Odkładane życie
Mamo, mogę wziąć cukierka z pudełka? Jednego! Proszę! Julka kręciła się przy kredensie jak lis, próbując dostać się do słodyczy, które z takim trudem zdobyła pani Irena.
Nie! To na święta. Zjesz teraz, na Boże Narodzenie nic nie zostanie.
Julka nadęła policzki. Jakie to ma znaczenie, kiedy zje się cukierka? Przecież nie prosi o cały zapas, tylko o jednego! Znowu mama: jak coś smacznego na później; jak ładnego na święto. A przecież tak by się chciało wziąć jednego cukierka, założyć nową sukienkę, którą tata przywiózł z delegacji z Warszawy, i pójść do Gosi. Ta może nawet codziennie nosić nowe rzeczy do przedszkola, bo mama sama jej szyje. Co z tego? I tak Gosia zawsze wygląda najładniej w grupie, a Julka chodzi w starych groszkach, które już jej się strasznie znudziły.
Jeszcze nie wiedziała wtedy, jak bardzo jej rodzice musieli się starać, by zdobyć te słodycze i ubrania. Mama Julki pracowała w bibliotece, tata był inżynierem. Od dziecka Julka słyszała słowo załatwić. To znaczyło, że coś się pojawi, czego nie dało się kupić w sklepie. Tak trafiły do niej piękne lakierki, a mama dostała nowe kozaki. Tylko po ich zakupie cała rodzina jadła przez miesiąc głównie makaron i ziemniaki, ale mama była szczęśliwa tak szczęśliwa, że przez pierwsze dni nawet nie ubierała nowych butów, tylko je podziwiała. Julka do dziś pamięta czarne kozaki mamy, każdą rysę, zdartą podkówkę z obcasa.
Czas mijał, świat dookoła się zmieniał. W sklepach było wszystko, o czym się marzyło, nie trzeba było już się starać, żeby rozpieścić dziecko słodyczami czy kupić nowe ubranie. Problemem stały się pieniądze. Julka była w ósmej klasie, gdy tata pewnego wieczoru wszedł do domu z uśmiechem:
Przyjęli mnie!
Jeszcze nie rozumiała, o co chodzi, ale radość rodziców mówiła sama za siebie. Firma ojca zajmowała się elektroniką, a jego zdolności przydały się tam bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Julka widziała, jak jej tata, dotąd zamyślony i często zmęczony, odzyskał radość i znalazł swoje miejsce. Okazało się, że świetnie radzi sobie jako lider i wkrótce jego kariera nabrała rozpędu.
W domu żyło się lżej. Mama już nie siedziała po nocach z notesem, próbując wyczarować coś z domowego budżetu na nowe buty czy ubranie dla córki. Wreszcie pojawiły się pierwsze dżinsy, modne trampki i inne cuda z polskiej giełdy. Julka porzuciła myśl o nauce w technikum, żeby jak najszybciej pójść do pracy, i postanowiła zdawać na uniwersytet. Rodzice w pełni ją wspierali. Przez dwa lata uczyła się zawzięcie, zrezygnowała z dyskotek i przyjaciółek opłaciło się, doskonale napisała egzaminy. Została studentką.
Mogłaby zwolnić tempo, odpocząć, ale nie Julka. Najpierw nauka i dobra praca, potem reszta. Miała rację obroniła się z wyróżnieniem, dostała prestiżową posadę, załatwioną przez tatę, który zdążył w międzyczasie zdobyć znajomości. Spełniło się kupiła sobie własne mieszkanie, samochód, jeździła na zagraniczne wakacje. Była dumą rodziców: mądra, niezależna, sukces gonił sukces. Tylko… sama.
Julki to jednak nie martwiło. Od zawsze chodziła własnymi ścieżkami i adoratorów jej nie brakowało. Ale poważnych związków nie chciała jeszcze tyle możliwości, jeszcze zdąży. Dzieci? Kiedyś, może później.
