Zamiast siebie
Macocha doskonale widziała, jak Basia nie chciała wychodzić za mąż za wdowca, i nie chodziło tu o jego kilkuletnią córeczkę, ani o różnicę wieku; Basia lękała się go z prawdziwą trwogą.
Jego szare, przeszywające spojrzenie wbijało się aż do środka duszy, a dziewczynie serce waliło jak szalone, jakby chciało uciec przed ciemnymi oczami. Basia wpatrywała się uparcie w drewnianą podłogę, podnosiła wzrok tylko na chwilę, a wtedy każdy widział, że jej oczy pełne były łez.
Te łzy zaraz spływały potokiem po zarumienionych ze wstydu policzkach. Ręce jej drżały, zaciśnięte małe pięści najchętniej odgoniłyby zarówno macochę, jak i narzucanego kandydata na męża.
Ale zdradliwy język, oby go licho wzięło, rzekł: Pójdę.
No i dobrze! ucieszyła się macocha. Do takiego domu, do takiego gospodarza, żal by nie iść! Przecież to gospodarz znany w całej wsi, pyłek z pierwszej żony zdmuchiwał. Chorowita była, kaszlała, nie miała siły. On ją na rękach nosił, łagodny był, nie taki jak twój ojciec, co go tylko gniew unosił.
Gdy była brzemienna, nikt jej prawie nie widział poza izdebką. Leżała, a po narodzinach to on nocami do dziecka wstawał, a ona coraz bardziej nikła.
Tak opowiadała jego matka.
A ty, krzepka, zdrowa dziewczyna, zaraz ci miejsce w czerwonym kącie domu znajdzie! Wszystkiego nauczona i kosić, i prząść, i tkać, i gęś wypatroszysz, i chleb upieczesz. Młodego ci nie potrzeba, bo ich jeszcze los nie ułożył, jeszcze w głowie pustki. A tutaj chłop jak dąb wszystko jasne, sami go przecież znamy. Jak ci się trafiło!
Wypędzę samogon, wieczorem u nas posiedzą, a wdowiec wesela nie potrzebuje niech nie drażni zmarłej huczkiem. Przynajmniej nie musisz martwić się o posag, kazał niczego nie przygotowywać dom pełen, mówi.
Stanisław pierwszy raz żenił się z miłości wiedział, że Julia, jego żona, wciąż choruje, że jest słaba, matka go przestrzegała, że taki chłop powinien mieć kobietę co by dom utrzymała, ale uparty był i tylko Julię chciał.
We wsi gadano, że ktoś go zaczarował, bo któż by z własnej woli przeznaczył sobie życie na cierpienie i choroby?
Lekarze powtarzali, że Julię zniszczą słabe płuca, najmniejsze przeziębienie zamienia się w zapalenie, potem astma, a co dalej któż wie?
Stanisław wierzył, że miłością swoją odpędzi śmierć. Dbał o żonę, troszczył się, pielęgnował. Przez pewną chwilę po ślubie wszystko układało się szczęśliwie.
Młodzi weselili się razem, cieszyli się swoim szczęściem.
Ale gdy Julia zaszła w ciążę, tak osłabła, że sił jej nie starczyło nawet, by wyprać, udoić krowę, czy choćby rozczesać swoje długie, piękne włosy.
Lekarze mówili: silny to sygnał, minie po porodzie. Stanisław nie narzekał, troszczył się o nią. Jego matka dzień w dzień marudziła, że przyprowadził do chaty nie gospodynię, ale kłopot. Syn stawał w obronie żony, poprosił matkę, by nie przychodziła.
Gdy Julia urodziła córeczkę Marysię Stanisław znowu miał nadzieję, że wróci zdrowie i radość. Szczęście wróciło, ale na krótko. Po jednym przeziębieniu żona całkiem opadła z sił, nikła z dnia na dzień.
Zabrano ją do szpitala, a tam lekarz rzekł, zupełnie po swojemu:
Te płuca już się rozsypują.
Julia wiedziała, że zostało jej niewiele. Udawała, choć wykrzywiała usta w uśmiechu, bardziej to był wyraz bólu i strachu za Marysię, za siebie.
Jakby ten uśmiech chciał pozostać w pamięci na zawsze, by córka i mąż zapamiętali ją radosną. Chuda, z wystającymi żebrami, zapadłą piersią, suchymi rękoma i opuszczonymi barkami wszystko wołało o zbliżającej się śmierci.
