszystko powiedziała.
— Mama, tata, znajomy z ogłoszenia — wyliczała Krystyna. — A gdzie ty?
— O co pani ma pretensje? — wtrącił Marek chłodniej. — Chłopak radzi sobie na uczelni, zbiera pochwały…
— Od dziekana? — ucięła Krystyna.
Zapadła absolutna cisza.
— Od dziekana, powiadasz? — powtórzyła Krystyna, patrząc prosto na zięcia. — To może wyjaśnij mi, Marku, dlaczego dwa tygodnie temu dzwonił do mnie sekretariat wydziału mechanicznego i pytał, czy odbierzecie w końcu papiery Filipa? Właściwie to nie tyle pytał, co raczej informował, że skreślenie z listy studentów nastąpiło z dniem trzydziestego pierwszego marca. Za notoryczne nieobecności i niezaliczenie żadnego semestru.
Alicja pobladła.
— To bzdura. Filip codziennie rano wychodzi na wykłady!
— Wychodzi — zgodziła się Krystyna. — Tylko nie na wydział. Filip od miesięcy zjeżdża windą do podziemia pod Arkadami Wrocławskimi i spędza całe dnie z kolegami w KFC. Sprawdziłam. Pojechałam tam któregoś dnia po swoich badaniach na Borowskiej i siedziałam na antresoli półtorej godziny. Widziałam go.
Marek wbił w syna oczy tak ciężkie, że chłopak odruchowo odsunął się od stołu.
— Filip, ty gnoju — powiedział przez zaciśnięte zęby. — To dlatego te wszystkie przelewy za akademik… przecież ja co miesiąc płaciłem!
— Już od stycznia nie płaciłeś w ciemno — odparła Krystyna. — Akademik został rozwiązany. On wrócił do was, bo nie miał gdzie mieszkać.
Widok na twarzy Alicji zmienił się — z niedowierzania w panikę, a potem w desperację.
— No dobrze! — wyrzuciła z siebie. — Popełnił błąd. Każdy ma prawo się potknąć. W przyszłym roku pójdzie na prywatną uczelnię, zaocznie. Kupimy mu to auto, będzie mógł dorabiać w Uberze. Mamo, to jest wnuk. Twój jedyny. Jeśli teraz nie pomożesz…
Krystyna pokręciła głową.
— Już pomogłam.
Podniosła się powoli, rozprostowując plecy. Podeszła do wieszaka w przedpokoju.
— Miesiąc temu spłaciłam dwie chwilówki wzięte na jego nazwisko. Trzy i pół tysiąca z odsetkami. Potem jeszcze Provident — kolejny tysiąc dwieście. Filip brał pożyczki, żeby fundować wyjścia do klubów jakiejś dziewczynie z Instagrama. Kiedy przestał spłacać, windykatorzy zaczęli dzwonić do mnie. Bo Filip podał mój numer we wniosku jako osoby do kontaktu.
Alicja złapała się za głowę.
— Spłaciłaś jego długi, nie mówiąc nam ani słowa? Bez konsultacji? Przecież mogliśmy się jakoś dogadać, rozłożyć raty…
— Nie było na co czekać — głos Krystyny stwardniał. — Grozili zajęciem waszego mieszkania. Filip jest w nim zameldowany. Egzekucja wleciałaby jak w masło. Dlatego zapłaciłam. A resztę oszczędności przeznaczyłam na siebie.
— Jak to: na siebie? — Alicja zamrugała.
— Kupiłam ziemię pod Jelenią Górą. Mały drewniany dom do remontu, osiemnaście arów, przy granicy lasu. W zeszłym tygodniu podpisałam akt notarialny. Wiosną każę postawić szklarnię i nasadzę maliny. Latem będę chodzić na grzyby i pić kawę na werandzie.
Alicja patrzyła na nią tak, jakby matka zdjęła z siebie skórę i odsłoniła zupełnie nową osobę.
— Wydałaś wszystko na siebie? — powtórzyła głucho córka. — Zostawiasz nas bez niczego?
— Zostawiam wam syna, którego urodziłaś i wychowałaś. I który ma dwadzieścia lat i dwie zdrowe ręce. Może iść do roboty. W Castoramie szukają magazynierów. Na budowach też brakuje ludzi.
Marek stał oparty o framugę. Oddychał ciężko, oczy wlepione w podłogę.
— A jeśli chodzi o tę Octavię — dodała Krystyna, zapinając płaszcz — to radzę sprawdzić VIN w historii pojazdu. Ten twój znajomy, Marku, miał wstawione na OLX co najmniej trzy oferty tego samego auta w ciągu ostatniego roku. Może warto zapytać, dlaczego tak często zmienia właściciela.
Alicja otworzyła usta, ale żaden dźwięk z nich nie wyszedł. Marek nadal nie podnosił wzroku.
Krystyna wyszła na klatkę schodową i zamknęła za sobą drzwi.
Autobus linii 128 prawie świecił pustkami. Usiadła przy oknie i patrzyła, jak za szybą przesuwają się neony na Legnickiej — Rossmann, Żabka, komis z używaną odzieżą. Na wysokości placu Strzegomskiego ktoś wcisnął przycisk przystanku. Piskliwy dzwonek przeciął ciszę, ale Krystyna prawie go nie usłyszała.
Myślała o małym piecyku kaflowym w nowym domu. I o tym, że w sobotę jedzie obejrzeć sadzonki borówki amerykańskiej. Sąsiad spod Piławy Górnej obiecał zostawić jej dziesięć krzaków po cenie hurtowej.
Trzy tygodnie później odezwał się Filip. Napisał SMS-a: miał kartę zablokowaną, brakowało mu dwudziestu złotych na śniadanie w pracy.
— Babcia, błagam, chociaż na bułkę — pisał. — Ojciec zabrał mi laptopa, wyczyścił konto i załatwił robotę na budowie. Codziennie taszczę worki z tynkiem. Jestem tak zmęczony, że ledwo stoję.
Krystyna odłożyła telefon na parapet i wróciła do przesadzania pelargonii.
Po pięciu minutach ekran ponownie się rozjaśnił. Filip przysłał zdjęcie swoich dłoni — brudnych, pozdzieranych, z odciskami na knykciach.
— Zobacz — napisał. — To przez ciebie.
Krystyna spojrzała na fotografię. Potem na swoje własne ręce: stare żyły, suche przeguby, plamy wątrobowe.
— Nieprawda — odpisała i wyłączyła komórkę.
Za oknem słońce przeciskało się między blokami. Na parapecie stała otwarta paczka nasion aksamitki — kupiła ją wczoraj w markecie ogrodniczym na Bielanach. Już niedługo. Jeszcze tylko tydzień i wyjedzie z tego mieszkania na zawsze.







