Tego lipca w Warszawie było tak duszno, że nawet gołębie siedziały na przewodach z rozdziawionymi dziobami. Pracowałam wtedy jako taksówkarka na zlecenia z korporacji, dwanaście lat za kierownicą, i myślałam, że niczym mnie już nie zaskoczy. Miałam kurs ze Śródmieścia na Ursynów, w środku dnia, prawie bez napiwku. Podjechałam pod adres — blok z windą towarową, na trzecim piętrze balkon zastawiony donicami z pelargoniami.
Zamawiała kobieta, głos w słuchawce suchy, jakby odczytywała listę zakupów. Podała numer mieszkania, piętro, nazwisko. I prośbę — żebym podjechała jak najbliżej klatki, bo będą rzeczy. Zgodziłam się, bo akurat nie miałam innych zleceń, a licznik i tak szedł.
Zaparkowałam, wyłączyłam silnik. Przez chwilę patrzyłam, jak gołębie grzebią w śmietniku. Potem sięgnęłam po telefon, żeby zgłosić przyjazd. Nie zdążyłam wybrać numeru — drzwi klatki się otworzyły i wyszła ta kobieta.
Niewysoka. Ciemne włosy związane w ciasny kucyk, okulary w cienkiej oprawce, pod pachą złożony pled. Szła energicznie, ale bez pośpiechu. Za nią mężczyzna w koszuli z podwiniętymi rękawami niósł dwie duże torby w kratę, a obok — starsza kobieta w zbyt ciepłej jak na ten upał kurtce. Ciężko oddychała i co jakiś czas przystawała, jakby czekała, że ktoś ją zatrzyma.
Podeszłam, otworzyłam bagażnik. Mężczyzna postawił torby na chodniku i dopiero teraz na mnie spojrzał.
— Pani tych rzeczy nie bierze — powiedział.
Powiedział to do mnie, ale patrzył na kobietę w okularach. Ta nawet nie drgnęła.
— Rzeczy są zamówione — odpowiedziała. — Pojadą osobno, ja przyjadę drugim kursem.
Starsza kobieta zrobiła dwa kroki w stronę syna, ale przystanęła, bo z klatki wyszedł sąsiad z psem. Pies zaczął obwąchiwać kartonowe pudło, mężczyzna szarpnął smycz, sąsiad mruknął „przepraszam" i zniknął za rogiem. Nikt więcej nie wyszedł.
Mężczyzna pociągnął za klamkę tylnych drzwi. Nie otworzył. Po prostu stał i trzymał tę chwilę tak, jakby chciał ją zatrzymać.
— Halo, porozmawiajmy w domu — powiedział ciszej.
— Rozmawialiśmy w domu — odpowiedziała. — Dwa tygodnie. Teraz kończę.
Wtedy zrozumiałam, że to nie zwykły przewóz. Pasażerka podeszła do bagażnika, podniosła jedną torbę, potem drugą. Robiła to sprawnie, bez szarpnięć. Postawiłam karton — był ciężki. Na wieku napis flamastrem, odręczny: „Katarzyny — nie ruszać".
— Na Ursynów, tak? — spytałam, żeby przerwać milczenie.
— Nie — powiedziała kobieta. — Najpierw do urzędu, trzeba coś załatwić. Potem Ursynów. Do drugiego syna Katarzyny. On tam mieszka, zabierze ją do siebie na jakiś czas.
Mężczyzna znów coś z siebie wydusił, ale wiatr od strony Wisłostrady niósł hałas ronda, więc usłyszałam tylko „mamo" i „nie tak".
Starsza kobieta nie wsiadła do samochodu. Stała przy klatce, obciągała rękawy kurtki, choć było trzydzieści stopni. Potem powiedziała synowi coś, czego nie powinnam pamiętać, ale pamiętam każde słowo:
— Nie zostanę w tej norze, gdzie mi własna synowa mówi, gdzie stawiać szklankę.
Mężczyzna milczał. Pasażerka cofnęła się o krok i wskazała na otwarte drzwi samochodu.
— Wsiadaj, Katarzyno. Taksówka stoi na moim miejscu parkingowym, nie na twoim.
W tej chwili zrozumiałam, że ta sprawa jednym kursem się nie skończy. Starsza kobieta wsiadła, trzasnęła drzwiami, a potem nachyliła się do okna i krzyknęła do syna:
— Zadzwoń do brata!