Przeczuwając koniec, Julia poprosiła męża o rozmowę.
Żaden człowiek nie zmieni losu, który pisany od Boga. Nasza miłość już nie ma siły walczyć z chorobą, już nie chcę bólu i rozmyślań, już jestem zmęczona. Proszę cię, wybacz mi, i córce także. Urodziłam się na smutku, was skazałam na udrękę.
Stanisław wziął jej blade dłonie i zaczął całować. Słyszał po oddechu, jak jej czas ucieka. Spieszyła się, żeby powiedzieć, co najważniejsze: o swojej miłości, trosce o Marysię. A potem zebrała resztę sił i powiedziała powoli:
Ożeń się z Basią. Ona będzie dla ciebie dobrą żoną, dobrą mamą dla Marysi. Sama wiem, przez co przeszła męczyła się z macochą, z siostrami, z ojcem pijakiem. Mój aniołek jej nie skrzywdzi. Z tobą będzie szczęśliwa, jeżeli będziesz ją traktował tak jak mnie. Nie gniewaj się na te słowa, ale ze strachu o naszą córkę dusza mi poczerniała. Ty sam znasz swój los, ale córki nie krzywdź, bo cię przeklnę zza grobu. Te słowa wypowiedziała wolno i wyraźnie.
Mimo że nie miała już siły, ścisnęła mocno dłoń męża.
Stanisław płakał, łzy zamazywały mu obraz żony. Czuł, jak z każdym oddechem uchodzi z niej życie. Jej twarz, spokojna i uśmiechnięta, zapatrzona była w jeden punkt. Ręka jej wciąż ściskała jego dłoń.
Całował ją po kolei od głowy do stóp, obiecywał spełnić wszystko, o co prosiła. Dlatego właśnie po roku od śmierci żony przyszedł prosić Basię o rękę.
Macocha Basię przygotowała do wszystkiego matka Stanisława pragnęła, by wnuczka miała dobrą nową mamę. Sama była schorowana, przeczuwała, że niedługo odejdzie, dlatego chciała, by życie Marysi i zięcia znów się ułożyło.
Znała dobrze losy Stanisława i za jego troskę o córkę gotowa była całować go po rękach i modlić się o szczęście dla niego.
Zaręczyny przeszły jak we mgle. Widząc, jak córka potrzebuje matczynego ciepła, Stanisław postanowił spełnić życzenie żony. Przypatrywał się Basi i widział, że to dziewczyna cicha, pracowita, piękna, a i uśmiech, i warkocz przypominały czasem Julię.
Często miał chęć podejść i przytulić Basię, by przez chwilę przypomnieć sobie żonę. Sama Basia do końca nie wiedziała, czemu się zgodziła może zmęczyło ją życie u macochy, może dość miała prowadzenia ojca pijanego do domu i obrony przed atakami swojej macochy, może żal jej było Marysi.
Po zaręczynach Stanisław postanowił przedstawić Basię córce.
Julia rzadko wychodziła na dwór, całymi dniami była z Marysią. Każdą chwilę poświęcała córce, nawet w nocy mąż widział, jak żona przyklęka i coś szeptem mówi jakby radziła, jak ma żyć, gdy jej zabraknie.
Stanisławowi serce pękało, kiedy myślał, co żona mówiła tej małej cząstce swojego serca. Marysia była dzieckiem domowym, do obcych w ogóle nie lgnęła, miała tylko tatę, mamę, babcię oraz drugą, surową babcię.
Sprowadził więc Basię do swojego domu, żeby zobaczyła córeczkę, spędziła z nią czas, bez obecności rozradowanej macochy, która już się cieszyła, że pozbywa się bez pożytku domowej służącej.
Basia początkowo siedziała cicho, przyglądając się Stanisławowi. Ten był zupełnie inny, uprzejmy, cichy, szczery. O żonie słowa nie powiedział, ale zapytał tylko jeżeli Basia ma kogoś ukochanego, nie będzie się wtrącał.
Dom, do którego weszła, oszołomił ją pięknem. Meble ręcznie robione, ściany ozdobione haftowanymi makatkami w drewnianych ramach, tkaniny własnoręcznie zrobione, dużo światła. Marysia, widząc Basię, zachowywała się trochę inaczej nie speszyła się, ale zaczęła kokietować jak dorosła.