Pierwsza prawdziwa miłość przyszła, gdy miała już trzydzieści pięć lat. Z Piotrkiem pracowali razem, siedzieli w sąsiednich pokojach. Nie przyszłoby jej do głowy, że mogłaby mu się podobać. A to przecież był mężczyzna nie tylko przystojny, ale mądry i cenił Ją. Nawet nie przejmował się przezwiskiem, które Julka obrosła w pracy Królowa Śniegu. Piotr nie owijając w bawełnę, na jednym z firmowych spotkań, gdy zatańczyli razem, a Julka, trochę już rozluźniona, oparła mu głowę na ramieniu, powiedział:
Wyjdź za mnie. Oboje odnieśliśmy sukcesy, czas ucieka. Chcę z tobą spędzić życie. Kocham cię, Julko.
Zaśmiała się cicho:
Piotruś, co ty! Mamy jeszcze czas. Wszystko zdążymy.
A rano spojrzała mu w oczy i powiedziała:
Zgadzam się.
Było wielkie wesele, mama Irena płakała ze szczęścia, że doczekała się wnuków, i przyszły trzy lata, które pokazały Julce, że wszystkie wcześniejsze sukcesy nie są niczym w porównaniu z tym, czego doświadcza teraz bycia razem.
Już nie mam przyszłości, mamo… Julka nie potrafiła już nawet płakać, trzymając w ręku wyniki badań. Po co byłam taka głupia?
Córciu, poczekaj. To przecież tylko jedna klinika. Medycyna idzie do przodu. Jeszcze się może zmienić.
Kiedy? wyrzuciła z siebie i odsunęła wyniki, które rozsypały się po podłodze salonu.
W domu rodziców nic się nie zmieniło. Rodzice nie chcieli od niej pieniędzy na remont lub meble, chociaż tata już nie pracował i był schorowany, a mama niemal uziemiona, by nie zostawiać go samego. Julka coś tam robiła mimo protestów, ale w zasadzie ograniczało się to do stałych dostaw tych samych produktów, które kupowała sobie, oraz odnowienia starych mebli. Styl vintage miał znów swój urok. Remont zrobiła, ale dekadę temu dziś, patrząc w jeden punkt na ścianie, pomyślała, że przydałoby się w końcu wymienić tapetę i wycyklinować parkiet. Jakie bzdury przychodzą do głowy, gdy życie, nad którym tak się pracowało, właśnie się wali…
Mamusiu, nie rozumiesz? To właśnie czasu mi brakuje…
Siedziały tak długo, nie zauważając zapadających ciemności, nie słysząc dzwoniącego telefonu. Julka raz płakała, raz się uspokajała, ale już nie chciała o niczym mówić. W końcu podniosła głowę, patrząc na matkę i szepnęła:
Dziękuję, mamo…
Za co, Juleńko?
Za to, że mnie wysłuchałaś. Nie mam już nikogo, komu mogłabym to powiedzieć.
Co ty mówisz?! Irena ujęła jej twarz w dłonie. Jesteś mi potrzebna! Tacie! Piotrkowi!
Piotrkowi już nie.
Jak to?
To moja sprawa, nie jego. Jego czas jeszcze nie minął. On może mieć jeszcze dzieci.
Julka wstała, szybko ucałowała matkę na pożegnanie, nie słuchając już argumentów, i zebrała się do wyjścia.
Nie martw się, mamo. Poradzę sobie. posłała matce pocałunek i zamknęła za sobą drzwi. A Irena bezradnie opadła na stołek w korytarzu. Boże, dlaczego właśnie ją to spotyka?
