Złamana lalka

Złamana lalka

Matyldo, to było po prostu cudowne! Lenusia jest niesamowita! Ten głos! Jeszcze nigdy nie słyszałam niczego piękniejszego! A przecież, wiesz, często bywam w Teatrze Wielkim i mogę się uważać za prawie znawczynię. Ona powinna tam śpiewać! Tam! Bez najmniejszych wątpliwości!

Bardzo ci dziękuję, Beatko, za tak wysoką ocenę talentu mojej córki! Lena tyle do tego dążyła. Ile to pracy, ile poświęcenia, i nareszcie Carmen!

Znakomicie! Znakomicie! Matyldo, teraz, gdy Lena już wszystko osiągnęła, trzeba pomyśleć o przyszłości, prawda? Jest naszą słowiczką, ale przecież nie można całe życie z gałązki na gałązkę! A gniazdo? Pisklęta?

Nie wiem. Beatko, wydaje mi się, że jeszcze nie czas. Jest wciąż młoda, a dzisiejszy sukces to dopiero pierwszy krok w jej karierze.

Matyldo! Witek już dawno gotów do ożenku i ile ma jeszcze czekać nie mam pojęcia! Kocha Lenę! Dnia bez niej przeżyć nie może! A my, wygląda na to, tylko przeszkadzamy ich szczęściu! Beata Borkowska wyciągnęła z torebki koronkową chusteczkę i otarła oczy. Kim my jesteśmy, by im przeszkadzać?!

Matylda Ilonina milczała.

Wiedziała, że tak łatwo od przyjaciółki się nie uwolni, ale nie chciała kontynuować rozmowy, która nie była pierwszą ani nawet setną na ten temat.

Beatka, którą Matylda znała jeszcze od dziecka, od zawsze była bardzo konsekwentna. Jeśli czegoś chciała, to do tego dążyła, nie uznawała przeszkód i nie znosiła sprzeciwu. I trzeba przyznać przedsiębiorczej jej odmówić nie można było; Matylda nie pamiętała, by jakiekolwiek pragnienie Beaty zostało niespełnione.

Nawet ich znajomość zaczęła się od spełnienia życzenia. I Matylda do dziś pamiętała to zmieszanie i palące poczucie żalu, które wtedy poczuła.

Lalkę śliczną Zosię tak ją nazwała Matylda, przywiózł jej tata z delegacji. Lniane loki, niebieskie oczy, oryginalna sukienka. Dziewczynka kochała nową zabawkę. Sadzając lalkę przy stoliku, urządzała herbatki i wymagała bezwzględnego przestrzegania etykiety, którą mama ją uczyła.

Beata zobaczyła Zosię tydzień po tym, jak lalka pojawiła się u koleżanki. Zobaczyła i przepadła. Nie udało się jej od razu wyłudzić tej piękności, jak innych zabawek wcześniej, bo Matylda twardo nie chciała oddać swojej Zosi. Beata zachorowała. I to naprawdę, z gorączką i łzami. Tak szczerze rozpaczała, że Matylda sama zaniosła zabawkę przyjaciółce. Bo jak inaczej, skoro Beatka tak cierpi?

Oddała, lecz natychmiast pożałowała. Zobaczyła natychmiast suche oczy Beaty, kiedy ta wzięła starą Kasię za nogę, jej oczy już ledwo się zamykały, i z rozmachem wrzuciła ją do pudła z zabawkami.

Teraz będziesz mieszkać tam!

Dlaczego to tak bardzo zabolało Matyldę? Dziewczynka może chciała to wyjaśnić, ale brakowało jej słów. Było jej po ludzku żal starej Kasi, więc wyprosiła ją u Beaty, która nawet nie spojrzała w jej stronę, zajęta nową lalką, i zaniosła Kasię do domu.

Matylda oddała lalkę mamie, prosząc, by choć trochę naprawiła lalkę. Było jej przykro do łez i na wspomnienie straconej Zosi. Wiedziała, że i jej spotka ten sam los. Beata w końcu uzna, że nowa lalka jest lepsza, a Zosia poleci w kąt, niepotrzebna i zapomniana w jednej chwili.

Odebrać z powrotem prezent, Matylda nawet nie pomyślała. To byłoby nie w porządku.

Za to Kasia została z Matyldą na długie lata. Nawet gdy Matylda dorosła i urodziła własną córkę, lalka siedziała na półce, wyciągniętymi rączkami, szeroko otwartymi, już bez rzęs, oczami.

