Stracić bliską osobę

Człowieka stracić

Haniu, odchodzę. po krótkim kaszlnięciu wydusił z siebie Arek obcym, bezbarwnym głosem.
Do garażu idziesz? rzuciła automatycznie Hania, zerkając na męża.
Nie. Haniu, odchodzę od ciebie. Do innej kobiety…

Ostatni jeszcze nieobrany ziemniak wypadł jej z ręki i, podskakując, poturlał się pod stół. Hania przez moment obserwowała jego ucieczkę, próbując przyswoić słowa męża, po czym nagle odwróciła się i wbiła w niego wzrok. W końcu dotarł do niej sens tego, co powiedział. Z zewnątrz wyglądała spokojnie jak skała pośród wzburzonego morza, ale w środku przeżyła lawinę uczuć. Wszystko runęło miłość, radość, niespełnione nadzieje…

A kto to jest? zapytała, ściskając dłonie, by nie krzyczeć i nie rzucić się na niego.
Nie znasz jej, Hania. Ale jest… taka wyjątkowa. Wszystko mamy wspólne, rozumie mnie bez słów… Arek mówił z entuzjazmem, a Hania w myślach wbijała w niego obieraczkę, wyobrażając sobie, jak się kręci z bólu.
No to szczęścia, skoro wreszcie znalazłeś swoje miejsce. powiedziała spokojnie, odkładając obieraczkę i płucząc ręce pod kranem. Nie muszę znać szczegółów. Jesteś wolny. Idź. Na kolację nie czekaj, pewnie już cię tam wyczekują…

Arek wzruszył się do łez i poszedł do sypialni pakować rzeczy. Hania, żeby nie upaść, złapała się z całych sił zlewu i patrzyła na zbielałe knykcie. Pragnęła dwóch rzeczy: nie stracić przytomności i żeby Arek wyszedł jak najszybciej…

No… idę już, dobrze? Arek szepnął przy drzwiach, nieco onieśmielony ciszą żony. Hania spojrzała mu w oczy. Jej twarz była spokojna, wręcz wyciszona. Zdziwiło go to, bo spodziewał się łez i wyrzutów, a nie takiego chłodu. Wzruszył ramionami i wyszedł z kuchni.
Dopiero gdy trzasnęły drzwi wejściowe, Hania osunęła się bezsilnie na podłogę. Zacisnęła zęby na dłoni, by nie ryknąć z rozpaczy jak ranne zwierzę. Cały jej świat się skończył. Dopiero po trzech godzinach, spłakana i ochrypła od łez, dowlokła się do sypialni i padła na łóżko w ubraniu. Wszystko zbladło…

…W środku nocy ogarnęła ją smutna nostalgia. Przypominała sobie, jak się poznali. Ona młoda, niedoświadczona dziewczyna, która po studiach przyjechała do małego miasta pod Krakowem. Na pierwszą sobotę poszła z koleżankami na potańcówkę, gdzie spotkała Arka. Był z grupą chłopaków pilnujących porządku w parku.

Wysoki, postawny, o szerokim uśmiechu Arkadiusz wybijał się z tłumu swoją pewnością siebie. Rzuciła na niego jedno spojrzenie i wiedziała: przepadła. Jemu też się spodobała drobna dziewczyna o błyszczących oczach, toteż od razu zaproponował, że ją odprowadzi. Od tego wieczoru byli nierozłączni…

Spotykali się codziennie. Po trzech miesiącach złożyli papiery w urzędzie stanu cywilnego. Latem była głośna, młodzieżowa wesela. Na początku mieszkali w akademiku. Potem, kiedy Hania urodziła pierwsze dziecko, dostali swoje dwupokojowe mieszkanie. Byli bardzo szczęśliwi. Kochała Arka całym sercem, a on kochał ją. Rozumieli się bez słów, z samych spojrzeń. Niesamowite było to, że nigdy się nie kłócili naprawdę! To rzadkość, ale oni byli jak dwie połówki jabłka idealnie dopasowani.

