Zamiast siebie

Zamiast siebie

Macocha doskonale wyczuwała, że Zuzanna wcale nie chciała wychodzić za mąż za wdowca. I wcale nie dlatego, że miał małą córkę, ani dlatego, że był od niej trochę starszy panicznie się go bała. Jego surowe spojrzenie wierciło duszę na wylot; od samego widoku serce Zuzi zaczynało walić jak młotem, jakby chciało się wyrwać z ramion spojrzenia. Zuzanna spuszczała wzrok, długo nie podnosiła oczu. A jak już spojrzała, każdy widział łzy wypełniające piękne, niebieskie oczy. Te łzy spływały kaskadą po zarumienionych z przejęcia policzkach. Ręce jej drżały, małe piąstki skrycie pragnęły odeprzeć macochę i podstawionego przez nią kandydata na męża.
Język zdrajca, niech go piorun trzaśnie powiedział za nią: Pójdę.

No i dogadane. Do takiego domu, do takiego chłopa, do takiego gospodarza grzech by nie pójść! Przecież to porządny człowiek, pierwszą żonę nosił na rękach. Chora była, słaba taka, a on jak skrzydłami ją osłaniał, nigdy nie podniósł głosu, nie jak twój nieobliczalny ojciec. Kiedy była w ciąży, ledwo kto ją widział chodzącą, ciągle leżała, a kiedy przyszło dziecko, to nocami tylko on do niej wstawał, ona już zupełnie opadła z sił.
Sam jego matka tak opowiadała. Ty jesteś jaka trzeba zdrowa, rumiana, do pracy przywykła: i kosić umiesz, i prząść, i tkać. Grzech taką za młodego oddać, bo młody jeszcze nieułożony, nie wiadomo co w nim siedzi. A u tego wszystko jasne, niczego się nie trzeba bać. Masz szczęście! Ja samogonu nastawię, wieczorem posiedzimy a wdowcowi huczna weselina niepotrzebna, nie ma co zmarłej gniewać tańcami. Przestań się martwić o posag kazał nie zbierać, w domu wszystkiego w bród.

Michał pierwszy raz żenił się z prawdziwej miłości. Wiedział, że Wioletta często choruje, była słabiutka, nawet matka powtarzała, że taki chłop jak on potrzebuje żony jak dąb, a nie gałązkę. Ale nikt go nie odwiódł ani sąsiedzi, ani własny rozum, tylko Wioletta i koniec.
Po wiosce chodziły plotki, że go zaczarowano, bo tylko ktoś zaczarowany zmieniłby życie w szpital, cierpienie, troskę.
Lekarz powiedział wprost: Wiolka ma słabe płuca, byle przeziębienie kończy się zapaleniem, astmą, a potem może być tylko gorzej.

Michał był przekonany, że miłością odgoni śmierć od żony, wszystkiemu zaradzi będzie dbał, pielęgnował i wróci zdrowie. Po ślubie rzeczywiście, przez pewien czas byli szczęśliwi jak dzieci.
Potem, kiedy Wiola zaszła w ciążę, wszystko się zmieniło czuła się wiecznie osłabiona, kręciło jej się w głowie, spała całe dnie, nie miała siły prać, doić krowy, nawet rozczesać swoich pięknych, długich włosów.
Lekarze tłumaczyli: to tylko ciąża, potem się poprawi. Michał opiekował się nią czułością bez słowa skargi. Jego matka codziennie go karciła, że ściągnął do domu nie gospodynię, a ciężar. Michał bronił owdowiałej żony jak jastrząb gniazda i poprosił matkę, by nie przychodziła.