Jechałam, a one siedziały z tyłu. Ani razu się nie odezwały. Dopiero na Ursynowie, przy bloku z wielkiej płyty, starsza kobieta wysiadła i od razu poszła do klatki, nie oglądając się na synową. Pasażerka zapłaciła gotówką i poprosiła o paragon. Podałam jej paragon fiskalny, potrzymała go pod światło, sprawdzając kwotę. Sto dziewięćdziesiąt złotych.
— To ona teraz u drugiego syna zamieszka? — spytałam, bo torby zostały w bagażniku.
— Tak. Tomek tu mieszka, sam, dwupokojowe. Powiedział, że mama może zostać, aż wszystko się ułoży. — Wyjęła z kieszeni banknot pięćdziesięciozłotowy, podała mi go. — Resztę proszę zatrzymać.
To był pierwszy napiwek od miesiąca.
Potem wróciłam na postój. W radiu akurat podawali o korkach na Marszałkowskiej, a ja siedziałam i myślałam o tej postaci w okularach, która coś załatwiła w urzędzie i odwiozła teściową. Nie wiedziałam, co było w kartonie, ale widziałam — kobieta, zamykając za nami drzwi klatki, ani razu się nie obejrzała.
Minęły trzy dni. Dostałam zlecenie na Bielany, stary rejon z niskimi domami i sklepem rybnym na rogu. Adres wskazywał na dom jednorodzinny z odpryskującym tynkiem i trawnikiem wydeptanym jeszcze od wiosny. Z domu wyszła ta sama kobieta. Taksówki nie zamawiała — po prostu podeszła, kiedy akurat jadłam kanapkę, opierając się o krawężnik.
— Przepraszam, że przeszkadzam. — Wyjęła z torebki niewielką kopertę. — Odwoziła pani moją teściową na Ursynów.
— Pamiętam — powiedziałam, odkładając kanapkę.
— Mąż zostawił u niej dokumenty, zapomniał zabrać, a telefon Tomka nie odpowiada. Boję się, że coś głupiego zrobi, jak zawsze, kiedy się zamyka w sobie. Proszę to tam zawieźć.
Spojrzałam na kopertę. Zaklejona, a w rogu długopisem napisany adres: Katarzyna Wolska, u syna, ulica Puławska 217/34.
— Czemu akurat ja? — spytałam.
— Bo w tej historii jest pani jedyną osobą, która nie udawała, że nie widzi, co się dzieje. — Uśmiechnęła się krótko, bez radości. — A ja nie mam teraz siły znowu tam jechać i słuchać, jaka to jestem zła synowa.
Wzięłam kopertę. Pieniędzy nie proponowała, ale nie o to chodziło.
— A co z mężem? — spytałam, bo nie umiałam inaczej.
— Mąż przeprowadził się do matki na Ursynów, do Tomka, na rozkładany fotel w salonie. Powiedziałam mu, że może wrócić, kiedy zrozumie, że mieszkanie to wspólny majątek, a nie jego gabinet, który sobie urządził w moim dawnym gabinecie. — Poprawiła pasek torebki. — Na razie płaci matce za pokój. Osiemset złotych miesięcznie. Niech płaci, wyjdzie mu to na dobre.
Wsiadłam do samochodu, uruchomiłam silnik. Koperta leżała na desce rozdzielczej, między starym paragonem z kawiarni a okularami przeciwsłonecznymi. Podjechałam na Ursynów, wjechałam na czwarte piętro, zapukałam. Otworzył Tomek, mężczyzna, którego nie znałam, w spodniach dresowych i skarpetkach, zaspany, choć była już pora obiadowa.
— To dla pani brata — powiedziałam, podając kopertę.
— Nie ma go — mruknął. — Wyszedł rano, powiedział, że idzie na spacer, i tyle. Zostawię na stole.
Więcej nie pytałam. Zjechałam windą, myśląc, że ten spacer trwa już kilka godzin.
Po tygodniu znów miałam kurs w pobliżu. Zatrzymałam się przy tym samym domu, bo zobaczyłam — ktoś wynosi karton, ten sam, z napisem „Katarzyny — nie ruszać", teraz pomięty z jednej strony. Wynosił go mężczyzna z pierwszego dnia. Schudł, chyba z dziesięć kilo, koszula wisiała na nim jak na wieszaku, a we włosach przybyło siwizny, choć wcześniej jej nie zauważałam.
