Basia
Sylwia, zwariowałaś! Pani Halina cię z tego świata zdejmie za coś takiego!
Mania, a co miałam zrobić? Wyrzucić go? Przecież szkoda, żywy jest!
On to jeszcze żywy, ale o tobie to już nie będę pewna, jeśli go zostawisz.
Maniusiu, kochana, przecież to tylko kociak, nie tygrys. Niech trochę u nas pomieszka, proszę?
A co mnie przekonujesz? Mania zaśmiała się, głaszcząc po mikrej główce rudego przybłędy. Myślisz, że mi nie żal? Skąd ty go znalazłaś? Taki chuderlawy, aż strach! Pewnie chory, nawet główki nie trzyma. Skarb!
Wychodziłam dziś ze zmiany Sylwia owinęła kociaka w długi szalik, który Mania drutami wydziergała. Przechodzę przez park, a on leży na ścieżce. Albo sam wypełzł z krzaków, albo ktoś go tam wyrzucił. Śnieg już go przykrywał. Nawet bym go nie zauważyła, gdyby nie był taki rudy. Podniosłam, zimny jak lód, myślałam, że umarł. Ale okazało się, że jednak żyje. Wtedy złapałam go i biegiem do akademika Sylwia się uśmiechnęła, nalewając mleko do emaliowanego kubka, aby je podgrzać. Pani Halina patrzyła na mnie, jak przebiegłam obok niej. Z wrażenia aż otworzyła usta.
To teraz czekaj na wizytę. Oj, Sylwia, oberwiesz od niej! Pamiętasz, jak Lidkę ochrzaniła, kiedy przywiozła kotkę? Prawie ją wyrzuciła. Porządku nie ma! Zwierzaków w akademiku być nie może!
Maniusiu, nie wygadasz się, prawda? Sylwia spojrzała z niepokojem w drzwi. Jakby przyszła beze mnie, schowaj go, proszę. Ja tylko podgrzeję mleko i wracam.
Leć już! Mania zgarnęła z biurka szalik z kotem i wysypała z własnego koszyka robótkę. Nic nie widziałam, nic nie wiem, nic nie powiem! zanuciła, zamykając klapę koszyka i mrugnęła do Sylwii. Idź, nie bój się!
Sylwia wyszła, a Mania zajrzała do koszyka i pokręciła głową:
Szczęście ci się trafiło, rudzielcu! No, oddychaj. Sylwia dobra dziewczyna, jak ci się coś stanie, będzie długo płakała. Po co mi to?
Kociak milczał. Oddychał ledwie, leżał z zamkniętymi oczami i na słowa Mani w ogóle nie reagował.
Pokój powoli pogrążał się w mroku. Zapadał zimowy wieczór, ale Mania nie zapalała światła. Uwielbiała tę porę. Cały wieczór przed nią. Kiedy pracujesz na drugą zmianę, wracasz i od razu spać. A tak można poczytać albo pogadać z Sylwią, przynajmniej pytać ją o tego jej Michała. Mania westchnęła. Sylwii to dobrze! Ma chłopaka, zaręczył się z nią. A ona, Mania? Nikogo nie ma. Kto by takie drągalstwo chciał? Sylwia to delikatniutka, jak laleczka, z oczami jak morze i warkoczami po pas. A Mania? Babcia zawsze mówiła na nią siłaczka, jak jednym ruchem potrafiła zaprowadzić porządek między trzema zadziornymi braćmi. Teraz już dorośli, najstarszy się nawet ożenił i dobrą dziewczynę sobie wybrał. Na ślub do rodzinnej wsi Mania pojechała, a sama dalej sama. I nikogo nawet na horyzoncie. Za bardzo rzuca się w oczy na tych miejskich chłopaków wysoka, postawna, a gdzie znaleźć takiego siłacza, żeby ją dorównał? Może dobrze, że babcia woła do domu? Ale co by tam robiła? Chłopaków w tej wsi już nie ma, pracy też jak na lekarstwo. Tylko ta farma została Na co się uczyła? Tu, w zakładzie, ją cenią, szanują. Nawet wczasy przydzielili. Mania potrząsnęła głową. Wyjść za mąż jeszcze zdąży, nie może być, żeby nikogo nie znalazła!
Sylwia wróciła, szukając pipetki, żeby nakarmić kociaka. Ze spodka nie potrafił pić, wpychał pyszczek, ale nie miał sił lizać. Mania odłożyła książkę, przejęła rudzielca z rąk Sylwii.
