Nowy zamek w drzwiach

Agnieszka wróciła z Julką znad morza w niedzielę po dwudziestej pierwszej. Winda w ich kamienicy przy Ratajczaka znowu się zepsuła, więc wciągnęły walizki na trzecie piętro po schodach. Julka niosła swoją pluszową fokę i co chwilę ziewała.

Klucz przekręcił się w zamku, ale coś było nie tak. W przedpokoju paliło się światło, chociaż męża nie miało być w mieście. Agnieszka pchnęła drzwi i od razu zobaczyła, że z konsoli zniknął telewizor. Ściana nad nią została goła, z trzema otworami po kołkach.

— Mamo… — Julka stanęła w drzwiach swojego pokoju. — Gdzie jest mój tablet?

Agnieszka obeszła mieszkanie. Z łazienki znikła pralka. Z kuchni — mikrofalówka, ekspres i robot planetarny, który dostała od siostry na urodziny. Z dużej sypialni zniknął nawet stary gramofon po dziadku, który od lat stał na szafie.

Julka podeszła do biurka i dotknęła pustego miejsca po tablecie.

— To tata, prawda? — zapytała cicho. — Był tu w sobotę. Widziałam, jak pakował rzeczy do samochodu.

Agnieszka wyjęła z kieszeni telefon. Zadzwoniła. Mąż odebrał po czterech sygnałach, w tle słychać było pianie koguta.

— Wszystko, co ważne, przewiozłem do rodziców — powiedział Rafał, jakby meldował pogodę. — Czekam na was dwie. Jutro rano przyjadę po resztę.

— Zabrałeś Julce tablet? — głos Agnieszki był suchy. — Dziecko stoi teraz i myśli, że nas okradli.

— Tablet kupili moi rodzice. Należy im się. A ty, jak nie chcesz jechać na wieś jak normalna żona, to się z tobą rozwiodę.

— To się rozwódź — powiedziała Agnieszka i przerwała połączenie.

Tydzień wcześniej, w sobotę rano, siedziała w kuchni z kawą z mlekiem owsianym. Za oknem na Ratajczaka przejeżdżał tramwaj linii piątej, a po parapecie chodził sąsiadujący kot — bury z urwanym uchem, który codziennie przychodził na śniadanie.

Rafał wszedł do kuchni w skarpetkach i postawił na stole kartkę z obliczeniami.

— Podjąłem decyzję — oznajmił. — Pod koniec maja sprzedajemy mieszkanie i przeprowadzamy się do moich rodziców pod Gniezno. Dom jest duży, sami już nie dają rady. Trzeba pomóc.

Agnieszka odłożyła kubek.

— Pomóc można inaczej. Niech twoi rodzice sprzedadzą kozę i kury. W Biedronce jajka kosztują złotówkę za sztukę, a pasza dla kozy to czterysta złotych miesięcznie. Już to liczyłam.

— Moja mama potrzebuje tego mleka — Rafał podniósł głos. — I tego mięsa. To zdrowe jedzenie dla Julki.

— Julka nigdy nie piła koziego mleka — odparła Agnieszka. — Wymiotowała po nim.

— To się przyzwyczai. A ty w ogóle nie słuchasz, co mówię!

— Słucham. I widzę, że zapomniałeś zapytać mnie albo córkę, czy chcemy przeprowadzić się na wieś.

Rafał zaczerwienił się i rzucił na stół długopis.

— Nie muszę pytać. Jestem głową rodziny.

Agnieszka wstała. Poszła do przedpokoju i wróciła z teczką.

— Mieszkanie jest zapisane na mnie — powiedziała. — I nie będzie ani sprzedane, ani wynajęte. Możesz sam pojechać do rodziców, choćby dzisiaj.

Rafał złapał kubek z kawą i odstawił go z hukiem.

— A twoja praca? — zaśmiał się. — I tak siedzisz w biurze do osiemnastej. Na wsi będziesz miała spokój.

— Moja praca daje nam cztery tysiące dwieście złotych na rękę — odparła. — I nie zamierzam z niej rezygnować. Julka chodzi na akrobatykę, ma zawody w październiku. Też nie zrezygnuję.

— Akrobatyka! — prychnął. — Nie będzie z niej mistrzyni olimpijskiej. A twoja siostra, Beata, przecież siedzi beznadziejnie w tej wsi i jakoś żyje.

— Moja siostra żyje w Krakowie, a twoja siostra, Magda, całe lato podrzuca rodzicom troje dzieci i wywozi stamtąd słoiki. Nie mieszaj.

Rafał uderzył pięścią w stół. Julka w pokoju obok ściszyła bajkę.

— Wstydź się! — krzyknął. — Moja rodzina to twoja rodzina!