Dla Matyldy ta zabawka była przypomnieniem, jak łatwo ludzie rezygnują ze starych przywiązań dla nowych pragnień. I czuła, że tak mogliby postąpić nie tylko z zabawką.

Ale Beata była najbliższą sąsiadką i jedyną przyjaciółką, bo dziwnym trafem w domu nie było innych dziewczynek w tym wieku, więc Matylda uznała, że nie warto się kłócić z powodu takiej dziwności. Nigdy nie wiadomo, los się odwróci… A na razie żyć w zgodzie.

Do tego nowego domu mała Matylda wprowadziła się z rodzicami po śmierci dziadka. Prawie go nie pamiętała, ale w rodzinie imię Jerzego Piotrowicza wymawiano odtąd już tylko półgłosem, z szacunkiem. Kim był, czym się zajmował, Matylda dowiedziała się później. Dzieciom nie trzeba było o tym wiedzieć.

O tym, że dziadek był oficerem wywiadu, Matylda usłyszała wiele lat później, już po nagłej śmierci ojca, wybitnego chirurga ze stołecznego szpitala, kiedy zostały z mamą całkiem same.

Teraz jesteśmy bez oparcia, Mati. Musimy same sobie poradzić. Chociaż jak? Jeszcze nie wiem…

Dlaczego?

Zawsze szłam za tatą. A kiedy żył dziadek za nim podążaliśmy wszyscy.

Jak to?

To dziadek podejmował wszystkie decyzje. Gdzie pojechać, co kupić, jak się ubrać. Zarządzał wszystkim, a po nim twój tata.

Mamo! Ale tak nie można! Czemu to wszystko znosiłaś?

Córeczko, a co miałam robić? I co złego w tym, że mężczyźni biorą za rodzinę odpowiedzialność? Gdy przyszłam do rodziny dziadka, byłam goła i bosa. Dosłownie. Niczego nie miałam. Dziewczynka z przedmieścia… Urodzona przez samotną matkę, nie wiadomo z kim. Nawet nie wyobrażasz sobie, jaki to był wstyd w tamtych czasach! Dziwnie i groźnie to zabrzmi, ale nawet jestem wdzięczna, że mnie zostawiła…

Mamo…

Dom dziecka był dla mnie jedynym domem, jaki znałam. Dobrym domem, ciepłym i swojskim. To dzięki ludziom, którzy tam pracowali. Nikt nie głaskał nas zbyt długo, przygotowywano do życia i kochano wiem o tym. Powściągliwie, nie pokazując tego, bo nie było można, ale kochano. Może inaczej niż swoje dzieci kto by tam mówił inaczej bali się o nas. A lęk o dziecko jest tym matczynym, jeśli go nie ma, to i miłości nie ma!

Boisz się o mnie?

Bardzo! Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo! Zawsze się bałam. Twój tata tego nie rozumiał. Jego wychowano inaczej.

Jak?

Uczono go, by twardo stał na ziemi. By podejmował decyzje i odpowiadał za nie. Nic dziwnego z takiej rodziny! Wiesz, twój dziadek stracił mamę w wieku siedmiu lat, a tata w wieku sześciu. Obu wychowały babcie. Taki los. Obaj uczyli się w Korpusie Kadetów, lecz tata nie skończył szkoły. Upierał się, że chce zostać lekarzem. Dziadek nie sprzeciwiał się. Uważał, że mężczyzna sam powinien decydować, choćby był jeszcze chłopcem. I nie było istotne, ile miał lat decyzja to decyzja.

I tata został lekarzem

Wspaniałym lekarzem! Sama wiesz!

A gdzie się poznaliście?

Na ulicy. Przypadkiem. Wybrałam się z koleżankami na spacer po Krakowie i złamałam obcas. W rozpaczy płakałam jedyne porządne buty, i do tego pożyczone!

Jak to?

Ano właśnie, nas w pokoju w akademiku było sześć. Trzy pary butów na sześć osób. Odkładałyśmy ze stypendium i kupowałyśmy. Jeśli rozmiar był za mały, to się nie nosiło, ale większe można było włożyć z watą. Wielkostope były tylko dwie, reszta miała podobny rozmiar. Strata jednej pary to była tragedia. Tata więc został moim wybawcą! Nie tylko poszedł do szewca i uprosił, żeby but naprawił od ręki, ale jeszcze mnie odprowadził. Nie bał się.