Nie spiesząc się do domu, Julka skręciła w stronę bulwaru nad Wisłą. O tej porze roku nie było tu nikogo prócz pary psiarzy i starych ludzi, spiesznie przechodzących w kurtkach ze stułą od wiatru. Julka patrzyła za nimi i nagle znów rozpłakała się. Marzyła kiedyś, że też tak będzie… Kto wie, czy kiedyś nie zestarzeje się przy Piotrku, zrozumie się nimi bez słów, będzie miała coś wspólnego, swoje… A teraz już na pewno nie. W końcu przyznała, że kocha Piotra, choć całe życie sama sobie to odwlekała. Tylko że to już nie ma znaczenia jeśli się kocha, myśli się o drugim, nie o sobie.
Patrząc na szarą rzekę, pomyślała o spacerach z rodzicami, lodach, które kupowali niezależnie od pogody. I nigdy wtedy nie bolało ją gardło, choć jadła sorbet zimą… Z własnymi dziećmi już tak nie będzie…
Podniosła wzrok znad wody i potrząsnęła głową. Dość! Użalanie się nad sobą niczego nie zmieni. Musi żyć dalej znaleźć w sobie coś, co pozwoli jej znowu żyć. Miała świadomość, że teraz wszystkie jej osiągnięcia przestały mieć wagę. Kariera, pieniądze nie mogą wypełnić pustki. Musi więc znaleźć coś nowego… Ale co? Tego nie wiedziała. Wiedziała tylko, że musi podjąć najważniejszą decyzję. Bo o ile jej czas był tylko jej, czas Piotrka… już nie.
Podchodząc do parkingu, zauważyła kilka kręcących się koło jej samochodu nastolatków. Rozejrzała się: pusto… Nikt by jej nawet nie pomógł. Poczuła jednak dziwne połączenie wściekłości i obojętności. Co to za różnica, co się teraz stanie?
Wsunęła zmarznięte dłonie głęboko w kieszenie i podeszła.
Co się tu dzieje?
Chłopcy nagle spojrzeli na nią.
To pani samochód?
Mój.
Pod maskę! Trzeba otworzyć, wyciągnąć! wszystko nagle wykrzyczeli naraz, i Julka już wiedziała, że nie zamierzają jej napaść.
Spokojnie! Za dużo was. Ktoś jeden, niech powie. Co tam jest pod maską?
Najmniejszy z nich wystąpił naprzód. Pewnie lider, pomyślała.
Kociak. Widzieliśmy, jak wlazł pod samochód i schował się gdzieś wyżej. Grzeją się tak przy silnikach.
Julka podniosła brwi.
Pewny jesteś?
Mówię pani, widzieliśmy. Teraz jest zimno, a one się chowają, żeby się ogrzać.
Otworzyła maskę, a chłopcy wyciągnęli protestującego czarnego kociaka.
Co za zwierz, gryzie! śmiał się chłopak, podając kociaka Julce. Proszę, pani, niech się nim pani zajmie!
Ja? ostrożnie wzięła kociaka. Ale co ja z nim zrobię? Nigdy nie miałam kota!
Pani sobie poradzi, byle dobrze karmić!
Roześmieli się i już odchodzili, gdy Julka sobie coś przypomniała.
Chłopaki! wyjęła z portfela dwadzieścia złotych. Mama mówi, że nie można brać zwierzątka bez zapłaty.
Dzięki! wzięli pieniądze i pomachali jej na do widzenia.
Julka usiadła za kierownicą, patrząc na niespodziewanego gościa.
I co ja z tobą zrobię?
Kociak, rozsiadł się na jej kolanach, brudnymi łapami masował płaszcz i mruczał.
No tak, stara panna z kotem. A wszystko po polsku. Zaśmiała się smutno, zapięła pasy. Jedziemy do domu!
Rozmowę z Piotrem zostawiła na rano, cały wieczór zajęła jej kąpiel i wyczesywanie kociaka.
Skąd ty masz tyle pcheł? Masakra! Co mnie opętało, żeby się w to wpakować? kręciła głową, myjąc go w łazience, a Piotr stał z ręcznikiem, gotowy, by owinąć małego.
Dziwne…
Co?
