Dziennik osobisty Wpis z soboty, 10 czerwca
Magdaleno! Przecież to nie żurek! Coś tu się nie zgadza! Słuchaj, jesteś świetna prawniczką, to może zabierz się wreszcie za sprawy sądowe, a kuchnię zostaw tym, którzy mają mniej rozumu, ale więcej wyczucia smaku!
Monika, ja nie jestem żadną gospodynią! Marysia aż się rozszlochała z rozżalenia.
Jak to możliwe, że nawet proste rzeczy są dla mnie niewykonalne? O zrobieniu czegoś skomplikowanego, jak bigos mojej ciotki z Łodzi, nawet nie marzę… W naszej rodzinie role od dawna były jasno podzielone.
Weronika pani domu, Marysia mądrala, a Sandra łobuziara, potrafiąca rozkręcić każde towarzystwo i naprawić każdy rower. Zazwyczaj na wszelkie zjazdy rodzinne gotowała Werka, Marysia i Sandra zajmowały się zapleczem: zakupami, sprzątaniem i zajmowaniem się dziećmi. Najczęściej do Sandry należała organizacja czasu dzieciaków. Potrafiła tak rozplanować dzień, że po kolejnej rodzinnej biesiadzie dom Werki i ogród wokół były w stanie nadającym się do zamieszkania i nie wymagały generalnego remontu. W naszej rodzinie dzieci były oczkiem w głowie rozpieszczane na potęgę, chociaż staraliśmy się wychować je w miarę twardo. Bez większego skutku, rzecz jasna.
Cała siódemka wnucząt babci Teresy, którą kochaliśmy ponad wszystko, była żywą kopią cioci Sandry. Choć ona sama już była mamą dwóch z tych chochlików, którzy właśnie biegali po ogródku, usiłując się wcielić w polskich Indian, Sandra nie zmieniła się nawet odrobinę. Siedziała na schodkach, przebierając śliwki na kompot, który zamierzała później zrobić babcia, i zastanawiała się, czy nie przyłączyć się do tej dziecięcej akcji zabawy. Powstrzymywały ją tylko ostre spojrzenia Werki, która z energią szatkowała pomidory na kolejną sałatkę i narzekała półgłosem:
No serio, Sandra, kiedy ty dorośniesz? Marysia już taka stateczna, ja się trzymam w normie, a ty? Będziesz już wiecznie tak skakać po tym świecie? Na motorach śmigać, wygłupy stroić? No zobacz, dzieci rosną! Co im powiesz za parę lat? Że matka wieczny tomcio-paluch?
Daj spokój, Werka! Marysia rzuciła pokrywkę na gar i rzuciła tym samym temat gotowania. Mają powód do dumy! Znają kogoś, kto sam rozbiera i naprawia motocykl? Ty potrafisz? Bo ja nawet żurku nie potrafię ugotować. I co, jestem gorsza?
Jesteś świetna, po prostu gotowanie to nie twoja bajka, ale za to sala sądowa ci się kłania.
I o to chodzi! Weronika wyciąga wniosek. Każdy robi to, co potrafi najlepiej.
Dobrze powiedziane! babcia Teresa, która przyszła w połowie naszej dyskusji, wyszła na werandę. Zamarłyśmy, a dzieci też ucichły i patrzyły na babcię jak na królową.
Łał! krzyknęły urzeczone bliźniaki Sandry, cmokając żartobliwie, co było ich jednym z popisowych numerów.
Robi wrażenie!
Przeszła się dumnie przed nami we własnej osobie: nowa sukienka, szpilki te najpiękniejsze, zakładane tylko na specjalne okazje. Dziś właśnie taka nastała.
Cóż, dziewczyny, jak sądzicie: czy kobieta w naszym wieku może pojawić się na randce po czterdziestu latach w takim stroju?
Babciu, wyglądasz cudownie! On będzie pod wrażeniem!
Może bez przesady Teresa teatralnie przechadzała się tam i z powrotem, duma aż biła z jej postawy. Zanim jednak zaczniecie planować pogrzeb, przypomnijcie mi, po co on mnie w ogóle szukał po tylu latach. Przecież nawet nie wiem, o co mogłoby mu chodzić.
Może, babciu, jeszcze mu chodzi o sprawy… sercowe? dorzuciła z udawaną powagą Nastka, piętnastoletnia córka Werki, parskając śmiechem przy tym, połykając kawałek śliwki.
Śmiech rozległ się taki, że koty uciekły z parapetu, a miniaturowy piesek Werki, york Filuś, zaczął piszczeć ze strachu.
Nastka, ty to jednak rozweselasz wszystkich! Weronika otarła łzy z oczu i wróciła do kuchni, a Marysia próbowała uspokoić psa.
Babciu, ale co takiego się wydarzyło wtedy? zapytała w końcu Marysia, a dzieciaki wyczuły intuicyjnie powagę chwili i zniknęły gdzieś w ogrodzie.
Maria, myśmy mieli wtedy prawdziwy romans… Babcia wypowiedziała słowo romans z takim przejęciem, że Nastka znów nie mogła powstrzymać śmiechu.
Ale miałam szesnaście lat! Co tu dużo mówić wariatka. Nastka w ciebie, Werka, cała. Piękna, mądra, ale niech wie już teraz, co znaczy rozczarowanie i czym ryzykuje, zawierzając za wcześnie chłopakom. Czy się mylę?