Wiola urodziła córeczkę i Michał miał nadzieję, że szczęście i radość wrócą do domu. Owszem, wróciło, ale tylko na chwilę. Pewnego razu Wiolka się przeziębiła i już nie podniosła słabła w oczach. Zabrali ją do szpitala, gdzie lekarz prosto z mostu powiedział:
Tam już nic z płuc nie zostało.
Tak zwyczajnie, po wiejsku. Wiola wiedziała, że zostało jej niewiele. Na siłę wyciskała z siebie uśmiech, przypominający prędzej grymas bólu niż radość. Oczy zdradzały strach przed jutrem, przed losem córki.
Jakby chciała pożegnać spojrzeniem i prosiła, by zapamiętali ją właśnie taką uśmiechniętą, wesołą. Jej chude ciało, wystające żebra, zapadnięta klatka, spracowane ręce nieme znaki, że śmierć już stoi za plecami.

Przeczuwając koniec, Wiola poprosiła męża, by wysłuchał jej do końca:
Nie urodził się jeszcze ten, co potrafi pokrzyżować Boże plany. Nasza miłość zmęczyła się walką ze śmiercią. Już nie mam siły, już dość myśli, dość bólu. Proszę cię, przebacz mi… I małej też. Urodziłam się na swoje i wasze nieszczęście.

Michał trzymał jej gorące jak żar dłonie i całował. Po ciężkim, urywanym oddechu czuł, że ona się spieszy, że zostało niewiele czasu.
Z trudem, plączącym się głosem mówiła o miłości do nich, lęku o córkę, a potem zebrała siły i powiedziała:
Ożeń się z Zuzanną. Ona będzie dobrą żoną. Ty dobry mąż, dobry ojciec. Ona będzie dobrą matką, bo i sama nie miała lekko z macochą, przyrodnim rodzeństwem, pijanym ojcem… Ja znam jej życie i moja mama też zna, wszystko dostrzega.
Zuzanna jest łagodna, pracowita, wytrzymała córki ci nie skrzywdzi, a może i ciebie pokocha. Tylko bądź dla niej taki jak dla mnie. Traktuj ją tak, jakby to była moja dusza w jej ciele. Przepraszam, że to mówię, ale nie tylko moje płuca są czarne, czarna też dusza od strachu o córkę. Ale wybór należy do ciebie, twoje życie zapisane przez Boga. Pamiętaj tylko córki nigdy nie krzywdź, bo przeklnę cię z tamtego świata.

Z ostatnich sił ścisnęła mu rękę. Michałowi łzy zalewały obraz żony, po wdechu czuł, że odchodzi. Spokojna twarz z lekkim uśmiechem patrzyła gdzieś w dal… Michał zaczął ją całować od czoła po stopy, zawodząc, przysięgał zrobić wszystko, jak prosiła. Dlatego właśnie po roku żałoby zjawił się u Zuzanny.
Macochę przygotowała teściowa Michała i ona chciała dla wnuczki dobrej matki. Sama już podupadała na zdrowiu, bała się, że niebawem odejdzie, pragnęła, by wnuczka i zięć znaleźli spokój.

Dobrze wiedziała, co znaczy być samotnym wdowcem, co przeżył jej ukochany zięć, mogłaby za jego miłość do córki własne nogi całować i do Boga się modliła o szczęście dla Michała.

Wszystko działo się jak we śnie podczas zaręczyn. Michał widząc, jak dziecku brakuje matki, jak jemu brakuje żony, postanowił spełnić ostatnią wolę Wioli. Już wcześniej spoglądał na Zuzannę i dostrzegł, że jest potulna, ułożona, śliczna, a coś w jej spojrzeniu przypominało mu ukochaną. Miała ten sam warkocz, podobny uśmiech, tak samo szła przez kuchnię.

Czasem Michał czuł, że chce zbliżyć się do niej, objąć mocno, zamilknąć na chwilę i wyobrażać sobie, że to jego Wiola. Zuzanna sama nie potrafiła pojąć, dlaczego się zgodziła. Może miała dość bycia służącą macochy, dość powrotnych wypraw po pijanego ojca, bronienia go, dość złośliwości sióstr, a może po prostu żal jej było córki Michała?

Ale dając zgodę, wiedziała jedno czeka ją nowe wyzwanie: pokochać i być kochaną przez Michała.

