Wielki rozwód
Dokładnie cztery lata wytrzymałem z Martą Łukaszewicz w małżeństwie. Próbowałem z całych sił odegrać historię o wiecznej miłości, ale oboje szybko zrozumieliśmy, że rodzinne szczęście nie dla nas. Rozwód wisiał w powietrzu.
I co, tak po prostu się rozwiedziecie i koniec? spytała Marzena, najlepsza przyjaciółka Marty, gdy poszliśmy razem zjeść na pocieszenie zapiekanki na dworcu.
Tak. A co nam innego zostało? Przegadaliśmy wszystko. Będzie lepiej dla nas obu
Ja nie pytam o sam rozwód, raczej o wydarzenie! Powinniście to uczcić. Postawić grubą kreskę, jak należy.
Ja od tygodni jestem w nerwach, nie musisz jeszcze pogarszać sprawy odparła obrażona Marta, zapiekanką z pieczarkami i sosem czosnkowym zagryzając stres.
Kochana, ja nie o tobie, ja o twoim rozwodzie! Wasze wesele było wypasione, do dziś spłacam ratę za kieckę. To czemu nie urządzić rozrywkowego rozwodu? Restauracja, orszak, wodzirej, spalenie symbolicznego mostu! Chętnie bym poświętowała…
Naprawdę można?
Trzeba!
Ale ja nie mam kasy. Zaraz trzeba będzie dzielić majątek, ręczniki rwa się na połowę.
Też się tym przejmowałam mam znajomą, która imprezę zrobi nawet za worek ziemniaków. Resztę dostaniesz w prezentach rozwodowych. A zanim przejdziemy do wielkiego święta, wymyślmy coś na babskie pożegnanie z małżeństwem.
Czyli umówimy się z dziewczynami i i tak żadna nie przyjdzie, bo mąż, dzieci, sprawy?
To by był ideał!
Następnego dnia z Martą pojechaliśmy do biura organizatorki, która nazywała się Justyna. Ale dziwnym trafem spotkaliśmy ją w galerii, za kasą naleśnikarni, gdzie jednocześnie obsługiwała klientów i odbierała zamówienia.
Pomożesz? pyta Marzena, streszczając sprawę.
Bez problemu! Już widzę ten scenariusz odpowiada Justyna z błyskiem w oku. Panna młoda, piękna, żałobna sukienka, składa przysięgę, że nigdy przenigdy więcej. Pan młody w swoich nieśmiertelnych dresach, wreszcie może chodzić w nich cały tydzień. Potem cała ekipa idzie do lombardu, wystawiając obrączki. Goście krzyczą: Wytrawnie!, Słodko!. Ech, jeszcze się zastanowię rzuciła nagle, po czym ryknęła: Zamówienie numer pięćdziesiąt dwa gotowe!
Mąż Marty, Tomek, zaskakująco zareagował entuzjazmem, za to rodzice obu stron stanowczo protestowali.
To jakieś wasze nowomodne wymysły. My, jak się rozstawaliśmy, to w ciszy, a potem już tylko się nienawidziło do końca życia marudzili rodzice. Na wasz rozwód złotówki nie dostaniecie.
Po tygodniu wszystko dopięliśmy z Justyną na ostatni guzik. Uroczystość rozpoczynała się od wykupu Tomek musiał wydostać się z mieszkania, przechodząc przez kolejne zadania: konkursy, piosenki, żarty, a jak nie dawał rady musiał płacić wykup kartoflami, tylko żeby szybciej się wyniósł. Ponieważ mieszkaliśmy na dziewiątym piętrze, pozwoliliśmy mu wziąć windę, dorzucając tam torbę z jego rzeczami i świadka.
Fotografem został kuzyn Justyny, policjant z drogówki, który wszystko skrupulatnie dokumentował. Takiej dokumentacji po rozwodzie nie miał nikt inny w Krakowie.
Teraz czas do urzędu stanu cywilnego! ogłosiła Justyna, gdy już wszyscy zeszli na dół.
Nową tradycją było to, że Łukaszewiczowie wsiadali do auta razem, żeby po papierach pojechać w osobnych kierunkach. Goście dostali bilety MPK, drobniaki na biletomat i miejsce w aucie fotografa, w którym po drodze trwały quizy: Komu zostały łyżki?, Kto płaci alimenty? Zameldowaliśmy się w urzędzie stanu cywilnego, śpiewając gromko: Jestem wolny! do melodii starego hitu Dżemu.