— To mamine rzeczy — powiedział, jakby mnie rozpoznał. — Wraca do siebie, na Bielany. Mieszkanie stoi puste, to i ja się tam na razie przeniosę.
— A pan? — spytałam. — Do żony pan nie wraca?
Postawił karton na chodniku, otworzył klapy, jakby musiał czymś zająć ręce. W środku leżały stare zdjęcia w kopertach, uszkodzony zegar ścienny i komplet filiżanek zawiniętych w gazety.
— Ala przysłała mi zdjęcie umowy. Przepisała połowę naszego mieszkania na siebie. Nie pytając mnie. — Zamknął klapy kartonu zbyt gwałtownie, jakby chciał coś w nim przytrzasnąć. — Wie pani, co najgorsze? Że ona pewnie miała rację co do tego gabinetu. Ale mogła najpierw powiedzieć, a nie od razu do notariusza.
Załadował dwie torby i karton do bagażnika. Trzy razy poprawiał fotel z przodu, chociaż jechał sam.
— Zawiezie mnie pani na Bielany? — spytał, a potem, gdy już miałam ruszać, poklepał się po kieszeniach. — Portfel zostawiłem u mamy. Zaraz zadzwonię, niech Tomek przywiezie.
Ale nie zadzwonił. Całą drogę milczał, patrząc w okno, jakby liczył latarnie. Przy domu na Bielanach wysiedli — wyładował rzeczy na chodnik, a potem stanął przy otwartych drzwiach i przez chwilę nic nie mówił. Zdjął zegarek z ręki.
— Niech pani to weźmie. Wart jest z trzy, cztery tysiące. Nie mam przy sobie ani grosza, a nie chcę zostawać dłużny taksówkarce, bo i tak już wszystkim coś jestem winien.
— Poczekam, aż pan zadzwoni po pieniądze — powiedziałam.
— Proszę. — Położył zegarek na desce rozdzielczej, nie na masce, tylko tuż obok mojej ręki, jakby chciał, żebym go od razu wzięła, zanim się rozmyśli. — I tak będę musiał go gdzieś sprzedać. Niech to lepiej będzie pani niż ja w kolejce do lombardu jak żebrak.
Wysiadł, zabrał karton pod pachę, torby zostawił na chodniku i wrócił po nie osobno, dwukrotnie, bez pośpiechu, jakby odwlekał moment wejścia do klatki. Zegarek leżał między nami przez te dwie minuty, zanim odjechałam. Kilka przecznic dalej zadzwoniła komórka. Nieznany numer.
— Tu Ala — usłyszałam w słuchawce. — Mąż mówił, że zostawił u pani zegarek.
— Tak — powiedziałam.
— Proszę go sprzedać w lombardzie, a pieniądze przelać na Puławską 217, na konto teściowej. Ona teraz opłaca jego utrzymanie, niech chociaż tyle wróci.
— A on wie, że pani do mnie dzwoni?
— Nie wie. — Cisza w słuchawce trwała trochę dłużej, niż powinna. — Niech pani zatrzyma sto pięćdziesiąt złotych za sam przejazd, bo on mi je jest winien, a ja mu tego nie powiem, żeby nie myślał, że kontroluję każdy jego krok.
W lombardzie dali trzy i pół tysiąca. Przelew zrobiłam tego samego dnia, na konto Katarzyny Wolskiej, tak jak prosiła Ala.
Zobaczyłam ją jeszcze raz, we wrześniu, na postoju przy dworcu. Wsiadła bez zamówienia, otworzyła drzwi, zanim zdążyłam opuścić szybę.
— Na Ursynów — powiedziała. — Do teściowej.
Jechałyśmy przez Wisłostradę, a ona trzymała na kolanach niewielki bukiet chryzantem, zawinięty w gazetę zamiast w folię. Nie odzywała się, dopóki nie skręciłyśmy w Puławską. Wtedy powiedziała, patrząc w bukiet, nie w lusterko:
— Mąż wrócił do mnie w sierpniu. Na razie śpi w gabinecie, na kanapie. Sam tak zaproponował.
Nie odpowiedziałam nic, bo nie znalazłam nic, co by tu pasowało.
Na miejscu zapłaciła, tym razem bez napiwku dla mnie, dokładnie tyle, ile wybił licznik. Wysiadła, poprawiła bukiet zawinięty w gazetę i weszła do klatki, gdzie na trzecim piętrze wciąż stały donice z pelargoniami, jakby nic się nie wydarzyło.