Daj tu!
Nabrała mleka do pipetki, przytrzymała kocie łebka palcami, otworzyła mu siłą pyszczek i syknęła:
Pij! Nie po to cię tu przyniosła, byś z głodu zdechł!
Kociak się dławił, kaszlał, ale pić zaczął.
Nazwali go Wacek. Pani Halina przez prawie rok nie wiedziała, że w pokoju dziewczyn mieszka ktoś jeszcze, dopiero gdy zobaczyła, jak przez uchylone okno na parterze wpadła ruda błyskawica z puszystym ogonem.
Co się tu dzieje?!
Na jej krzyk całe akademik poderwał się na nogi.
Pani Halinko, proszę! Przecież pani nawet nie wiedziała, że mamy kota! Taki grzeczny! Myszy łowi!
Jakie myszy? Jakie myszy?! Tu nie ma żadnych myszy! Tu jest wzorowy akademik!
Akurat! Mania splecionała ręce na szerokiej piersi i zmrużonym okiem spojrzała na panią Halinę, nogą przesuwając Wacka za siebie. I myszy mamy wzorowe, okrągłe i utuczone! Wacek rano przynosi pod moje łóżko rządkiem. Następnym razem pokażę. Niech pani dyrektor zakładu zaprosi nawet, żeby sukcesy obejrzał.
Maria! Dogadasz się! pani Halina już ciszej spojrzała na Sylwię. Twój pomysł? Jak wyjdziesz za mąż, to co z nim zrobisz? Weźmiesz?
Nie wiem Sylwia przytuliła kota. On mnie kocha, ale panią Manię uważa za panią domu. Będzie tęsknił
Phi! pani Halina parsknęła śmiechem, patrząc na niepewną Sylwię. Jak o chłopie mówisz, naprawdę. Sylwia, to kot! Gdzie mu dają jeść, tam jest dobrze.
Oj, niech pani nie mówi. Ja się staram, a on i tak do Mani lgnie. Sylwia oddała kota sąsiadce i objęła panią Halinę. To jak, może być?
Kombinatorka jesteś! pani Halina wzruszyła ramionami i pogroziła palcem. Ale żeby ani widu, ani słychu! Bo jak nas razem wyrzucą, to nam się należało.
Wesele Sylwii odprawili jak się należy i Mania została sama z Wackiem. Dni wolniej płynęły, smutniej. Pani Halina nie spieszyła się z dokwaterowaniem nowej osoby. Stary akademik chylił się ku końcowi, dziewczyny po cichu wzdychały, marząc o nowym. Budowa to się toczyła, to stawała, ale powoli zmieniała się w rzeczywistość. Mania z innymi dziewczynami co sobotę szła tam pomagać. Chodziła po pustych korytarzach, wyobrażając sobie, jak będzie, kiedy skończą. To właśnie tam poznała, jak wtedy myślała, swój los.
Aleksy jak ona przyjezdny, został w mieście po śmierci rodziców. Bez własnego kąta, ale życie tu było lepsze. Dziewczyn wiele wokół, ale Aleksy szukał żony. I to nie byle jakiej, tylko z posagiem, mieszkaniem, żeby miał kto pomóc. Mania nie spełniała tych warunków, ale nie mógł przejść obojętnie obok takiej urody, gdy spojrzała na niego z góry i przeszła obok z gracją.
Na początku jego zaloty bawiły Manię.
O rany! Co ja z takim? Po głowie będę go gładzić. O głowę niższy ode mnie! śmiała się, opowiadając o Aleksym Sylwii, która wpadła w odwiedziny.
Mania! Czy rozmiar się liczy? Jaki z niego człowiek?
Nie wiem Mania spuszczała poważnie wzrok. Nie wiem, Sylwia.
Wpatrywała się, jak Sylwia z trudem podnosi się, głaszcze Wacka, rozciągniętego na łóżku, dłonią obejmując spory brzuch.
Ciężko? Mania wyciągała słoik miodu, przysłany przez braci.
No nieźle. Wiesz, dziwne uczucie. Jakby się na dworcu stało i czekało na pociąg do lepszego życia. Och, już by się chciało ruszać! Sylwia przyjęła miód, ucałowała przyjaciółkę i pomachała kotu. Pa, Wacek. Pilnuj jej!
