Kundel imieniem Bąbel i wielki dog z ulicy Sportowej

Zostawiłam Bąbla w tym pensjonacie dla psów przy ulicy Sportowej w Bydgoszczy, bo miałam dwa dni delegacji w Poznaniu i nie było komu go pilnować. Bąbel to kundelek, jakieś dziewięć kilo, uszy na krzywo, jedno stoi, drugie leży — znalazłam go trzy lata temu pod blokiem, w kartonie po telewizorze. Pani Krystyna, która prowadzi ten hotelik, wysyła zdjęcia na WhatsAppie, żeby właściciele się nie martwili. Zwykle to nudne fotki: pies śpi na macie, pies je karmę Pedigree z miski.

Tego dnia dostałam dziewięć zdjęć pod rząd.

Na wszystkich Bąbel biegł za wielkim danem, który mieszka tam na stałe, bo należy do syna pani Krystyny. Dog ma na imię Fafik, waży chyba z sześćdziesiąt kilo, a Bąbel sięga mu ledwie do kolana. Na pierwszym zdjęciu Bąbel siedzi tuż przy jego łapie i patrzy w górę, jakby czekał na autobus, który nigdy nie przyjedzie. Na kolejnym leży przyklejony bokiem do jego brzucha, między przednimi łapami, z uchem założonym na pysk. Na ostatnim liże go po nosie, a Fafik ma taką minę, jakby to znosił z rezygnacją starszego brata.

Zadzwoniłam do pani Krystyny wieczorem, bo musiałam wiedzieć, co się właściwie stało.

— On za nim chodził od rana do wieczora — powiedziała, śmiejąc się. — Nie odstąpił go na krok. Nawet jak jadł, to jadł przy jego misce, nie przy swojej.

Zapytałam, czy to normalne, czy może Bąbel się czymś zestresował. Powiedziała, że to akurat coś innego — że dog jest tam już rok i zwykle trzyma się z boku, nie bawi się z małymi psami, bo się ich chyba trochę boi po tym, jak jeden jamnik go kiedyś ugryzł w łapę. A tu nagle sam podszedł do bramki, wsadził nos i czekał, aż Bąbel wyjdzie na spacerowy dziedziniec.

Odebrałam go dwa dni później, w sobotę, koło południa. Pachniał psim szamponem o zapachu owsianki, którym pani Krystyna kąpie wszystkich przed odbiorem. Skakał, merdał, warczał radośnie, ale kiedy tylko Fafik wyszedł z budynku na pożegnanie, Bąbel przestał zwracać na mnie uwagę. Podbiegł, oparł łapy na jego przedniej łapie i stał tak chwilę, jakby chciał go zapamiętać na dłużej niż to możliwe.

W drodze do samochodu obejrzał się jeszcze raz przez ogrodzenie, tam gdzie Fafik stał przy misce z wodą. Wsiadł na tylne siedzenie bez marudzenia, co u niego rzadkość, bo zwykle trzeba go namawiać kawałkiem szynki.

Przez pierwszy tydzień w domu było inaczej niż zwykle. Bąbel węszył przy drzwiach, jakby sprawdzał, czy ktoś nie stoi za nimi. W nocy zamiast na swoim posłaniu spał na dywanie w przedpokoju, bliżej wyjścia niż kiedykolwiek. Karmę zostawiał w misce nietkniętą do wieczora, a potem jadł ją po kawałku, bez apetytu, jakby robił to z obowiązku. Czwartego dnia zważyłam go na kuchennej wadze, bo miska wciąż była pełna rano — brakowało niecałego kilograma, a przy jego wadze to było widać na żebrach. Zadzwoniłam do weterynarza, ale pani doktor powiedziała, żebym poczekała jeszcze dobę, zanim zaczniemy szukać przyczyny gdzie indziej — że u psów to się zdarza po rozstaniu, jeśli mocno się do kogoś przywiążą.

