# Owczarnia przy Dolinie Zbrzy
Owczarnia przy Dolinie Zbrzy, sto dwadzieścia kilometrów od Gdańska — tam Wiktoria Sobieraj hoduje owce już siedemnaście lat. Ma czterdzieści cztery lata, w gospodarstwie zostaje z psem pasterskim imieniem Buła i z ojcem, który mieszka w przybudówce. To on nauczył ją strzyc, doić, odbierać jagnięta o czwartej nad ranem. To on, kiedy miała dwadzieścia siedem lat, zapisał jej połowę ziemi — a drugą połowę zostawił bratu, Mateuszowi, który wyjechał do Wrocławia i o owcach nie chciał słyszeć.
Rodzinne niedziele odbywały się zawsze tak samo: długi stół w kuchni, barszcz z uszkami, ojciec na końcu stołu z kieliszkiem nalewki z tarniny, którą sam robił od trzydziestu lat. Mateusz przyjeżdżał na święta z żoną i dwójką dzieci, siedział krótko, patrzył na zegarek, mówił, że korki na A1 będą straszne. Wiktoria pamięta, jak ojciec za każdym razem prosił: zostań jeszcze, opowiedz coś, pokrój tego sernika, nie spiesz się tak. Mateusz zostawał pół godziny dłużej i wyjeżdżał.
We wrześniu zeszłego roku ojciec upadł w oborze. Leżał tam czterdzieści minut, zanim Buła zaczął ujadać pod oknem sąsiadki i ta zadzwoniła na pogotowie. Udar. Szpital w Kościerzynie, potem rehabilitacja. Przeżył, ale mowa wróciła mu tylko częściowo, a lewa ręka już nie do końca.
Mateusz przyjechał na trzy dni. Zdążył załatwić notariusza.
Wiktoria dowiedziała się o tym przypadkiem, od sąsiada, który był świadkiem. Ojciec — w stanie, w którym z trudem wypowiadał pojedyncze słowa — podpisał pełnomocnictwo, dające bratu prawo dysponowania całym gospodarstwem, łącznie z jej połową, "w celu ułatwienia opieki". Notariusz później tłumaczył się, że dokumenty wyglądały poprawnie, a ojciec kiwnął głową, kiedy zapytano, czy rozumie treść.
Trzy tygodnie później na bramie owczarni wisiało już ogłoszenie firmy deweloperskiej z Wrocławia — teren pod działki budowlane, cena za hektar, numer telefonu. Mateusz przez telefon powiedział jej wprost: tato już nie da rady prowadzić gospodarstwa, ty jedna go nie utrzymasz, sprzedajemy, dzielimy się po połowie, tak będzie sprawiedliwie.
Wiktoria nic nie odpowiedziała. Odłożyła telefon na parapet, obok słoika z ususzonym rumiankiem, który zbierała z ojcem jeszcze w lipcu — kiedy jeszcze mówił pełnymi zdaniami. Buła położył się jej na stopach.
Nazajutrz pojechała do adwokata w Kościerzynie, pani Halina Wesołowska, która prowadziła sprawy rolne od dwudziestu lat. Zabrała ze sobą teczkę: akt notarialny darowizny sprzed siedemnastu lat, dokumentację medyczną ojca ze szpitala, w tym opinię neurologa o stanie po udarze z dnia podpisania pełnomocnictwa — data zgadzała się dokładnie z wizytą notariusza. Pani Wesołowska przeczytała dokumenty dwa razy, potem odłożyła okulary na biurko.
— To pełnomocnictwo da się podważyć. Zdolność do czynności prawnych w tym stanie jest więcej niż wątpliwa. Ale to potrwa. Miesiące.
— Mam czas — powiedziała Wiktoria. — Mam owce, mam ojca, mam dach nad głową. On ma tylko papier.
Sprawa trafiła do sądu w listopadzie. W międzyczasie Wiktoria załatwiła coś, czego Mateusz się nie spodziewał: przewiozła ojca z przybudówki do siebie, do domu głównego, urządziła mu pokój z widokiem na wybieg dla owiec. Zatrudniła opiekunkę na pół etatu, panią Zosię z sąsiedniej wsi. Ojciec siedział godzinami przy oknie i patrzył, jak córka gania z Bułą stado na łąkę.
Rozprawa odbyła się w marcu, w Sądzie Rejonowym w Kościerzynie. Mateusz przyjechał z prawnikiem w garniturze nieadekwatnym do pyzatej sali sądowej na drugim piętrze. Sędzia zapytał ojca — bo ten mógł się stawić, mowa mu się poprawiła na tyle, żeby powiedzieć kilka zdań — czy pamięta, co podpisywał we wrześniu.
Ojciec spojrzał na Mateusza, potem na Wiktorię, potem znów na sędziego.
— Nie pamiętam papieru. Pamiętam, że Mateusz się spieszył.
Sąd unieważnił pełnomocnictwo. Koszty postępowania, dwanaście tysięcy złotych, sąd nałożył na Mateusza — bo to on zainicjował czynność w warunkach, które biegły określił jako "wykluczające świadome oświadczenie woli".
Deweloper z Wrocławia wycofał ofertę tego samego tygodnia — bez ważnego pełnomocnictwa nie miał z kim podpisywać umowy przedwstępnej.
Wiktoria nie zadzwoniła do brata, żeby to skomentować. Zamiast tego pojechała do notariusza w Kościerzynie — innego, nie tego, który podpisywał pełnomocnictwo — i razem z ojcem, w obecności biegłego psychiatry potwierdzającego zdolność do czynności prawnych, sporządziła nowy dokument: pełnomocnictwo opiekuńcze na wypadek dalszego pogorszenia stanu zdrowia ojca, wyłącznie na jej nazwisko, z dokładnym wykazem, co obejmuje — konto bankowe, sprawy medyczne, gospodarstwo.
Ojciec podpisał się drżącą ręką, ale wyraźnie, litera po literze. Notariusz nagrał całą czynność na wideo — na wszelki wypadek.
Mateusz przyjechał raz jeszcze, w maju, bez zapowiedzi. Stanął przy bramie owczarni, tej samej, na której siedem miesięcy wcześniej wisiało ogłoszenie dewelopera. Zobaczył ojca na ławce przed domem, z kocem na kolanach, z Bułą u stóp.
— Chciałem tylko zapytać, jak się czuje — powiedział.
Wiktoria stała w drzwiach obory, w gumiakach, z wiadrem po karmie w ręku.
— Czuje się dobrze. Możesz go odwiedzić w każdą niedzielę o dwunastej, jak wszyscy. Ale papierów tu więcej nie podpiszemy — ani ty, ani ja, ani nikt inny bez niego przy zdrowych zmysłach i bez świadka z zewnątrz.
Mateusz kiwnął głową i został na obiedzie. Ojciec podał mu talerz z barszczem sam, lewą ręką, powoli, ale bez pomocy. Nikt nie patrzył na zegarek.