Koty boją się wody, a ten siedzi spokojnie, nawet mruczy.
To jakieś cudo, pod ręką mam żywy silnik.
Julka wyjęła mokrego jak szczur kota, otuliła ręcznikiem.
No, chodź, dać ci jeść!
Gdy po kolacji kot usnął obok na kanapie, Piotr nie wytrzymał:
Julka… Przywiozłaś wyniki?
Julka wzięła głęboki oddech. Lepiej byłoby rano, ale po co odwlekać oczywiste…
Rozwodzimy się, Piotr.
Co ty mówisz?!
Dzieci mieć nie będę. To tylko i wyłącznie moja wina. Ty jeszcze możesz zostać ojcem, masz czas.
Patrzył na nią, jakby pierwszy raz ją widział.
Myślisz, że jestem robotem? Dzisiaj jedna, jutro druga? Dla mnie liczy się to, żebyś była ze mną ty, nie jakaś inna. Ale tobie to nie robi najmniejszej różnicy ty już postanowiłaś.
Piotr wziął śpiącego kociaka i rzucił krótko:
Śpię dziś w gabinecie. Dobranoc.
Julka tylko kiwnęła głową. Usłyszała, jak wychodzi i cicho się rozpłakała. Cholerne życie. Ale robak zwątpienia drążył ją jeszcze przez długie godziny. Może on teraz tak mówi, a potem minie kilka lat i żałować będzie razem z nią?
Przez całą noc wspominała życie z Piotrem. Analizowała się, rozważała na wszelkie sposoby rozumiała, że to jedyna decyzja. Bo chwilowe poświęcenie potrafi potem zmienić się w żal. A Piotr przecież nigdy by jej nie powiedział, że żałuje. Po prostu jest dobrym człowiekiem.
Zasypiała o świcie, z nogami podwiniętymi pod siebie. Nie słyszała, jak Piotr szykował się do pracy, karmił kota i wychodził. Obudziła się koło południa, przykryta kocem. Na stoliku leżała kartka: Wrócę wieczorem porozmawiamy. Nawet nie myśl, że ode mnie odejdziesz. Kocham cię.
Kot patrzył na nią wielkimi zielonymi oczami.
Co? Julka jęknęła, podnosząc się. Kawy bym się napiła. Ty też?
Pierwszy raz od dni uśmiechnęła się, patrząc, jak ochoczo kot ruszył do kuchni.
No, widzę, że szybko się zaaklimatyzowałeś…
Podczas parzenia kawy pomyślała, że dziś jest jej lżej niż wczoraj. Czy to przez kartkę od Piotra, czy przez czas nie wiedziała. Po prostu nie bolało już tak bardzo. Jeszcze nie potrafiła tego ubrać w nadzieję, ale coś niewypowiedzianego unosiło się w powietrzu. Trzeba żyć dalej…
Zadzwoniła do pracy, biorąc wolny dzień za zdrowotne, i zapisała się na fryzjera i manicure. Pogoda nie sprzyjała ulewa, samochody płynęły ulicami, ona sama, zapominając parasola, przemokła do suchej nitki. W kolejce w salonie wzięła przypadkowy magazyn reklamy, artykuły o dzieciach, macierzyństwie. Przekartkowała. Na rozkładówce spostrzegła chłopca o wielkich, zielonych oczach. Przeszły ją dreszcze.
I już chwilę później nie było jej w poczekalni ani na liście klientów. Także magazyn zniknął w jej torebce.
Piotr patrzył na żonę, która nagle wbiegła do jego biura, pełna emocji.
Popatrz! rzuciła mu magazyn, pokazując zdjęcie.
Kto to?
Nie wiem, jest tylko imię i wiek. Popatrz!
Chwyciła go za ramiona i postawiła przed wielką lustrzaną ścianą. Dała mu magazyn porównał swoje odbicie z twarzą dziecka.