Po wbiciu pieczątek, rozpad komórki społecznej został oficjalnie zatwierdzony. Justyna wyciągnęła spod kurtki gigantyczną klatkę i zaproponowała złapanie gołębi na symbol wolności. Ludzie śpiewali, bawili się, cieszyli z nowo upieczonych rozwodników. Koledzy szczerze gratulowali Tomkowi i z lekką zazdrością życzyli powodzenia na nowej, wreszcie własnej drodze. Ich żony oburzały się, a potem łapały bukiet ułożony z rachunków za gaz i prąd.
Ale balują! Jakby na to długo czekali zauważył jakiś facet z innego wesela.
Nie, oni się właśnie rozwodzą poprawił ktoś z boku.
Widząc szczęśliwych Łukaszewiczów, wiele par zawiesiło decyzję o własnej ceremonii.
Po przecięciu kłódki na pobliskim moście i zastawieniu obrączek w lombardzie (by opłacić część imprezy), cała ekipa ruszyła na obiad. Czekała tam stara znajoma orkiestra z Domu Kultury, bliny z miodem i biznesowy obiad za sponsorskie wsparcie Naleśnikarni pod Piątką, gdzie pracowała Justyna. Nawet tort był zrobiony na bazie naleśników.
Jak na stypie westchnęła Marta, zerkając na otoczenie.
Dziś grzebiemy twoje małżeństwo zażartowała Justyna, pełniąca funkcję wodzirejki, i poprosiła już nie tak młodych o ostatni wspólny taniec.
Rozbrzmiał Chopin.
Całkiem nieźle wyszło powiedziała Marta do Tomka w trakcie walca.
Racja, pierwszy raz widzę, że nasi rodzice się dogadują odparł Tomek.
Zakręcili się w tańcu i Marta zobaczyła, jak jej ojciec ściska się z ojcem Tomka choć wcześniej nie mógł ich zobaczyć razem w jednym pokoju. Śpiewali coś cicho, łezki w oczach, choć zawsze byli wrogami.
Stół uginał się od prezentów. Były tam jednoosobowe komplety pościeli, bilety na koncerty, hantle, zastawa dla singla, karnety na jogę, siłownię czy voucher do klubu kabaretowego Na koniec wręczono rozwiedzionym dwa zestawy kluczy do różnych pokoi hotelowych w innych dzielnicach miasta, rabat do Naleśnikarni pod Piątką i talony na darmowy kurs samochodowy w nowej szkole jazdy.
Finałem był fajerwerk, tort promocyjny. Zadowoleni goście rozeszli się do swoich domów żon, mężów i dzieci, a my z Martą poszliśmy już własnymi drogami.
Trzy tygodnie później był gotowy fotoalbum. Tomek wpadł odebrać swoje obcinaczki do paznokci.
Fajnie wyszedł ten rozwód zauważyłem, przeglądaliśmy czarno-białe zdjęcia z imprezy, radosne twarze i śmieszne kadry.
Fakt przyznał Tomek. Zmieniasz nazwisko?
Nie chce mi się. Przywykłam. A Dziurdziak wcale nie brzmi lepiej.
Słusznie uśmiechnął się. To ja idę już?
Poczekaj chwilę
Popatrzył pytająco.
Może pójdziemy na naleśnika? Nasze kupony właśnie tracą ważność, trochę szkoda
Szkoda zgodził się Tomek. Wiesz, że naleśnik to symbol odnowy? Może to jakiś znak? Czyli takie randkowe spotkanie?
Myślisz Marta zawiesiła głos myślisz, że po takim spektakularnym rozwodzie to nie pomyłka? Słyszałam, że nawet w TV o nas mówili
Nikomu nic do tego. Jesteśmy wolni. Możemy być razem albo osobno. A swoją drogą, słyszałaś? Za tydzień rozwodzą się świadek i świadkowa. Zaprosili nas. Chcesz iść ze mną?
Pomyślę uśmiechnęła się Marta. Mam od nich komplet pościeli będzie co dać w prezencie.
Po tej historii nauczyłem się, że nawet koniec można uczcić z humorem, a nowy początek smakuje lepiej ze spokojem w sercu i naleśnikiem z serkiem waniliowym.