— Moja rodzina jedzie ze mną w sierpniu nad morze. Opłacę to z premii. A ty rób, co chcesz.

Agnieszka wyszła z kuchni. W przedpokoju włożyła buty. Wzięła torebkę i zeszła po schodach. W klatce pachniało kiszoną kapustą z piątego piętra. Zeszła na dół, minęła dwa rowery stojące przy drzwiach i poszła w stronę parku Wilsona.

Nad morzem Julka wreszcie się wyspała. W Sopocie jadły gofry z bitą śmietaną, zbierały muszelki przy molo i kupiły magnesy na lodówkę. Agnieszka pierwszy raz od dawna nie myślała o wsi, kozach i kartkach z obliczeniami.

Gdy wróciły do Poznania, mieszkanie było puste. Agnieszka nie zadzwoniła na policję. Zadzwoniła do ślusarza.

Wymiana dwóch zamków kosztowała trzysta dwadzieścia złotych. Ślusarz, niski mężczyzna w zielonej bluzie, zdjął starą wkładkę i podał jej dwa nowe klucze.

— Proszę — powiedział. — Teraz tylko pani otworzy.

Agnieszka wzięła klucze. Były ciężkie, chłodne. Schowała jeden do torebki, drugi położyła na stole w przedpokoju.

Rafał zadzwonił następnego dnia. Nie podniosła. Napisał SMS-a: «Złożyłem pozew o rozwód, jak chciałaś». Odpisała: «Przyjdź do notariusza w środę o dziewiątej. Podpiszę».

W środę podpisała. Potem złożyła wniosek o alimenty. Tysiąc osiemset złotych miesięcznie. Sędzia przyznał, bo Rafał nie chciał rezygnować z pracy, a Julka potrzebowała tablet, który mu zabrał.

Trzy tygodnie później Rafał stał przed drzwiami mieszkania. Nacisnął dzwonek. Nie działał.

Zapukał.

Agnieszka podeszła do drzwi. Popatrzyła przez judasz. Potem powiedziała głośno, żeby usłyszał:

— Klucz nie pasuje, bo zmieniłam zamki. Twoje rzeczy są u twoich rodziców. Nie masz tu już nic.

— Agnieszka! — zawołał. — Porozmawiajmy!

— Alimenty masz zapłacić do dziesiątego — odparła. — Następny przelew tysiąc osiemset złotych. Dziękuję.

Odszedł od drzwi. Na klatce schodowej spotkał sąsiadkę z czwartego piętra, która wynosiła reklamówki ze śmieciami. Minął ją bez słowa.

Agnieszka weszła do pokoju Julki. Dziewczynka siedziała na łóżku i układała naklejki z jednorożcami.

— Tata przyjdzie jeszcze? — zapytała.

— Nie — odpowiedziała Agnieszka. — Nie ma klucza.

Julka popatrzyła na nią i wróciła do naklejek. Z kieszeni bluzy wyjęła nowy tablet, który dostała dwa tygodnie temu. Włączyła grę.

Rafał zamieszkał u rodziców. Wstaje o piątej trzydzieści, bo kogut sąsiada drze się pod oknem. Karmi kozę, nosi wiadra z wodą, naprawia płot. Jego siostra, Magda, przyjeżdża w każdy piątek z trójką dzieci i zabiera słoiki, jajka i twaróg. Rafał nie protestuje, bo ojciec mówi, że to rodzina.

W zeszłym tygodniu rodzice kupili jeszcze świnię i dziesięć gęsi. Rafał teraz ma więcej pracy. O alimentach przypomina sobie, gdy siada wieczorem na ławce przed domem i patrzy na swoje konto. Po przelewie zostaje mu dwieście czterdzieści złotych. Na paliwo do dojazdów do pracy w Poznaniu.

Julka widuje go rzadko. W ostatnią niedzielę przyjechał do Poznania i czekał pod blokiem. Julka zeszła z Agnieszką na spacer. Zobaczyła ojca i schowała się za matką.

— Nie chcę jechać na wieś — powiedziała.

Rafał patrzył, jak odchodzą w stronę parku. Potem wsiadł do swojego srebrnego opla i odjechał w stronę Gniezna.

Agnieszka wróciła z Julką do mieszkania. Przekręciła klucz w nowym zamku. W kuchni zaparzyła herbatę. Usiadła na balkonie, a obok na parapecie położyła dwa nowe klucze. Bury kot z sąsiedztwa wskoczył na balustradę, miauknął i ułożył się obok.

Za tydzień Agnieszka kupiła bilety na nadmorski pociąg. Na wrzesień. Dla siebie i Julki.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Nowy zamek w drzwiach