Zamiast siebie

Zamiast siebie

Macocha bardzo dobrze zauważała, że Zuzanna nie pragnie wychodzić za mąż za wdowca, i nie przeszkadza jej to, że miał już córeczkę ani że był starszy, a po prostu bardzo się go bała. Jego przenikliwe, surowe spojrzenie przeszywało ją aż do serca, przez co zaczynało ono bić szybciej, próbując bronić się przed strzałami oczu. Zuzanna spuszczała wzrok na ziemię i długo nie chciała go podnieść, a gdy już to robiła, wszyscy widzieli, że jej oczy pełne były łez.

Te łzy spływały potem po policzkach zarumienionych ze wstydu i nieśmiałości. Ręce trzęsły jej się, a małe pięści miały ochotę odpierać macochę i narzuconego kandydata. Język-zdrajca, niech będzie przeklęty, powiedział: Pójdę.

No i ustalone. Do takiego domu, do takiego gospodarza to grzech nie iść! Przecież pierwszą żonę traktował jak jajko, choć była nieporadna, słaba, wiecznie kaszląca. Chodzili razem on zrobił trzy kroki, ona jeden, stawała, sapała ciężko jak parowóz, a on ją tulił, łagodził, nigdy nie skrzyczał, jak twój ojciec wariat. Kiedy była w ciąży, rzadko kto ją widywał na dworze. Ciągle leżała, a po porodzie sam wstawał do dziecka, ona już zupełnie schorowana.

Tak mówiła jego matka.

A ty jesteś rumiana, zdrowa, on cię posadzi w czerwonym kącie. Jesteś też nauczona do wszystkiego do sierpa, do motyki, prządziesz i tkasz. Grzech oddawać cię za młodego, który jeszcze się błąka, niewykształcony, a ten wszystko wiemy gość na miejscu. Trafiła ci się dobra partia!

Nastawię bimbru, wieczorem posiedzimy, a wdowiec wesela nie potrzebuje nie ma co drażnić zmarłej tańcami. Wiana kazał nie zbierać, powiedział, że dom pełną michą stoi.

Stanisław ożenił się pierwszy raz z wielkiej miłości, wiedząc, że Weronika była chorowita, słaba, i matka radziła mu, że potrzeba mu silnej gospodyni, ale nie dali mu przemówić do rozumu ani ludzie, ani własny rozum tylko Weronika była mu pisana i już.

Po wiosce szeptano nawet, że go zaczarowano, bo tylko zaklęty człowiek zamieniłby życie w szpital, w cierpienie. Lekarze powtarzali Weronika ma bardzo słabe płuca, każda infekcja ją zagraża, kończy się na zapaleniu i astmie, a potem kto wie, może i gorzej.

Stanisław wierzył, że swoją miłością odpędzi śmierć od żony, będzie ją leczyć i troszczyć się, więc choroba odejdzie. Na początku, po ślubie, istotnie wszystko było dobrze. Byli szczęśliwi, rozradowani, nie posiadali się z radości.

Później, gdy Weronika zaszła w ciążę, jakby coś ją przewróciło na lewą stronę ciągłe osłabienie całego ciała, zawroty głowy, senność, które uczyniły ją zupełnie wyczerpaną. Nie była w stanie ani wyprać, ani wydoić krowy, nawet uczesać swoich pięknych długich włosów.

Lekarze twierdzili: taki urok ciąży, urodzi to wyzdrowieje. Stanisław opiekował się Weroniką z miłością, nie wypominał. Jego matka zrzędziła dzień w dzień, że sprowadził do domu nie gospodynię, a problem. Stanisław bronił żony jak jastrząb gniazda, nawet zabronił matce przychodzić.

Weronika urodziła córeczkę i Stanisław miał nadzieję, że siła i radość wrócą do ich domu. Jednak szczęście trwało krótko. Gdy się przeziębiła, już nie mogła stanąć na nogi, gaśnięcie nastąpiło na oczach wszystkich.

Zabrano ją do szpitala, ale lekarz prosto, po wiejsku powiedział:

Pani płuca tracą siły.