Siedziałyśmy wsłuchane jak bajki na dobranoc. W oczach Nastki można się było przeglądać oczy dokładnie takie same, jak u Teresy. Choć formalnie nie były spokrewnione Werka, Marysia i Sandra nie miały z babcią więzów krwi Teresa była naszą matką w każdym sensie poza biologicznym.
Weszła w nasze życie po stracie mamy. Tata był wtedy całkiem zagubiony, rozbity. Werka musiała nagle dorosnąć. Miała osiem lat i zajmowała się nami wszystkimi: pięcioletnią mną i dwulatką Sandrą, która robiła zawsze największe zamieszanie.
Babcia ze strony mamy przyjechała pomagać, ale po dwóch miesiącach oznajmiła, że jest już zbyt zmęczona i może wziąć tylko jedno dziecko, najlepiej najstarsze. Werka była bliska załamania. Nigdy babci nie przeszkadzał aż tak chaos, a teraz nagle…
Szczęśliwie nie doszło do żadnej rozłąki. Babcia odjechała do siebie, a tata i tak nie był w stanie się nami zająć. Po kilku miesiącach pojawiła się Teresa.
Wszystko przez to, że Sandra się rozchorowała. Werka zgłosiła się do ojca, aby przyprowadził lekarza. On, zamknięty w swoim świecie bólu, w końcu zareagował. Teresa była pediatrą, więc miała dyżur w naszej przychodni. Z miejsca oceniła sytuację i zadzwoniła po karetkę, a potem zabrała nas do szpitala. Ojca ustawiła do pionu jednym zdaniem. I od tej pory była skałą mądra, ciepła, a przy tym z taką energią, że wszystko zaczęło się układać.
Dla nas była przyjaciółką. Nigdy nie chciała, byśmy mówili na nią mamo. Po prostu Teresa. Trzymała nas w ryzach, ale nie narzucała się. Mnie, która najsilniej trzymała się wspomnień mamy, przekonała delikatnością i stanowczością.
Do dziś, choć minęło już tyle lat, jestem wdzięczna losowi, że ją nam zesłał. Gdy ojciec zginął w tragicznym wypadku rok po ślubie z Teresą, to ona stała się naszym prawdziwym domem.
Teresa nie miała własnych dzieci przez zdrowotne komplikacje. Ale traktowała Weronikę, Marysię i Sandrę jak swoje córki. Załatwiła adopcję, żeby prawnie nikt nam jej nie odebrał, pracowała podwójnie w dwóch klinikach, żeby nam niczego nie brakowało.
Kupowała Sandrze ochraniacze i motocykl, choćby musiała sprzedać letniskową działkę pod Piasecznem. Załatwiała Marii staż u reżysera w teatrze, kiedy tej się wydawało, że chce być aktorką. Wspierała Weronikę, która jako jedyna była stateczna i zawsze czuła się odpowiedzialna za wszystkich.
Czas płynął, dzieci dorosły. Każda poszła swoją drogą ja na prawo, Werka do administracji, Sandra stworzyła warsztat motocyklowy. Wnuków przybywało, a nasza rodzinna energia las śmiechu, kłótni i żartów nie malała.
Trzy dni temu wydarzyło się jednak coś, co przewróciło cały mój świat do góry nogami zadzwonił dawny znajomy babci. Głos, który gdzieś z odmętów czasu przywołał wspomnienia. Babcia wypuściła z rąk ulubioną filiżankę herbaty, ledwo trafiła do fotela, a na moje pytania wołała po pomoc Weronikę przez komórkę: Potrzebuję wsparcia! Natychmiast! Wpadłyśmy wszystkie, Sandra nawet zostawiła motocykl na środku podjazdu.
Babciu, co się dzieje?
Dziewczyny, ja chyba oszalałam!
Zawsze byłaś trochę szalona skwitowała Weronika.
Potem przez dwa dni nie rozmawiałyśmy o niczym innym jak tylko o tej randce. Jak to możliwe, że po tylu latach los znowu ich zbliżył?
W sobotę, kiedy babcia szykowała się na wielkie wyjście, zaczęłyśmy śmiać się do łez: okazało się, że wnuki dorwały się do kolorowych markerów i jej oczy osiągnęły ekspresję nieznaną dotąd makijażystom. Włosy piętrzyły się we florystycznych kompozycjach, cała wyglądała jak diva z lat 70.
I gdy przyjechał elegancki pan z Krakowa, przywitał się, stojąc wręcz na jednej nodze ze zdziwienia, bo drugą z wrażenia zapomniał postawić na schodku. Nasz śmiech poniósł się po całym domu.
Cóż, kiedyś byłem kędzierzawym narwańcem, dziś jestem łysy powiedział, śmiejąc się serdecznie. Ale miło cię widzieć, Tereso!
Babcia była onieśmielona, ale uśmiechnęła się tak, że wszyscy od razu wiedzieliśmy, że to dobry człowiek. Cała rodzina usiadła potem do herbaty, a wieczór był początkiem nowej historii. Nie wiem, co z tego wyniknie ale jedno jest pewne: dobrych ludzi nigdy za wiele.
Zawsze uczyła nas, by nie oglądać się za siebie i przewracać kartki w swoim życiu dalej, nawet jeśli koniec wydaje się przewidywalny.
Kto wie może to będzie dla babci nowy początek? Ja wiem tylko jedno. Gdy przytuliłam ją jeszcze przed wyjściem, powiedziałam szeptem:
Babciu, nie bój się niczego. Jesteśmy z tobą! I trzymamy kciuki.
I naprawdę tak czuję.