Tej nocy nie spałam dobrze, bo słyszałam, jak Bąbel chodzi po przedpokoju, przystaje przy drzwiach, wraca, znowu przystaje. Rano zdecydowałam, że jeśli nie zje śniadania, jedziemy prosto na Sportową, bez pytania nikogo o zgodę na dodatkowy dzień. Zjadł jednak połowę miski, powoli, ale zjadł, więc zamiast tego napisałam do pani Krystyny z pytaniem, czy mogłabym umówić dzień tylko na wspólny spacer, bez noclegu.

Odpisała po godzinie, że to akurat dobry pomysł, bo syn i tak przyjeżdża po Fafika w niedziele, żeby zabrać go na łąkę za osiedlem — możemy się zabrać razem. Umówiłyśmy się na najbliższą niedzielę, dziesiątą rano, przy bramce od strony parkingu.

W sobotę wieczorem zadzwoniła jeszcze raz. Marek miał w niedzielę awarię samochodu i nie wiedziała, czy zdąży przyjechać na czas, więc może lepiej przełożyć na inny termin. Powiedziałam, że przyjadę mimo wszystko, sama, choćby na chwilę przy ogrodzeniu — nie umiałam sobie wyobrazić, że mam odwołać Bąblowi to spotkanie po tym, co się z nim działo przez cały tydzień.

Rano, kiedy podjechałam pod bramkę, na parkingu nie było nikogo. Zapukałam do biura, ale pani Krystyna tylko rozłożyła ręce — Marek utknął w warsztacie, telefon nie odbierał. Bąbel siedział w aucie na tylnym siedzeniu i skomlał, patrząc w stronę budynku, gdzie za siatką było widać cień poruszający się w głębi wybiegu.

Zapytałam, czy mogę chociaż podejść z Bąblem pod wybieg, żeby zobaczył Fafika choćby przez ogrodzenie, skoro już tu jesteśmy. Pani Krystyna zawahała się, bo to nie była pora zwiedzania, ale w końcu otworzyła furtkę do sąsiedniego wybiegu i wypuściła Fafika.

Kiedy Bąbel go zobaczył, zerwał się tak gwałtownie, że smycz wyrwała mi się z ręki. Podbiegł do siatki i wcisnął przez nią nos, a Fafik z drugiej strony położył się od razu, żeby być na jego wysokości, dokładnie tak jak wtedy w kojcu. Stałyśmy z panią Krystyną przy tej siatce dobre pięć minut, patrząc, jak te dwa psy próbują się dotknąć przez druciane oczka, i to było gorsze niż gdyby w ogóle się nie spotkały.

W końcu pani Krystyna westchnęła i powiedziała, że skoro Marek i tak nie przyjedzie, to ona sama wypuści oba psy na wybieg, na piętnaście minut, zanim otworzą pensjonat dla kolejnych klientów.

Bąbel wskoczył na bok Fafika, zanim jeszcze zdążyłam zamknąć furtkę, i wgramolił się na niego, z pyskiem wciśniętym pod jego szyję. Leżały tak, dopóki pani Krystyna nie powiedziała, że czas kończyć.

W drodze do domu Bąbel spał na tylnym siedzeniu, pierwszy raz od tygodnia z pyskiem odwróconym od okna. Wieczorem zjadł całą miskę.

Marek zadzwonił w poniedziałek, żeby przeprosić za niedzielę, i powiedział, że mogą się spotykać co niedzielę, jeśli mi to pasuje, bo dla Fafika to też dobre — od śmierci ich starego owczarka niemieckiego dog był trochę zagubiony, a teraz znowu ma powód, żeby wybiegać rano do ogrodu.

Zgodziłam się bez wahania. Od tamtej pory co niedzielę o dziesiątej Bąbel czeka przy drzwiach z uszami postawionymi tak, jak tylko potrafi, i skomle na klamkę, zanim jeszcze zdążę wziąć klucze. Na łące za osiedlem biegają razem, dopóki Bąbel nie padnie ze zmęczenia gdzieś w trawie, a Fafik siada obok i pilnuje, żeby nikt mu nie przeszkadzał, kiedy śpi.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Kundel imieniem Bąbel i wielki dog z ulicy Sportowej