Po wszystkim Michał postanowił zapoznać córkę z Zuzanną. Wiola rzadko wychodziła z domu, cały czas spędzała z córeczką. Każdą chwilę, ba każdą sekundę podziwiała swoją Lenkę. Często w środku nocy Michał widział jak Wiola, pochylając się nad łóżeczkiem, coś jej szeptała jakby radziła, jak żyć po swoim odejściu.
Michałowi serce pękało na myśl o tym, co Wiola przekazywała swoim szeptem. Lenka była dzieckiem domowym, do obcych nigdy się nie zbliżała, miała tylko tatę, babcię i wrzaskliwą, niezadowoloną babcię.
Michał sprowadził Zuzannę, by zobaczyła jego córkę i żeby pobyły razem bez wciąż zadowolonej z siebie macochy, która sprawiała wrażenie, jakby wydawała z domu krowę, co nie daje mleka.

Zuzanna milczała przy Michale, ale zauważyła, że nie jest on wcale gburowaty, wręcz przeciwnie uprzejmy i delikatny. Zapytał ją otwarcie, czy może ma ukochanego, to on się usunie. O ostatnich słowach żony nie wspomniał ani słowem.

Dom Michała onieśmielił Zuzannę: piękne meble własnej roboty, ściany zdobione ręcznie haftowanymi obrazami w drewnianych ramkach, duże jasne pokoje. Kiedy Lenka zobaczyła Zuzannę, zachowała się niespodziewanie ani trochę nie wystraszyła się jej, zaczęła wręcz kokietować. Przyniosła swoje zabawki, poprosiła Zuzannę, by się z nią pobawiła. Próbowała ją dotknąć, przyglądała się ciekawymi oczkami i czasem się uśmiechała. W czasie zabawy Zuzanna objęła ją kilka razy i własnymi rękoma poprawiła jej piękne, gęste włosy jak u mamy.
Chodź, uczeszę cię. Będziesz wyglądać jak księżniczka powiedziała cichutko dziewczynce.

Michał obserwował ich zabawy i nagle serce zatonęło mu w radości. Bał się tego dnia, myślał, że Lenka nie zaakceptuje nowej kobiety w domu córka wciąż wypatrywała matki za oknem, a gdy ktoś wchodził, pędziła do drzwi jakby czekała, że to Wiola wraca.
Tłumaczył jej, ile mógł, lecz czteroletniej dziewczynce nie potrzeba słów, tylko czułych rąk i matczynej miłości.
Michał dobrze wiedział, że choćby nie wiadomo jak się starał, ojcowska miłość nigdy nie zastąpi czułości matki.

Bał się, że w Zuzannie się przeliczy. Ale widząc jak Lenka marszczy usta i prawie chce płakać, kiedy Zuzanna wychodzi, Michała ogarnęło spokój. Lenka pociągnęła Zuzię za rękę, zaprowadziła do swojego pokoju, zdjęła narzutę, rękoma jak prawdziwa gospodyni zaczęła uklepywać poduszki, a z radości wskoczyła na łóżko i podskakiwała niemal do sufitu.

Zuzanna wtedy przypomniała sobie macochę: jak ta wyliczała jej każdy kawałek chleba, jak po kryjomu podtykała cukierki tylko swoim córkom, jak biła po rękach za źle wykonaną niewolniczą pracę, jak zawsze chodziła w podartych ubraniach po przyrodnich siostrach, jak musiała dźwigać ojca pijanego i litością niańczyć, kładąc na ziemi, przykrywając własną pierzyną. Przypomniała sobie, jak macocha powtarzała, że pierwszemu lepszemu odda ją z domu, jak zbierała przekleństwa. Z gulą w gardle podeszła do Lenki, objęła ją mocno i położyła się przy niej. Mała zasnęła twardo, szczęśliwa jak nigdy.
Michał nie wiedział, jak się zachować ze szczęścia przy Zuzannie. Pili herbatę, po prostu patrzyli na siebie i się uśmiechali. Michał nie pozwolił Zuzannie wrócić już do domu.
Nie pozwolił i koniec.
Żona musi być z mężem, a nie wracać tam, gdzie nikt na nią nie czeka…

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Zamiast siebie