Weronika wiedziała, że czasu jej zostało niewiele, początkowo starała się nie pokazywać po sobie. Wypracowywała uśmiech, przypominający jednak grymas cierpienia. Usta się uśmiechały, ale oczy zdradzały strach o jutro, o los córki.

Spojrzenie pożegnalne jakby mówiło: zapamiętajcie mnie taką radosną. Jej wychudzone plecy, zapadnięta klatka, kościste dłonie i opuszczone ramiona mówiły same za siebie, że śmierć czuwa obok.

Czując, że odchodzi, Weronika poprosiła męża, by ją wysłuchał.

Nie ma człowieka, który by zburzył plany Boga. Nasza miłość zmęczyła się walką ze śmiercią, nie mam już sił, zmęczona jestem bólem i troskami. Proszę was oboje o wybaczenie ciebie i córeczki. Sama zrodziłam się w bólu i was na cierpienie wystawiłam.

Stanisław wziął jej płomienne dłonie i zaczął całować. Po jej ciężkim oddechu czuł, że jej czas się kończy, a ona spieszy się mówić coś ważnego.

Mówiła chaotycznie o miłości do nich, o troskach o córkę, łkała, aż w końcu zebrała sił i rzekła:

Poślub Zuzannę, ona będzie dobrą żoną, a ty jesteś dobrym mężem i ojcem. Będzie dobrą matką, przecież przeszła niemało z macochą, przyrodnimi siostrami oraz pijanym ojcem. Znam ją dobrze, mama do nich chodzi, a jej oko bystre, wszystko widzi.

Zuzia jest łagodna, pracowita, cierpliwa, córki nie skrzywdzi, ciebie obdarzy uczuciem. Bądź tylko wobec niej takim, jak wobec mnie traktuj ją tak, jakbym to ja była w jej ciele obok ciebie. Wybacz te słowa, lecz nie tylko moje płuca pociemniały, także duszę przyćmił strach. Ale pamiętaj, córki nie skrzywdź, inaczej przeklnę z tamtego świata. Ostatnie zdania wypowiedziała wyraźnie i wolno.

Z resztek sił ścisnęła męża za rękę.

Stanisław płakał, łzy zamazywały obraz żony, czuł po jej płytkim oddechu, że ukochana odchodzi. Anielskie, spokojne oblicze z uśmiechem patrzyło w jeden punkt. Dłonie ją wciąż trzymały, aż ucichła.

Całował żonę, od czubka głowy po stopy, obiecując, że spełni jej wolę. Dlatego rok po śmierci Weroniki poprosił Zuzannę o rękę.

Macochę przygotowała teściowa Stanisława ona też pragnęła dobrej matki dla wnuczki. Sama była już chora, bała się, że jej już niewiele zostało, chciała załatwić los córki i zięcia.

Jak nikt znała, przez co przeszedł zięć, i za to, jak traktował jej córkę, gotowa była całować mu stopy i modlić się o szczęście dla niego.

Samo swatanie przeszło jak przez mgłę, ale widząc, jak trudno jest córce bez matki i jak bardzo jemu bez prawdziwej gospodyni, Stanisław zdecydował się wypełnić żony wolę. Zauważył, że Zuzanna jest cicha, posłuszna, piękna, i nieco przypomina Weronikę miał taki sam warkocz, uśmiech, chód.

Nieraz aż ciągnęło go, by podejść i przytulić ją mocno, wyobrażając sobie, że to żona wróciła. Sama Zuzanna nie potrafiła wyjaśnić, czemu zgodziła się na ten ślub. Może znudziło ją życie służki u macochy, przyprowadzanie pijanego ojca do domu i bronienie go przed wyzywaniem macochy, może zmęczyły ją drwiny sióstr, może żal było mu córki Stanisława?

Ale gdy już się zdecydowała, zrozumiała, że czeka ją najtrudniejsze pokochać Stanisława, sprawić, by on zakochał się w niej.

Po zaręczynach Stanisław zapragnął bliżej zaprzyjaźnić Zuzannę z córką.

Weronika prawie nie wychodziła z domu, jej każda chwila była skupiona na córeczce, Jagódce. Mąż nieraz widział, jak Weronika, pochylona nad córką w nocy, szepcze coś jej do ucha, jakby przekazywała rady na przyszłość, już po swoim odejściu.