Wyjęła swoje zabawki i poprosiła, by Basia z nią pobawiła się w dom. Przy tym starała się dotknąć jej ręki, patrzyła uważnie i się uśmiechała. Basia kilkukrotnie przytuliła dziewczynkę podczas zabawy i poprawiła jej włosy tak cudne, jak jej matki.
A zrobimy ci warkocz, będziesz piękną księżniczką!
Stanisław patrzył na ich zabawę i aż w oczach mu łzy stanęły z radości.
Bał się tego spotkania. Marysia często pytała, gdzie mama, patrzyła przez okno, wypatrywała, biegła do drzwi na każdy hałas, jakby zaraz miała wrócić ukochana mama.
Tłumaczyć jej nie sposób miała dopiero cztery latka, nie potrzeba jej było wielkich słów, a mamy.
Wiedział, że jakkolwiek by się starał, miłości matki, jej głosu i czułości nie zdoła zastąpić.
W sercu bał się także, czy na pewno Basia nada się na matkę dla Marysi. Ale gdy zobaczył, jak Marysia krzywi usta i zaraz się popłacze, bo Basia wychodzi, ukojenie ścisnęło mu pierś.
Marysia złapała Basię za rękę, prowadziła do swego pokoju, starannie zaścielała łóżko, biła poduszki, wskoczyła rozradowana na pierzynę i zaczęła podskakiwać.
Basia przypomniała sobie, jak trafiła do domu macochy jak wytykała jej każdy kawałek chleba, chowała słodycze dla swoich córek, biła po rękach za źle wykonaną ciężką robotę, jak do dziś nosi po łacie po córkach, jak znosiła upojonego ojca i okrywała go własnym kocem. Przypomniała sobie, jak macocha mówiła, że odda ją pierwszemu lepszemu, jakby była niepotrzebnym psem, jak przeklinała ją i z żalem w duszy objęła mocno Marysię.
Przytuliła ją serdecznie, położyła się obok. Marysia zasnęła twardym, szczęśliwym snem. Stanisław nie wiedział, jak się zachować z radości. Pili herbatę i patrzyli na siebie w milczeniu z uśmiechem. Basi nie wypuścił już z domu.
Nie wypuścił i już!
Bo żona powinna być przy mężu, a nie tam, gdzie na nią nie czekająPrzez okno wpadało ciepłe światło późnego popołudnia. Basia siedziała przy stole z kubkiem herbaty, patrząc na rozradowaną Marysię krzątającą się przy swoim domku z klocków. Serce dziewczyny zaczęło powoli rozmarzać. Czuła, jak powietrze w tym domu jest innym powietrzem niż dawniej łagodniejszym, cieplejszym.
Stanisław, stojąc przy piecu, odwrócił się i rzucił Basi krótkie spojrzenie: nie znajdowała tam ani grozy, ani zimna, lecz oczekiwanie i pewną nadzieję. Z czułością podał jej kromkę chleba z masłem i ten prosty, ciepły gest był silniejszy niż wszelkie obietnice.
Z nocy na noc Basia odważała się coraz bardziej. Gdy Marysia płakała przez sen, Basia przychodziła, siadała przy niej, głaskała po włosach, i wtedy dziecko cichło, wtulając twarz w jej ramię.
Coraz rzadziej przypominała sobie okropne dni u macochy. Zamiast żalu pojawiła się wdzięczność, że los przeniósł ją właśnie tutaj gdzie nic już nie musiała udawać, ani bać się, że w każdej chwili ktoś wyrzuci ją z domu.
Pewnego wieczora, gdy deszcz szumiał o dach, Basia zbierała zabawki Marysi i układała je do skrzynki. Czuła spokój, jakiego nie znała. Stanisław usiadł obok, nieśmiało dotknął jej dłoni. Trwali tak przez chwilę, patrząc na śpiącą Marysię.
Dziękuję ci, Basiu szepnął. Za nas wszystkich.
Zamilkł, bo więcej nie było trzeba. Basia spojrzała na niego i dostrzegła w jego oczach ciepło, niegdyś ukryte pod warstwą smutku i strachu. W tej ciszy i prostocie znalazła się odpowiedź na wszystkie lęki światło przebijające się przez chmury po długiej burzy.
Odtąd już nie musiała być zamiast siebie, bo tu, w tym domu, wolno jej było po prostu być sobą. I tego wieczoru Basia pochyliła się, pocałowała Stanisława w czoło, a u śpiącej uśmiechniętej Marysi znalazła swój mały, własny cud rodzinnego szczęścia.







