Wiesiek, który zgodził się kiedyś podrzucić mnie do domu rodziców, okazał się wyjątkowo niezdarnym bocianem. Zgubił mnie tuż pod domem dziecka, głuptas pierzasty. I od razu wszystko w życiu zaczęło się układać na opak.
Dopiero po czterdziestce, jakoś udało mi się wygrzebać z dołka, w który wrzucił mnie ten niedojda ptaszysko. Dom zbudowałem, żonę sobie znalazłem, samochód używany, ale własny kupiłem. Zostało jeszcze tylko coś posadzić i kogoś wychować.
Jedno dziecko damy radę z Dorotką wychować. Drugiego nawet nie planowaliśmy.
I właśnie o sadzeniu, o wzroście i tym paskudnym, deszczowym poranku rozmyślam, parząc kawę. Przez mieszkanie przewiew delikatnie kołysze moimi rodzinnymi bokserkami. Bokserki kupiłem dużo wcześniej niż znalazłem rodzinę życie potrafi być przewrotne.
W szybę balkonową coś zastukało. Dzieciaki znów bawią się w “szkółkę wychowania gołębi kamieniami”? Przysłać tu na was bociana, nicponie.
Pukanie znów się powtórzyło. I jeszcze raz. Trzecie piętro kto tam?
Odsuwam zasłonkę. Na balkonie drepcze sam ten zezowaty bocian z dziecięcych wspomnień.
Wynoś się, poczwaro! ryknąłem przerażony. Kanapka spektakularnie poleciała na podłogę.
Przepraszam, Piotrek, wybacz! bocian wsunął chudą łepetynę w szczelinę uchylonych drzwi balkonowych Spiłem, przyznaję się! Skubnij! Najlepiej prawe skrzydło, tam jest więcej mięsa.
Spadaj próbuję wypchnąć te długie patyki na balkon z powrotem, oburącz go szarpię.
Piotr, nie wygłupiaj się! bocian zaczął kaszleć Posłuchaj, co mam do powiedzenia.
I gadać jeszcze chcesz? nie poddaję się Zawiążę cię zaraz na supeł, dziwna ptaszyno.
Z przeprosinami przyleciałem!
Za późno, dzióbku.
Wtem dziki dzwonek do drzwi. Dorotka wróciła.
Marsz stąd! wreszcie wypycham bociana na balkon Nie będzie cię, gdy wrócę!
Bezmyślnie puszczam się biegiem do drzwi.
Przepraszam, Piotrze bocian jeszcze zdołał wsadzić łeb przez okienko Przepraszam! Naprawiłem wszystko!
Dorotka wpada do mieszkania przemoczona, roześmiana. Włosy przyklejone do policzków, oczy rozświetlone. Może też tego bociana spotkała?
Zanim zdołam się odezwać, rzuca parasol w kąt i pada mi na szyję.
Czwórka! Czwórka! wrzeszczy na cały głos.
Jaka czwórka? patrzę na nią kompletnie zdezorientowany.
Będziemy mieć czworaczki! Cztery małe szkraby! aż podskakuje z ekscytacji.
I wtedy nagle wszystko się łączy słowa bociana i nasza czwórka. Wypadam na balkon jak z procy. Bocian już odlatywał. Próbowałem go złapać za ogon.
Nie zdążyłem.
Stać, łobuzie! krzyknąłem za nim Stać, dzióbalec!
Naprawiłem! doleciało do mnie z góry.
Obracam się. Za mną stoi Dorotka, zalana szczęśliwymi łzami.







