On się znalazł w jakimś dziwnym, krakowskim śnie. Najpierw była cisza może to były Tatry, może Kazimierz, nigdy już nie był tego pewien. W każdym razie, pośród wirujących świateł i odgłosów blaszanych, roztrzaskał się samochód, a jego nogi zamieniły się w plątaninę drewna, waty i waty cukrowej. W końcu wszystko się urwało.
Były plany, które w tym śnie wyglądały jak odbite w smudze na szybkim tramwaju dyrektorska posada w solidnej warszawskiej firmie, grube wypłaty w złotówkach spadające z nieba, wyjazdy z żoną na stoki narciarskie w Białce Tatrzańskiej. Weekendowe spotkania z przyjaciółmi, piwo z beczki w podziemiach Starego Miasta. To wszystko… Po prostu się zwinęło jak dywan.
Lekarze w szpitalu na Kopernika poskładali mu nogi jak puzzle, wręczyli mu kilka kartek, receptę i wypisali do domu. Co mogli więcej? Pozostawało już tylko liczyć na szczęście i łaskę Matki Boskiej Częstochowskiej. Modlił się więc po swojemu, a nocą krzyczał i kłuły go lekarstwa. Dwa zastrzyki dziennie w brzuch, rano i wieczorem, dawały trochę odpoczynku od rozsadzającej rzeczywistości.
Przez kilka surrealistycznych miesięcy nie opuszczał łóżka, wciągał powietrze przez zęby i korzystał z kaczek szpitalnych. Żona biedna Marzena latała wokół niego z czym mogła. Z czasem, powoli, zaczął się podnosić, robić pierwsze kroki z chodzikiem. Ból wracał dziesięciokrotnie silniejszy, obejmował ciało, a myśli zwijały się jak ślimaki po asfalcie.
Wiecie, czym są zastrzyki w brzuch, jeśli leżycie tygodniami na starych materacach, bez ruchu? To taki stan, że nie możesz kichnąć, nie możesz kaszlnąć, nie możesz normalnie, z Bożą pomocą, pójść do łazienki… Potrzebne są wtedy żelazne nerwy, ale jak tu mieć nerwy, kiedy każda żyłka już przetarta, a siły znikają jak topniejący śnieg?
Ale czas płynie nawet w snach. Uczył się powoli chodzić. Potykał się, prawie padał na twarz przy każdym kroku, ślizgał się po parkietach. Ale to już był postęp. Przyjaciele ci od piwa, tenisa i narciarskich wrażeń rozpłynęli się kompletnie. Telefon milczał. W firmie, na jego miejsce i stanowisko prezesa zatrudnili kogoś innego, za jeszcze grubsze złotówki.
Proszę wybaczyć, jakie tu mogły być jeszcze perspektywy? Niebotycznie wątłe. Dobrze, że żona Marzena nie zniknęła w śnie tak samo jak wszyscy.
Pierwszy raz, gdy wyszedł na zewnątrz pod bacznym okiem Marzeny, światło oślepiło go tak, jakby pierwszy raz spotkał się z promieniem. Krzyknął i zalał się łzami. On już nie człowiek sukcesu, ale człowiek na kulach. To wszystko, co mu zostało. Marzena stanęła obok, zostawiając go samego na chwilę. On, czując ciepły wiosenny wietrzyk, próbował zrobić kilka kroków na kulach, rozmazując obrazy wokół siebie jak pastele.
Nagle z dołu rozległo się ciche, kocie miauknięcie. Spojrzał obok lewej kuli siedział mały, bury kotek.
Czego chcesz? zapytał półsennie.
Kot spojrzał na niego żałośnie, jakby ten mężczyzna był wielką puszystą parówką. Poprosił cicho o coś do jedzenia.
Marzena, przynieś mu, proszę, kawałek kotleta powiedział.
Marzena, zamyślona, wróciła z kuchni, podała mężowi smakowity kąsek. Ten schylił się ostrożnie jak żyrafa w parku zoologicznym, podał kotu. Kotek uważnie patrzył, przymierzał, po czym zaczął jeść.
Następnego dnia znowu wyszli na podwórko. Kiedy liczył w myślach, ile dziś kroków zrobi, po bruku już siedziały trzy koty, wpatrując się w niego jak w obraz czarnoksiężnika.
Ale się was narobiło! zażartował.
Nawet ból na chwilę uciekł. Marzena chcąc-nie chcąc znów przyniosła trzy kotleciki, a on, sycząc z bólu, rozdzielił łupy wszystkim.