Zadziwiające, prawda? Julka czekała na odpowiedź, z zapartym tchem. Miała poczucie, że od jego słów zależy jej dalsze życie.
To mało powiedziane Piotr przeczytał podpis pod zdjęciem i podniósł brew. Jesteś pewna?
Nie jestem. Nie wiem nic. Może już znalazł rodzinę. Ale widzę dzisiaj to, co wydawało się niemożliwe. I nie chcę już niczego odkładać na później!
Po pół roku zabrali Szymka z domu dziecka. Dwa lata później Julka w takim samym magazynie znalazła zdjęcie dziewczynki. Marysia miała półtora roku, nie znała innej mamy. A za kolejne pięć lat, swoje dziwne samopoczucie przypisała wczesnemu przekwitaniu, a potem spojrzała na lekarza osłupiała:
Żartuje pan! To niemożliwe!
Julka urodziła się punktualnie i zadziwiła całą powiększoną rodzinę.
Irena zdążyła jeszcze poznać wnuczkę. Odeszła rok po jej porodzie, po ciężkiej chorobie, z uporem spędzając ostatnie dni z wnukami.
Jesteście moją radością, w was jest moje życie…
Porządkując rzeczy po mamie i szykując tatę do przeprowadzki do siebie, w głębi szafy Julka znalazła pudełko. Otworzyła je i rozszlochała się w środku były stare, czarne kozaki mamy.
Mamo! Co się stało?! Szymek przybiegł, a Julka, tuląc do siebie buty, nie mogła się powstrzymać od płaczu.
Dlaczego płaczesz? spytała Marysia, podnosząc z podłogi mamę, a potem sama wtuliła się w jej szyję i zaczęła płakać razem z nią.
Julka usiadła na podłodze, obok Victor z Szymkiem przerwali tę falę łez.
No już, Julka, co się stało?
Dziewczynki powstrzymały jęki i spojrzały na ojca. Teraz można było być pewnym, że mama przestanie płakać.
Ach, Piotrek… Ona to wszystko trzymała… Cały czas…
Julka odkryła na półkach zapakowaną dla niej wyprawkę. Kiedy wychodziła za mąż, nie zabrała jej wszystko wydawało się niemodne. Teraz, wyciągając rzeczy przesiąknięte zapachem lawendy, widziała miłość mamy w każdym szczególe. Była tam pościel, której Irena nigdy nie użyła, koronkowe obrusy…
Zobacz, Piotrze… Człowieka już nie ma, a rzeczy zostały. Dlaczego ciągle wszystko odkładamy na później? Czekamy na odpowiedni moment, który może nigdy nie nadejść…
Piotr objął ją bez słowa. Co można powiedzieć?
Mała Julka uczepiła się mamy za nogę i podniosła wielkie zielone oczy:
Mamo!
Julka zamarła, nie wierząc, a Piotr uśmiechnął się i kiwnął głową. Julka uklękła.
Powtórz!
Mamo! mała wdrapała się na nią i mocno objęła.
Szymek z Marysią zaczęli klaskać:
W końcu powiedziała! Szymek puścił oko do taty. Teraz twoja kolej, tata!
Trzeba was zabrać do zoo.
A kiedy? W weekend?
Po co czekać do weekendu? Julka całowała córkę w nosek. Nie trzeba odkładać na jutro tego, co można zrobić dziś. Jedziemy!
W drodze słuchała śmiechu dzieci i myślała, że jeszcze nie wie, jak sprawić, by byli zawsze szczęśliwi. Ale wie, co im przekazać nie odkładaj życia na później. Bo później zwykle jest bardzo, bardzo niepewne.
A lody?
Teraz? zdziwił się Szymek. Mamo, nie było obiadu!
Zjemy. To co?
Tak! dzieci klaskały, Piotr się uśmiechnął.
Rozpieszczasz ich, mamusiu!
A jakże, tatusiu! Kiedy, jak nie teraz?