Może przez Sylwii brzuch, może przez Mani samotność, Aleksy zaczął coraz częściej bywać wieczorami. Wacek nie znosił go od początku. Na widok Aleksego fukał i wyginał grzbiet w łuk, a potem wskakiwał na parapet, siedział, machając ogonem, gotowy w każdej chwili rzucić się na gościa. Mania otwierała okno, wypuszczała kota, wiedząc, że nocą wróci i znów długo nie pozwoli się pogłaskać. Co się z nim dzieje, Mania nie rozumiała.
Zazdrosny? wzruszała ramionami, odpowiadając na pytania pani Haliny, do której Wacek zaczął przychodzić, gdy Mania miała gościa.
Może i zazdrosny. A może coś czuje. Mania, bądź ostrożna z tym twoim. Obiecuje, a potem zostawi co wtedy?
Pani Halino, nie będzie tak. Nie wierzę w to.
Eh, dziewczyno pani Halina wzdychała, ale nie ciągnęła tematu. Twoje życie.
I Wacek miał rację, i pani Halina.
Poranne mdłości Mania zignorowała. Kiszony kefir, grzyby od bratowej Tak się złożyło. Ale mijał tydzień, drugi a Mania ciągle chciała spać i jeść. Spotkała Sylwię z wózkiem, poskarżyła się i dopiero wtedy zrozumiała.
Mania! Jak ci się udało?! Sylwia złapała się za głowę. Jaki termin? Jemu powiedziałaś?
Mania zamarła. Myśli jakby dzwoniły w głowie, a gdzieś daleko, prawie poza świadomością, usłyszała cichy głos pani Haliny: “Eh, dziewczyno… Uważaj!”. I ten głos przywrócił ją do porządku. Pokręciła głową i podreptała do domu. Trzeba było powiedzieć Aleksiemu. Wesołe życie się skończyło, trzeba myśleć o przyszłości.
Ale przyszłość miała być samotna.
Przepraszam, Mania, ale nie dam rady. Skąd mam wiedzieć, że to moje dziecko? Nie zgadzam się. Aleksy odtrącił kota, który skoczył na niego i ostro kopnął. Idź!
Wacek, choć pokiereszowany, doczłapał do Aleksego i chwycił go za nogę. Wrzeszczał facet, a Mania, ku własnemu zdziwieniu, parsknęła:
Wypuść go, Wacuś! Jeszcze się zatrujesz takim śmieciem. Niepotrzebny nam on w domu, niech idzie.
Jeszcze długo siedziała sztywno na krześle, patrząc w drzwi. Wacek kręcił się wokół nóg, aż wspiął jej się na kolana czego mu zwykle nie pozwalała i długo siedział, mrucząc cicho, aż Mania go przegoniła.
Koniec smutania. Chce mi się herbaty. Ciepłej.
Syna Mania zapisała na siebie. Spojrzała twardo na dziewczynę w urzędzie, wpisującą dane do aktu urodzenia.
Ojca nie ma. Nigdy nie było. Jest matka. Wystarczy?
Sylwia przygotowała Maćkowi wyprawkę, a pani Halina znalazła u znajomych wózek oraz parę razy poszła do dyrekcji, by Mani wywalczyć lepszy pokój. Ale budowa znowu stała i dyrektor tylko rozkładał ręce.
Z chęcią bym dał, ale nie ma jak. Poczekajcie, zobaczymy.
W pokoju było zimno, jak Mania się nie starała. Dlatego nie przeganiała kota od synka, który natychmiast uznał, że ten mały krzyczący zawiniątek jest już jego i będzie go pilnować. Przysiadał przy Maćku i dziecko milkło, czując pod bokiem ciepło rudej niańki. Mania patrzyła na tę kocią troskę, śmiała się i, choć o jedzenie było ciężko, znajdowała coś dla kota. Gdyby nie wsparcie braci, nie dałaby rady. Aleksy zniknął z miasta i dobrze. Pomocy nie będzie, po co się zadręczać? Wyrzuciła go z pamięci, zostawiając sobie tylko najważniejsze syna.
Rodzina przyjechała w całości, jak tylko Mania i syn opuścili szpital.
Ale policzki! Cały tygrys, nasza Mania!
