Zbiorę wszystkich u siebie

Wszystkich zaproszę do siebie

Iwona Wiosenna odłożyła tablet i sięgnęła po telefon:
Babciu, jak zdrowie? Dobrze się czujesz? A dziadziuś? Skoro smaży ziemniaki, to chyba u niego wszystko w porządku. Ja już dziś skończyłam pracę, odbiorę Daniela z zajęć, zajrzymy jeszcze do sklepu i niedługo będziemy w domu.

Potem Iwona wybrała inny numer:
Jarosław, cześć, wracam do domu, wy z Irminą już w drodze? Już jedziecie? Świetnie, dziadek smaży pyry, zjemy wszyscy razem kolację.

Iwona wstała, spakowała potrzebne rzeczy do torebki i zawołała do koleżanek:
Do widzenia, wracam do domu, do jutra!
Do zobaczenia, Iwonko, miłego wieczoru!

Pod stołem szybko zmieniła eleganckie buty na wygodniejsze, zarzuciła płaszcz i machinalnie spojrzała w ciemniejące okno. Wieczór był ciepły, jesienny. Światła miast mrugały przyjaźnie, ludzie spieszyli się z pracy do domu. Iwona dostrzegła w szybie swoje odbicie i uśmiechnęła się łagodnie. Nigdy by nie przypuszczała, że i ona prowadzić będzie zwyczajne życie, że będzie mieć rodzinę i jak wszyscy będzie wracać wieczorami do miejsca, gdzie zawsze na nią czekają. Przecież jeszcze niedawno była pewna, że jej to nie spotka.

Tak, jej rodzina jest nietypowa, ale kochają się i są szczęśliwi.

Iwonę matka zostawiła od razu po porodzie wyszła ze szpitala i już nie wróciła. W akcie z domu dziecka przy niej wpisano: matka nieznana, brak dokumentów, ojca również nie było. Imię wybrali jej obcy ludzie, nazwisko Wiosenna bo przyszła na świat wiosną. A czemu Iwona? Tego już nikt nie pamiętał. Przyjaźniła się od zawsze z chłopakami jej najlepszym przyjacielem był Jarek, starszy od niej o rok. On też nosił nazwisko Wiosenny, z tego samego powodu.

Iwona zawsze dobrze się uczyła, była posłuszna i pracowita, pomocna bardzo chciała, by ktoś ją adoptował. O domu rodzinnym wiedziała tylko z filmów. Ale może to przez jej posturę była wysoka, chuda, nie każdemu się chyba podobała. Albo po prostu nie miała szczęścia. Gdy Jarka adoptowali, płakała całą noc. Nie z zazdrości, tylko straciła jedynego przyjaciela. On patrzył na nią zza grubych okularów:
Iwona, jak chcesz, to zrezygnuję.
Zwariowałeś, Jarek? Z takiego szczęścia się nie rezygnuje! Jedź, każdemu pisana inna droga.
Ale ja cię znajdę, przysięgam! obiecał. Iwona tylko się roześmiała: Nie musisz…

Ukończyła szkołę i poszła do technikum budowlanego. Mieszkała w internacie. Gdy odebrała dyplom, przyznali jej jako sierocie małą kawalerkę na peryferiach Poznania, ale to jej nie martwiło. Zatrudniła się w biurze projektowym zaczęła się prawdziwa dorosłość. W pracy szybko zyskała koleżanki, ale o swojej rodzinie myśleć postanowiła później. Miała tylko cichą, wielką tęsknotę za własnym domem, mężem i gromadką dzieci najlepiej dwójką czy trójką. Marzyła, by słyszeć w domu: mama, tata, by te słowa stanowiły dla niej codzienność ciepłe i trochę obce. Otworzysz drzwi, a dzieci wołają: mama, tata przyszli! jak w bajce.

Pewnego dnia szła pod swoją klatkę w blokowisku, kiedy nagle drzwi się rozwarły i wybiegł chłopak, omal jej nie potrącając, z siatką w ręku. Gdy weszła do środka, na schodach leżała starsza pani:
Emeryturka… torba… popchnął mnie… okulary, gdzie moje okulary, nic nie widzę!
Iwona rzuciła się od razu za napastnikiem, ale zniknął bez śladu. Pomogła staruszce wstać, na szczęście nie doznała większych obrażeń. Odprowadziła ją do mieszkania babcia była sama z chorym mężem, który nie wstawał z łóżka. Iwona zaczęła im przynosić zakupy, wiedzieli przecież, że im ukradziono emeryturę zgłoszono to, ale chłopaka nie odnaleziono, choć wydawał się znajomy. Torbę z dokumentami znaleziono kilka dni później pod blokiem i chwała Bogu…

Iwona coraz częściej odwiedzała babcię Tosię. Dziadkowi wezwano lekarza, udało się go postawić na nogi. Staruszkowie od razu odzyskali humor i poczucie bezpieczeństwa. Iwonę zaczęli nazywać wnuczką i co chwila zapraszali do siebie, bo rodziny nie mieli żadnej.