Trzeciego dnia było już pięć kotów i dwie mikroskopijne pieski jeden chyba miał na imię “Puszek”, drugi “Luna”, bo tak dziwnie szczekali. Marzena wyklinała pod nosem, ale kupiła kilogram parówek w sklepiczku na rogu i rozdzielili je między wszystkich włochaczy.
Zwierzęta żartobliwie zachęcały go do poruszania się biegały wokół jego kul, krążyły w kółko, urządzając zwariowane gonitwy. Złość mieszała się z rozbawieniem, a kroków jakoś przybyło. Pieski skakały i szczekały tym radosnym, polskim szczekaniem dziecięcych zabaw.
Gdy następnego dnia spadł ciepły, wiosenny deszcz, Marzena groziła, że zabierze kule, lecz on stanowczo zszedł na dół. Pierwszy raz schodził bez jej ręki, mokry, zmęczony i szczęśliwy.
Przecież one na mnie czekają powiedział. Jak mam ich zawieść? Muszę być.
Wyszedł, mokły mu włosy, a pięć kotów i dwie małe pieski wirowały wokół niego pod parasolem. On gonił je, szukał równowagi, śmiał się cicho. Żona patrzyła spod parasola, stała przy wejściu do klatki, uśmiechała się przez łzy.
Czas znowu popłynął, a potem potoczył się jak tłusty ślimak. Najpierw była jedna kula, potem żadna same przeszkadzały w zabawie z przyjaciółmi z podwórka. Pewnego dnia zorientował się, że nogi już go nie bolą. Zapomniał, od ilu miesięcy.
W pracy już na niego nie liczyli. Wezwali go, wypłacili wysoką rekompensatę w złotych i rozstali się grzecznie. Czasu miał pod dostatkiem, więc postanowił opisać to wszystko, co mu się przytrafiło choć w snach nawet sens jest inny. Pisał i pisał, jakby wyplatał wieńce z kwiatów, aż powstała gruba sztuka.
Zaczął chodzić po teatrach w Krakowie, w Nowej Hucie, na Krowodrzy. Wszędzie rozkładano ręce.
Nikt nie zadzwonił, nikt się nie zainteresował oprócz jednego malutkiego teatru amatorskiego na Zwierzyńcu, w piwnicy pod starymi schodami do dawnej fabryki.
Po tygodniu zadzwonił do niego reżyser:
Wystawiamy! Tylko trzeba skrócić, coś zmienić, przepisać trochę. Przynieś kartki i kawę.
Miesiąc siedzieli w zaduchu piwnic, kłócili się o każdą frazę. Po miesiącu zaplanowano premierę.
Na widowni maleńkiego teatru, gdzie scena mieściła się pomiędzy rurą a rozklekotanym pianinem, widzów było piętnaście osób. Nawet nie pół sali, ale dla niego to była cała Polska. Dłonie mokre, serce pod brodą sam nie wiedział, czy to jeszcze on. Gdy na scenie padły ostatnie słowa, a kurtyna opadła, zapanowała cisza lodowata i mroczna. Wydawało mu się, że ta cisza to Wieczność.
Po kilku sekundach, które w śnie trwały jak godziny, nagle wszystko eksplodowało w oklaskach. Ludzie wstawali, aktorzy wykrzywiali się do ukłonów, śmiech, brawa, radość.
Drugie przedstawienie pełna sala. Ludzie siedzieli na parapetach, stali w drzwiach, ściskając się w korytarzach. Kurtyna opadła od siły oklasków.
Wkrótce teatr przeniósł się do większego miejsca, już w centrum Krakowa, i tam rozmawiano o sztukach “nowej gwiazdy”. Mężczyzna wreszcie kupił sobie elegancki garnitur i zawsze, co wieczór, wychodził do ukłonów ze swoją żoną. No bo jakżeby inaczej?
Zapytacie, drogie Panie i drodzy Panowie a co stało się z tymi kotami i pieskami z podwórka? Odpowiem wam: dwie pieski i dwa koty zamieszkali z nimi. Trzy kolejne koty rozdały się pośród jego nowych wielbicieli aktorów i sąsiadów z bloku.
O czym była ta historia? O niczym może o wszystkim, kto wie.
A może o tym, że kiedy na dole, tuż przy swoich stopach, zobaczysz oczy pełne nadziei, dziwnych kotów i radosnych psów, nie możesz już się przewrócić. Trzeba iść dalej nawet w bardzo dziwnych snach.