W zeszłym tygodniu świętowali trzydziestą szóstą rocznicę ślubu. Najgorsze było to, że trzydziestą siódmą pewnie nie doczekają… Myśląc o tym, znowu zaczęła płakać, cicho i żałośnie, żegnając swoje szczęście…

Poranek był pochmurny, a Hania czuła się, jakby stanowił odzwierciedlenie jej duszy. Ale musiała wstać dom duży, gospodarstwo wymaga uwagi. Wypiła tylko herbatę z cukrem i zabrała się za porządki. Nakarmiła kury, wypuściła kozę na pastwisko, umyła podłogi, pozmywała naczynia z wczoraj. Działając w tempie, jakby bała się przystanąć i zacząć rozmyślać o najgorszym. Ale była jeszcze jedna kwestia jak powiedzieć dzieciom: synowi Wojtkowi i córce Gizeli. Zdecydowała się dopiero w porze obiadowej.

Mamo, oszalał chyba?! zirytowała się Gizela. Jak to znalazł inną kobietę? To żart? Chcesz, przyjedziemy? Teraz?
Nie, Gizelko, nie trzeba! Nie wygłupiajcie się, ty jesteś w ósmym miesiącu ciąży, niepotrzebne ci nerwy. Dam sobie radę. Nikt przecież nie umarł.
Syn zareagował ostro. Przeklinał i niemal pluł w słuchawkę. Hania musiała go uciszyć, żeby nie wyzywał ojca. Różnie w życiu bywa. W końcu dogadali się, że Wojtek przyjedzie w weekend…

Mówiąc to dzieciom, trochę odetchnęła. Przechodząc obok lustra w przedpokoju, zatrzymała się i zobaczyła w nim obcą sobie, pulchną kobietę w rozciągniętym szlafroku, bez makijażu, z opuchniętymi od płaczu oczami i popękanymi ustami.

No nic dziwnego, że wybrał młodszą pomyślała gorzko. Patrz, jak wyglądam. Gruba, bez fryzury, bez manicure. Tamta pewnie piękność, a ja od lat o siebie nie dbam. Dzieci, mąż, wnuki wszystko przede mną. A potem kury i ogród… Dotknęła bezradnie twarzy, wyobrażając sobie tę młodą i swojego męża…
Przypomniała sobie ostatni rok. Był trudny: ciężka ciąża córki, narodziny wnuka u syna, domowe zmartwienia. Wszystko to pochłaniało cały jej czas; dla Arka zostawało niewiele. On coraz częściej spędzał wieczory sam, weekendy również, kiedy ona zajmowała się wnukami. Wtedy musiał znaleźć gdzieś czas na nowe zauroczenie. Zaczęli się od siebie oddalać, a ona, zajęta po uszy, nawet tego nie zauważyła…

…Zaczęły mijać dni Hani, już bez męża. Na początku było bardzo ciężko. Potem coraz lżej. Prosiła dzieci, by nie unikały ojca w końcu ich nie zostawił. Mimo rozstania, Arek był dobrym ojcem i uwielbiał wnuki. Dzieci trochę burczały, ale przestały robić wyrzuty. Minęło pół roku, Hania odzyskała równowagę. Gospodarstwo i wnuki zajmowały każdą jej chwilę, a kiedy nadarzyła się okazja, podjęła pracę. Schudła, zmieniła fryzurę, zaczęła lepiej wyglądać. W końcu wrócił uśmiech na jej twarzy. Co miała robić? Życie trwa dalej.

Po pół roku zadzwonił nieznany numer. Usłyszała głos, który był jej bardzo dobrze znany.