A raz, w autobusie, poznała chłopaka. Patrzy na nią, uśmiecha się:
Panno, pani jest tak znajoma, skądś się znamy?
Zaśmiała się:
Chyba nie.
Chłopak, na imię miał Gerard, opowiedział jej o sobie na całej drodze do jej bloku. Mieszka z mamą, pracuje tak jakby znali się od lat. Gerard zaczął ją odprowadzać po pracy, a kiedyś ją zaprosił do siebie. Poczęstowała go herbatą, kanapkami, otworzyła się i opowiedziała o dzieciństwie w domu dziecka. Gerard patrzył w nią, jakby chciał coś ważnego powiedzieć, ale nie miał odwagi. Może jej żałował. Iwonie podobał się, ale coś ją niepokoiło.

Przy kolejnej wizycie zdarzyło się coś niespodziewanego. Gdy weszła do kuchni nastawić wodę, Gerard podszedł i objął ją mocno. Gerard, może nie spieszmy się? poprosiła. On tylko zaciskał ręce na jej ramionach, w końcu…
Iwona krzyknęła, a Gerard w złości wysyczał:
Odkryłem cię, wiedziałem, że to ty, sierota z domu dziecka! Pomogłaś im, pokazywali mi twój portret, ledwo się wywinąłem. Teraz siedzisz cicho, inaczej będzie gorzej. Nikt ci nie pomoże, nikomu nie jesteś potrzebna!

Iwona nie zgłosiła sprawy bała się rozgłosu. Miesiąc później pogotowie zabrało ją z pracy pęknięta ciąża pozamaciczna, prawdopodobnie nie będzie mogła mieć dzieci. Babcia Tosia opiekowała się Iwoną, karmiła rosołem, poiła ziołami, szeptała pocieszenia. Iwona po wyjściu ze szpitala była smutna, sama nie wiedziała, jak żyć dalej. Coraz częściej milczała, aż któregoś dnia nogi same zaniosły ją do miejscowego klasztoru. Była późna jesień, niebo wysokie i błękitne, kielichy kopuł lśniły złotem, dzwony niosły się nad miastem. Pracownicy ogarniali ogród po już zwiędłych kwiatach jesień…

I wtedy usłyszała:
Wiosenna, Iwona?
Odwróciła się szedł w jej stronę jeden z pracowników, roześmiany:
Iwona, szukałem cię! To był Jarek, poznała go wreszcie. Uściskali się, a Iwona popłakała się z ulgi. On ścierał jej łzy:
Iwona, chodź, zjemy dziś pyszną kaszę z pierogami, potem pogadamy.
Nie pamiętała już, jak wspomniała mu o wszystkim, co ją spotkało, a on jej o swoim losie. Opowiedział, jak go adoptowano, jak ojczym go bił przy każdej okazji, jak uciekł i tułał się, aż w klasztorze znalazł spokój.

Wróciła do domu z poczuciem, że życie znów się odwróciło na lepsze. Wtedy niemal nie chciała wracać do pustego mieszkania, kilka dni spędziła w klasztorze. Tam właśnie wszystko postanowili. Babcia Tosia i dziadek Andrzej od dawna proponowali Iwonie, by przepisała na nich mieszkanie, ale Iwona z Jarkiem wpadli na lepszy pomysł.

Staruszkowie ucieszyli się nad życie będą mieszkać z młodymi. Nie marzyli, że ktoś, zwłaszcza młodych, zechce dzielić życie ze starymi i schorowanymi ludźmi.

Minęło już pięć lat, od kiedy Iwona i Jarosław Wiosennowie są małżeństwem. Przeprowadzili się na obrzeża Poznania do dużego mieszkania. Babcia Tosia i dziadek Andrzej świetnie się tam czują stali się najważniejsi w rodzinie, nie są już sami. A dwa lata temu największe marzenie Iwony się spełniło adoptowali dwójkę dzieci, Daniela i Irminę, z tego samego domu dziecka, w którym sami dorastali.

Jarek, pamiętasz, jak czekaliśmy, aż ktoś nas zabierze i będziemy mieć własny dom? szczebiotała Iwona. Spójrz na ich oczy i obiecajmy sobie, że będziemy takimi rodzicami, o jakich marzyliśmy.

A teraz…
Mamo, gdzie tata? Babciu, chodź zobaczyć, co z dziadkiem zbudowaliśmy!

O złym Iwona już nie chce pamiętać. Choć któregoś dnia babcia Tosia wyszeptała jej, że tego człowieka, co ją skrzywdził, policja w końcu złapała znów na czymś niechlubnym, do więzienia trafił na długo.

Niech każdemu stanie się wedle uczynków i w tym życiu, i w Wieczności…

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Zbiorę wszystkich u siebie