A czego miał się bać?

Oj, Matyldo Miejsce, gdzie wtedy mieszkałam, było trudne. Chłopaki nie uznawali obcych. Potrafili obić. Twój tata jakoś z nimi zawsze się dogadał. W kilka minut już podawali sobie ręce. Nigdy nie rozumiałam, jak to robił. Z każdym potrafił znaleźć wspólny język.

Mamo, a dziadek? Jak cię przyjął?

Wcale nie tak od razu. Obserwował. Nie sprzeciwiał się, nie. Kiedy tata przyprowadził mnie do domu i wziął za rękę wobec niego, rzucił tylko: Twój wybór!. I już potem nie dyskutował. Ze mną też się nie spoufalał. Obserwował. Długo. Aż się urodziłaś. Tata wtedy dużo pracował, dniami i nocami w szpitalu, a ja sama. I najbardziej bałam się, że nic nie wiem o niemowlętach. Czego nauczyli mnie w szpitalu, to wszystko, co znalazłam w książkach… a w przychodni mnie strofowali, płakałam, nie wiedząc już, co robić. Przez te dwa miesiące wyczerpałam się tak, że na nogach ledwo się trzymałam. Tata nie był mi wielką pomocą, też był zmęczony.

Jak sobie poradziłaś?

Dziadek pomógł. Często był w delegacjach, więc niewiele go było, ale wtedy była przerwa. Był w domu drugi dzień, gdy wydarzył się przełom w naszych relacjach. Dobrze to pamiętam. Nocą chodziłam z tobą po pokoju, próbując uśpić i modląc się, byś choć chwilę spała. Już nie zauważałam, że płaczę z bezsilności. Po prostu nawijałam kółka z niekończącym się: Baju-baju, marząc, by choć na moment zamknąć oczy. I nagle ktoś zabiera cię z moich rąk i mówi: Idź spać, dziewczynko! Ja sobie poradzę. Odwróciłam się i od razu zasnęłam w fotelu. Później dziadek mówił, że próbował mnie obudzić i przenieść do sypialni, ale się nie udało. Spałam tam aż do rana.

Jak sobie z tobą radził?

Lepiej ode mnie! Byłam w szoku, gdy zobaczyłam, jak przewija cię, jak w szpitalu. Bałam się cię podnieść a on nie bał się niczego! Gdy cię zawijał, jak pielęgniarka niemowlę, zrozumiałam, że jestem do niczego. Ale dziadek był nie tylko zaradny, ale też bardzo mądry. Wszystko rozumiał. Od tamtej pory byłam dla niego Oleńką.

Jak cię wtedy nazywał?

Olga, per pani. Potem Oleńką i na ty. Dla mnie to znaczyło, że zostałam przyjęta do rodziny. Nawet córką mnie mógł nazwać. I wtedy już naprawdę byłam szczęśliwa.

Ale najważniejsze dla mnie było to, że on ciebie pokochał całym sercem! Czułam się źle, że nie urodziłam chłopca, bo to przecież ciągłość rodu. A on cieszył się, że jesteś dziewczynką. Pamiętasz to zdjęcie, na którym wiąże ci kokardkę? To ja robiłam wtedy zdjęcie, nie mogłam się uspokoić ze śmiechu. On, poważny oficer, któremu nie raz przyszło przez życie balansować na krawędzi i robiąc kokardki. Jestem mu za to wdzięczna pokazał mi, czym jest prawdziwa rodzina.

Niestety, odszedł za wcześnie… Może i lepiej, choć dziwnie to zabrzmi. Czasy się zmieniały, a on nie. Dla Jerzego Piotrowicza honor, uczciwość, Ojczyzna były sensem życia. I w nowym świecie nie odnalazłby się. Może dlatego i nie chciał walczyć z chorobą. Dał się jej pokonać…

Czemu tak sądzisz?