Mania słuchała i po raz pierwszy od dziecka miała łzy w oczach z ulgi, choć płakać nigdy nie zwykła. Nikt jej nie potępił, nikt słowem nie wspomniał o wpadce. Wręcz przeciwnie, żona brata objęła ją w kuchni i szepnęła:
Dobrze, że urodziłaś! Teraz nie będziesz sama. A dobry chłop się znajdzie, Mania, nawet nie myśl. Nie wszyscy to byle kto. Synka tez wychowamy, nie martw się.
Rodzina dotrzymała słowa. Co dwa tygodnie któryś z braci przywoził Mani i synowi coś pysznego. Mania rozpakowywała kosze, ukradkiem ocierając łzę. Jak mało człowiekowi trzeba: po prostu wiedzieć, że nie jest sam. Że ktoś kocha i zawsze pomoże. Że, jak trzeba, przyjmie twoje dziecko jak swoje. Czasem Manię wkurzały te łzy, ale zawsze cieszyła się, że nie jest sama.
Żłobek dla Maćka był ciężką próbą. Często chorował, a Mania rozdzierała się między pracą a domem. Gdyby nie pomoc pani Haliny i Sylwii, rzuciłaby wszystko i wróciła na wieś. Ale tam musiałaby mieszkać z rodziną brata, czego nie chciała. Więc odwlekała decyzję.
Siedząc przy łóżeczku Maćka, kiedy spał rozpalony, Mania nie mogła nie myśleć o niespełnionej miłości. Już dobrze wiedziała, czego chce od mężczyzny, który może się gdzieś pojawi. Nie chciała już słodkich słówek, achów, westchnień i pustych obietnic, którymi Aleksy tak sypał. Potrzebowała kogoś, kto po cichu zrobi jej herbatę i wyśle spać: “Idź, ja posiedzę z synkiem”. A potem w niedzielę pójdą do zoo i kupi Maćkowi balonik. Pochwali zupę i kotlety, przybije półkę, co od miesięcy leży w kącie. Kogoś, kto będzie obok. Tylko tyle.
I właśnie to miała być dla niej rodzina. Taka, jak trzeba.
Sen przychodził do Mani nieproszony, odganiał zmartwienia. Zasypiała przy stoliku obok łóżka syna, przegięta w pół.
W jedną z takich nocy stało się coś, co wywróciło Mania świat do góry nogami i w końcu postawiło kropkę w jej skomplikowanym życiu.
Maciek już trzeci dzień miał gorączkę. Temperatura nie chciała spadać, Mania ledwo trzymała się na nogach. Lekarka z przychodni, mieszkająca w sąsiednim bloku, przychodziła co dzień bez wezwania, badała dziecko i kiwała głową.
Robi pani wszystko dobrze. Organizm silny, musi sobie poradzić. Poczekamy.
Mania nie wypuszczała syna z rąk. Gdy zasypiał, zaraz budził się z płaczem, łapiąc się za obolałe ucho. Wieczorem pani Halina przyniosła świeży rosół i przytuliła Maćka, przykładając policzek do gorącego czoła.
Ale gorący!
Nie chce temperatura spaść, jak bym się nie starała.
A może to dobrze? Lekarz mówi, że jak jest, to znaczy, że organizm walczy.
Wiem. Ale serce się kraje, jak tak płacze. Mały jest, boli go.
Przejdzie! Ale jak się rozedrzesz do końca, to sama mu nie pomożesz, tylko zaszkodzisz. Zjedzcie i idź spać. Rano będzie lepiej.
Mania przytaknęła, przygotowała kompres na ucho, a pani Halina wyszła.
Wacek przy Maćku w łóżeczku kiwał ogonem, nie dając mu złapać za niego. W końcu Maciek przytulił się do kota i zasnął jeszcze zanim Mania skończyła z opatrunkiem. Nie budziła go już lepsze, że śpi.
Sięgnęła po garnek z rosołem, zamknęła za sobą drzwi i poszła do kuchni podgrzać. Stała przy kuchence, gdy coś się rozbiło, a potem rozpłakał się Maciek. Rzuciła garnek i pobiegła. Weszła do pokoju i zamarła ze strachu krzycząc, chwyciła stojący taboret i pobiegła na pomoc kotu. Olbrzymi szczur walczył na śmierć i życie. Wacek kręcił się wokół niego rudą błyskawicą, ale miał już porwane ucho i bok rozcięty. Mania już zamierzała zamachnąć się taboretem, ale Wacek w ostatniej chwili podskoczył i złapał szczura za gardło. Tak mocno, że nie mogła go oderwać od już martwej zdobyczy.