Haniu, kochanie moje… Wybacz mi, przyjmij mnie z powrotem. Nie dam rady bez ciebie. Przez dwa pierwsze miesiące byłem jak we mgle, a teraz tylko ty stajesz mi przed oczami, gdy zamykam powieki. Pozwolisz wrócić?
Nie, nie wrócę do ciebie. Idź do swojej młodej. Macie ze sobą tyle wspólnego. A mi teraz dobrze samej. odpowiedziała twardo, odkładając słuchawkę.
Od tego czasu Arek dzwonił codziennie, błagał, prosił o łaskę.

Hania, my już nie młodzi. Po co nam kłótnie na stare lata? Diabeł mnie podkusił, każdemu może się zdarzyć. Kocham cię, kocham naszą rodzinę Wojtka, Gizię, wnuki. Chcę z wami być.
Nikt ci nie broni kochać dzieci i wnuków. Zostań ich ojcem i dziadkiem. Ale mnie zostaw. Rozbitej filiżanki nie skleisz, choćbyś jak się starał odcinała Hania.
Dzieci, które najpierw stanęły murem za matką, teraz, z czasem, zaczęły bronić ojca.

Mamo, tata się bardzo zmienił, żałuje naprawdę. Wybacz mu, dobrze? prosiła córka.
Tak, mamo. Wiem, że go kochasz. Spróbuj raz jeszcze błagał Wojtek.
Nie i koniec. Nie potrafię z nim żyć po tym, co się stało. Za każdym razem przypominałabym sobie, jak mnie zdradził.
I tak żyła Hania pracując, dbając o dom, opiekując się wnukami. Wszystko bez Arka.

Tymczasem Arek rozstał się z nową partnerką. Wrócił do swojej starej matki w Nowym Sączu. Strasznie tęsknił za Hanią, często wspominał dawne życie i bardzo żałował swoich decyzji. Prawie codziennie budziło go uczucie straty. Ale wiedział, że niczego już nie odkręci. Musiał z tym żyć.

Aż któregoś dnia postanowił zrobić wszystko, by jeszcze raz spojrzeć w oczy ukochanej. Pojechał pod dom Hani, postanawiając prosić ją na kolanach o wybaczenie. Albo mu wybaczy, albo przynajmniej ją zobaczy…

Ubierał się starannie i ruszył w drogę. Zapukał do drzwi, ale nikt nie otworzył. Hania była na nocnej zmianie w szpitalu. Arek usiadł więc na ławce na ganku i zasnął twardym, zdrowym snem. Pierwszy raz od dawna spał tak spokojnie, bo dom rodzinny dawał mu ukojenie.

Gdy Hania wróciła rano, zaskoczył ją widok Arka, który wyglądał, jakby nie żył, bladego na ławce.
Podeszła bliżej, lekko go pchnęła brak reakcji. Uderzyła w ramię nic. Zaczęła go energicznie potrząsać, a on nagle chwycił ją za ręce i zaczął całować.

No więc mnie kochasz, skoro mówisz: kochany? Ja ciebie też, Haniu moja droga! Przebacz mi, żono moja! Proszę cię, nie mogę bez ciebie padł przed nią na kolana, zakrywając twarz rękami.
Ty łobuzie, draniu jeden! zaczęła bić go po plecach. Już myślałam, że nie żyjesz, że przyszedłeś tu umierać! Nasyciłeś się romansami?
…Od tamtego dnia Hania i Arek znów byli razem, ale tym razem żyli jeszcze lepiej, jeszcze mocniej się kochając. Zrozumieli bowiem, jak to jest stracić swojego człowieka. Najbliższą osobę. I jeszcze jedno: czasem warto wybaczyć. Duma nie zawsze jest wartościowa. Nawet jeśli ktoś zawinił, czasem warto znaleźć dla niego miejsce w sercu. Trzeba doceniać to, co mamy dziś, a nie rozpamiętywać utracone szczęście.

I to jest ta historia z dobrym zakończeniem z prawdą o tym, jak łatwo można zgubić, a jak trudno odnaleźć człowieka najbliższego sercu.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Stracić bliską osobę