Pod koniec, kiedy ból już był silny, wciąż mnie przepraszał, że nas zostawia, żałował, że nie zobaczy cię dorosłej A tyle zrobił, byśmy mogły żyć bez niego. Kazał mi zdobyć wykształcenie, choć nie chciałam. Marzyłam o drugim dziecku i byciu gospodynią, a on uparł się, że musi być inaczej. I dziś jestem za to wdzięczna. Tak, teraz się boję bo już tylko ja cię mam. Ale poradzimy sobie, Mati. Przez to, że to on mnie wychowywał, choć krótko. Mam pracę, mamy mieszkanie. Tobie została kawalerka po dziadku. Na razie stoi pusta, potem zamieszkasz tam, jak wyjdziesz za mąż to było jego życzenie. Chciałam ją wynająć, ale nie mogę, to wszystko jest nasze, rodzinne. Nie wyobrażam sobie, by ktoś dziadka rzeczy ruszał, książki czytał. Damy sobie radę same!

Za to rozwiązanie Matylda była matce wdzięczna. Często przyjeżdżała do mieszkania dziadka, sprzątała, godzinami siedziała na podłodze przy regałach, przeglądając jego książki, wyobrażając sobie, że ten, kto ją tak kochał, słyszy jej przemyślenia.

A Olga Janowska była zbyt dzielna, by się zwijać w żalu. Gdy Lena miała dziesięć lat, odeszła na zawsze. Matylda nie poddała się rozpaczy. Leny nie miała nikogo poza nią i nie mogła sobie pozwolić na słabość.

Kontakt z Beatą Matylda utrzymywała przez lata. Nie była to głęboka przyjaźń, ale znajome dzieliły się sukcesami dzieci i z daleka obserwowały swoje życia. Z daleka, bo Beatka wyszła za mąż i przeprowadziła się za miasto. Jej syn Witek został malarzem, jak ojciec. Dlatego Beata ciągle powtarzała, że Lena nie powinna szukać kogoś obcego.

Utalentowani powinni trzymać się razem! Po co się rozdrabniać? Nie wiadomo, jaka genetyka i co z tego wyjdzie! Chcę zdrowych, zdolnych wnuków! Matyldo, przyznaj, mam rację?

Matylda milczała. Co miała powiedzieć? O rodzinie niewiele mówiła Beacie to też lekcja dziadka. Olga powtarzała: Słuchaj ludzi, o sobie mów jak najmniej.

Im mniej wiedzą, tym lepiej!

Tej prawdy Matylda nauczyła się dawno i była jej za to później wdzięczna.

Nie widziała w Witku dobrego męża dla Leny. Przyjaciółce nigdy tego nie wyjawiła. Po co? By się pokłócić? Beata nie zrozumiałaby jej motywów.

Była pewna, że Lena ze Sławkiem szczęśliwa nie będzie. Innego pokroju to ludzie. On przyzwyczajony dostawać wszystko z rąk ojca czy matki i niczego nie robić sam, Lena uparta, szukająca swojego miejsca. Wiedziała, jak trudno było matce i babci, która została wdową nawet wcześniej niż Olga. Ojciec Leny zginął zaraz po jej narodzinach. O tym, że ten jasnowłosy, wesoły mężczyzna z dużego zdjęcia w dziecięcym pokoju to jej tata, Lenusia wiedziała tylko z opowieści babci i matki. Przesłaniem jej dzieciństwa było zdanie:

Tata by się tobą tak dumny był!

I dla Leny nie było ważniejszej pochwały. Wiedziała też, że mama zawsze ją wesprze. Dlatego wybierając drogę, myślała o tym, by iść nią wspólnie z kimś naprawdę bliskim.

Jedynie nie przewidziała, że w końcu zakocha się właśnie w Sławku, który był dla niej zawsze tylko przyjacielem.

Kiedy się to stało? Jak? Lena sama nie wiedziała. Po prostu w pewnej chwili zapragnęła widywać go jak najczęściej.

Sławek był lekki w życiu, w zachowaniu. Pełen energii i żaru, którego poważnej Lenie zawsze brakowało. Bez trudu łapał ją za rękę, nie puszczając, aż nie obieca pojechać z nim do Zakopanego w weekendy. Na narty Lena zupełnie jeździć nie potrafiła. Ale Sławek się tym nie przejmował kupował dla niej sprzęt, żartował, krzyczał: Nie umiesz? Wszystko potrafisz!

Dlaczego tak ważna była dla niej ta akceptacja? Dlaczego ciągle czegoś szukała? Babcia ją chwaliła, mama też. Ale widocznie to nie wystarczało.

Pierwszy wyjazd w góry nawet jej się podobał.

Wesołe towarzystwo, Sławek, który, choć rozmawiał z innymi dziewczynami, jawnie dawał do zrozumienia, że Lena jest tylko z nim.