Wacuś, mój kochany, puść już, dobrze, wygrałeś!
Kot zapiszczał, puścił szczura, by zaraz powoli poczołgać się do łóżeczka, gdzie płakał Maciek. Mania podbiegła zamarła. W łóżeczku obok dziecka leżał drugi szczur, mniejszy, lecz dla niej ogromny. Wyrwała Maćka, otworzyła drzwi i krzyknęła na cały korytarz:
Pomocy!
Po godzinie, otulona synkiem, pojechała do pani Haliny. Ta dała Mani klucz do własnego mieszkania i obiecała dopilnować kota.
Coś okropnego! Szczury! Tyle razy już działali przeciwko nim! pani Halina była wściekła, bo zawsze dbała o porządek w akademiku, ale nic nie dało się zrobić z rozpadającym się budynkiem.
Posprzątała pokój Mani, zabrała Wacka do dyżurki i zajęła się opatrywaniem ran kota.
Bohaterski z ciebie kot, Wacek! Dobrze, że cię wtedy zostawiłam! Nie znajdzie się takiego w całym mieście.
Wacek leżał, ciężko oddychając, nawet nie próbował się wylizywać. Nie chciał jeść, a pani Halina wiedziała, że to źle. Rano, po zmianie, pojechała do Mani:
Popilnujesz Maćka? Mania zaczęła się gorączkowo zbierać. Gdzie tu u nas weta znaleźć dla kota?
Znam! Na rogu naszego osiedla. Leć!
Mania wypadła prawie biegiem do akademika. Wacek leżał na dywanie pod jej łóżkiem, wyciągnięty, oddychał cicho.
Wacuś, wytrzymaj! Już, lecę!
Dobiegła do lecznicy, odsunęła na bok młodą dziewczynę w białym fartuchu i zażądała:
Weterynarza! Najlepszego! Natychmiast!
Dziewczyna próbowała coś odpowiedzieć, ale spojrzała na Manię i skinęła głową, wskazując ławkę.
Proszę usiąść.
Mania trzymała Wacka, wyłapując każdy oddech, już prawie sama miała szukać weterynarza, gdy otwarły się drzwi. Stanął w nich prawdziwy olbrzym.
Co tu mamy? głęboki bas tak ją zaskoczył, że nie odpowiedziała od razu.
Ocknęła się i podała kota.
Oto
Kto mu to zrobił? lekarz łatwo przejął kota z jej rąk.
Szczury.
Ale porządny kot. Wypuszczacie go?
Nie, w pokoju!
Niesamowite.
Długo będzie pan wypytywał? On ratował mojego syna! Proszę mu pomóc!
Bez krzyku. Przedstawiam się jestem Sergiusz. A pani?
Mania!
No dobrze, to zapamiętane. Proszę nie krzyczeć, lepiej spokojnie rozmawiać.
Weterynarz pokręcił głową i uśmiechnął się:
Pomożemy temu bohaterowi! Proszę się nie martwić.
A kilka lat później wielki rudy kot cicho wejdzie do pokoju dziecięcego, obejdzie go, wskoczy do łóżeczka przy kanapie, gdzie będzie spała mała Alenka. Dziewczynka poczuje przy boku ciepły puch, odwróci się i wplącze palce w gęstą sierść. Wacek zamruczy, śpiewając jej swoje mruczando, a ona zaśnie jeszcze głębiej. Rodzice przyjdą potem, Mania poprawi koc synkowi, naciągnie skarpetkę na małą, przytuli się do męża:
Dobra z niego niańka, co, Sergiusz?
Lepszego nie ma Sergiusz podrapie za kiedyś przez niego operowanym uchem kota. Dobrze, że wtedy na mnie nakrzyczałaś i dobrze, że trzy dni nad nim czuwałem. Takie koty to skarb.
On już jest na wagę złota. Widzisz, aż się świeci.
Wacek przytuli pyszczek do Mani dłoni, wyciągnie się obok Alenki, obejmując ją łapą. Mania zgasi lampkę i pociągnie męża do siebie, cicho zamknie drzwi do dzieci. Jej dzieci nigdy nie bały się ciemności, bo przy nich zawsze był Wacek. A przy nim nie trzeba się bać.