Stanisław nie mógł bez łez myśleć o tym, co żona mówiła swej najmilszej. Jagódka była dzieckiem domowym, do obcych nie podchodziła nigdy, miała tylko tatę, mamę, babcię i jeszcze jedną trochę zgryźliwą, niezadowoloną babkę.

Stanisław zaprosił Zuzannę, by zobaczyła córkę, pobyła z nią bez obecności nadmiernie zadowolonej macochy, która zachowywała się tak, jakby wreszcie ze wsi znikała krowa nie dająca mleka.

Na osobności z Zuzanną Stanisław milczał, ale zauważyła, że wcale nie jest groźny, lecz uprzejmy, troskliwy. Wprost zapytał, czy jeśli ma kogoś ukochanego odsunie się. O ostatniej prośbie żony nie wspomniał ani słowa.

Dom Stanisława zrobił na Zuzannie wielkie wrażenie. Piękne, własnoręcznie robione meble, haftowane obrazy w drewnianych ramach, duże jasne pokoje. Jagódka, ujrzawszy Zuzannę, zaczęła się do niej przymilać, nie była nieśmiała przeciwnie, starała się dotknąć jej ręki, pokazać zabawki, poprosić do zabawy. Zuzanna parokrotnie przytuliła dziewczynkę, poprawiła jej piękne włosy, jak u mamy.

A może zrobię ci fryzurę będziesz wyglądać jak królewna!

Stanisław patrzył na ich zabawy i serce mu radowało się do łez.

Bardzo się bał przedstawiać Zuzannę dziecku, bo Jagódka wciąż pytała o mamę, wyglądała przez okno, czekając aż wróci, a gdy ktoś tylko wchodził do domu, rzucała się w stronę drzwi w nadziei, że to mama. Stanisław próbował jej wszystko tłumaczyć, ale Jagódka miała zaledwie cztery latka, a takiemu sercu nie wystarczą żadne wyjaśnienia ono pragnie matczynej czułości i troski.

Wiedział, że choćby chciał, jego opieka, miłość i ramiona nie zastąpią matczynej delikatności, matczynego ciepła.

Bał się zawieść na Zuzannie. Jednak zobaczywszy, jak Jagódka krzywi usteczka i za chwilę zapłacze dlatego, że Zuzanna wychodzi, serce Stanisława ogarnął spokój.

Jagódka wzięła Zuzannę za rękę i zaprowadziła do swojego pokoju, tam z radością zaczęła podskakiwać po łóżku, poprawiała poduszki i ogarniało ją szczęście.

Zuzanna przypomniała sobie swoje dzieciństwo jak zjawiła się u nich macocha, jak później wypominała jej każdy bochenek chleba, jak kryła i rozdawała słodycze tylko swoim córkom, jak biła po rękach za źle wykonaną ciężką robotę, jak zawsze nosiła połatane sukienki po siostrach, jak pijanego tatę układali na gołej podłodze, a ona okrywała go swoim kocem. Przyszły jej na myśl słowa macochy, że pierwszemu lepszemu odda ją jak niechciane bydlątko ze wsi, jej przekleństwa i ścisnęło ją w gardle, gdy podeszła do Jagódki.

Objęła ją mocno, położyła się obok, a dziewczynka zasnęła słodkim snem. Stanisław z radości nie wiedział już, jak traktować Zuzię pili herbatę i tylko spoglądali na siebie, uśmiechając się. Nie pozwolił jej wrócić do domu. Nie pozwolił i już!

Żona powinna być z mężem, a nie tam, gdzie jej nikt nie czeka…

Tak życie zupełnie zmieniło kierunek. Zuzanna, choć nie wybrała swojego losu, zyskała miłość i rodzinę, a Jagódka odnalazła matkę. Czasem nie to, czego pragniemy, jest naszym szczęściem, lecz odwaga, by przyjąć nową drogę, nawet jeśli prowadzi przez łzy i trudności. Bo prawdziwa rodzina rodzi się w sercu z dobroci, empatii i wzajemnej troski.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Zamiast siebie