Jedynie narty się Lenie nie spodobały. Szybko czuła, jak brakuje jej koordynacji, zjazd z każdej trasy ją przerażał.

Sławek nie rozumiał, żartował, potem się krzywił, gdy Lena odmawiała jazdy.

Po co więc jechałaś?

Bo ty tu jesteś, Lena niemal płakała.

A no, to dobrze.

Na koniec tego wyjazdu Sławek się oświadczył, urządzając wszystko na bogato. Wszyscy krzyczeli Gorzko! i pili szampana. Lena zgodziła się, a po wszystkim płakała nad pierścionkiem, pięknym i drogim, a to Beatka się postarała.

Przygotowania do ślubu również. Organizacja na najwyższym poziomie. Do Matyldy i Leny należało tylko wybrać suknię i przygotować mieszkanie po dziadku.

Pierwsze pytania pojawiały się po roku małżeństwa. Lena śpiewała, Sławek malował, ale Beatce nie wystarczało.

Lena powinna rodzić! Po co zwlekać, skoro my możemy pomagać? Póki mamy siły, zajmiemy się wnukami. Sztuka sztuką, ale nie wolno odkładać życia na potem.

Matylda nie wiedziała, co odpowiedzieć. O tym, że Lena marzy o dzieciach wiedziała. Problem tkwił jednak gdzie indziej. Sławek dzieci nie chciał w ogóle.

Mamuni nie mów! Po co ma się martwić? W głowie jej tylko dzieci, a ja mam wizję bachorów demolujących pracownię i konieczność pracy dzień i noc. Dziękuję bardzo! Nie po to mamusia mnie chuchała i dmuchała! Ja chcę żyć, nie marnować czasu dla takich głupot!

To był dla Leny cios. Próbowała rozmawiać, ale zrozumiała, że to nie przejściowy kaprys.

Chcę coś osiągnąć, Lenka! Być wielkim! A ty? Chcesz mnie ściągnąć z Olimpu, na który nawet jeszcze nie wszedłem? Jeśli chcesz, byśmy byli razem nie próbuj mnie zmieniać! Przecież mnie rozumiesz! Sztuka to życie! Mama miała rację wybierając cię na żonę. Jest genialna, co?

O tym, czy genialna, Lena już nie rozmawiała z Beatą. Ograniczała spotkania ze świekową do minimum, wiedząc, że na dobre nie ma co liczyć.

Lena, nie rozumiem cię! W głowie ci tylko arie! Nie ma w tobie nic kobiecego? Jak można tak żyć?

Lena milczała, bo i tak nie potrafiła nic tłumaczyć. Do przyznania się Sławka mamie, że nie chce rodziny, zmusić go nie mogła. A tłumaczyć się Beatce, czemu nie mają dzieci, było poniżej jej godności.

Matyldo, wpłoń na córkę! Niech Lena zajmie się zdrowiem! Ileż można zwlekać? Beata stawała się nie do wytrzymania.

I wtedy zdarzyło się coś, co położyło kres nie tylko małżeństwu Leny i Sławka, ale i zerwało wszelkie rodzinne kontakty.

Kolejny wyjazd w góry był dla Leny wielką próbą. Mąż był dziwnie rozdrażniony, coś go niepokoiło, a gdy Lena powiedziała, że nie chce jeździć, krzyknął na nią, żądając, by jednak zjechała.

By go nie denerwować, Lena mu uległa i szybko tego pożałowała.

Po co ci instruktor? Ja cię wszystkiego nauczę! Czego się boisz? Przecież nie pierwszy raz!

Dlaczego nie postawiła na swoim? Dlaczego pomyślała, że lepszy byle jaki pokój niż kłótnia?

Ocknęła się w szpitalu. Przy łóżku siedziała zapłakana Matylda, która cudem dostała się do reanimacji.

Mamo

Cicho, Lenko! Nic nie mów! Wszystko będzie dobrze!

A Sławek?

Matylda odwróciła się, nie mając siły powiedzieć, że Sławek wrócił do Warszawy, wzruszając ramionami:

Czego ode mnie chcecie? Co tu mogę? Nie jestem lekarzem! Muszę przygotować wystawę. Wszystko to nie w porę.

O tym, Lena dowiedziała się później. Gdy Matylda, po wielu staraniach, przewiozła ją do szpitala, gdzie pracowała, by postawić córkę na nogi.

Lekarze nie dawali dobrych prognoz. Matylda nie wierzyła. Każdego ranka, szykując się do pracy, patrzyła na zdjęcia dziadka i rodziców i szeptała:

Nie poddam się! Nie tak mnie uczyliście! Ona nie ma nikogo poza mną. Nie dam jej złamać!

Z zięciem próbowała rozmawiać.

Proszę cię! Przecież nie jest ci obca! Kochasz ją przecież!

Kochałem. Teraz co mogę? Siedzieć obok? Po co? Już nie będziemy razem. Nie wybaczy mi, a ja nie chcę żyć z poczuciem winy. Mam tylko jedno życie.

Jak można, Sławek?

Normalnie. Sami przyznajcie, że mam rację, choć nie umiecie się z tym pogodzić.

Matylda, porzucając próby ratowania ich małżeństwa, skupiła się, by przywrócić Lenie zdrowie.

Udało się, choć z wielkim trudem. Lena, zadziwiając wszystkich, najpierw usiadła, potem powoli zaczęła chodzić. Z bólem, patrząc matce w oczy, stawiała kolejny krok.

Tak, moja mądra dziewczynka, dasz radę! Tata byłby bardzo dumny!

Lena śpiewać już nie mogła. Głos zniknął. Nie wiadomo po operacjach czy przez te straszne dwie godziny, gdy leżała z boku trasy, wołając o pomoc. Sama tego nie pamiętała, ale właśnie dzięki jej krzykom wieczorem znalazł ją jeden z instruktorów. To, że Sławek jej nie szukał, Lena zrozumiała w szpitalu. Kiedy matka próbowała tłumaczyć mu, czemu tak długo Sławek nie przychodzi, Lena tylko nakryła matczyne dłonie swoimi i pokręciła głową:

Mamusiu, nie trzeba. Już wszystko dawno zrozumiałam. Wyrzucili mnie. Lalka ze złamanymi nogami nie jest im potrzebna… Nie potrzebują takiej Kasi…

Nie będziesz Kasią! Nie pozwolę! Matylda wykrzyknęła tak głośno, że zaglądnęła pielęgniarka.

Przepraszam, nie miałam zamiaru…

Nic nie szkodzi. Lena, czegoś potrzebujesz?

Nie, dziękuję! Wszystko w porządku Prawda, mamo?

Nawet się nie wahaj!

Po kilku latach, na Plantach, piękna dziewczyna z lekkim utykaniem dojdzie do skweru, wypuści z wózka małego chłopca i powie:

Naprzód, mój dzielny! Tyle ciekawych rzeczy na ciebie czeka! Tylko nie pędź za bardzo, dobrze? Mama może nie nadążyć. Chodź za rączkę!

Chłopiec ruszy przy mamie, potem jednak rzuci się z otwartymi ramionami, gdy zobaczy babcię, biegnącą im na spotkanie.

Moi kochani! Jak ja się stęskniłam!

Lena uścisnęła matkę:

Jak wyjazd? Odpoczęłaś?

Tak! Wszystko dobrze! Nie zgadniesz, kogo spotkałam!

Kogo?

Beatę.

I jak się ma?

Cierpi. Wszystko nie tak. Sławek bez żony, ona się starzeje, wnuków nie będzie się już spodziewać.

A ty?

Nic, Lenko. Nie mówiłam jej ani o tym, że wyszłaś za mąż, ani że za chwilę będę miała drugiego wnuka. Szkoda mi jej.

I mi… Ludzie bywają dziwni, prawda, mamo?

Każdy jest inny. Ale nie rozmawiajmy o smutkach. A kto to taki ładny? Pokaż babci nowy ząb! No, no! Leno, czy na pewno ma ich tyle, ile trzeba? Nie za dużo?

Oj, mamo! Wykończysz mnie! W sam raz!

Lena chwyci rękę mamy, położy na brzuchu i uśmiechnie się:

Chcesz nowinę?

Dobrą?

Lepszej nie będzie! Zostaniesz babcią po raz drugi! Jak ci się podoba?

Ojej!

Nie cieszysz się?

Córeczko, nie żałuj mi! Jestem szczęśliwa… Ciekawe, czy bywa za dużo szczęścia?

Nie wiem. Ale wiem, że zasłużyłyśmy na nie. Zwłaszcza ty, mamo.

Hmm?

A ja nie jestem Kasią

Pewnie, że nie. Przecież ci obiecałam…

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Złamana lalka