Trzy nici. Trzy losy.
Co ona powiedziała? Werka, nie dosłyszałam, co? Irena Wiktorowna pochyliła się do przodu, bliżej idącej obok przyjaciółki, Weroniki Pawłówny.
Weronika zaczęła szczegółowo tłumaczyć, o czym właśnie rozmawiały mijające ich matka i może siedmioletnia dziewczynka.
W szkole mają jakiegoś łobuza, a ona mu powiedziała…
Weronika mówiła głośno, na całą ulicę. Irena słuchała uważnie, nie przerywała, po czym odwracała się, by wzrokiem odszukać tę dziewczynkę i skinąć jej za nią głową.
Fajna, czyściutka dziewuszka. Tyle że jakaś taka nadto poważna! podsumowała.
Czemu? zdziwiła się Irena Wiktorowna, chwytając przyjaciółkę pod ramię i pociągając ją do przodu, bo światło już dawno się zrobiło zielone, a auta ustawiały się w rząd, czekając, aż te dwie starsze panie przejdą przez ulicę.
Słucham? Nie słyszę cię, Irenko, co? dopytywała Weronika, rozglądając się nerwowo, potem ścisnęła torebkę i szybciutkimi kroczkami przeszła wreszcie na chodnik.
Mówię, czemu taka zamyślona? ponownie głośno pyta Irena.
Aaa Tak po prostu.
Irena Wiktorowna nie zawsze lubi tłumaczyć swoje myśli czy to z lenistwa, czy uznając, że i tak wszystko jest już jasne.
Dziewczynka wzięła sobie za powinność wychowywać i poprawiać kogoś, kto sprawia kłopoty? Uwagi prawi, wychowuje? Nie, kochani! Tak się to nie rozwiązuje… Tak być nie może!
Irena kręci głową w rytmie swoich myśli, Weronika zaś wzdycha. Czasem przyjaciółka swą tajemniczością bywa nieznośna, ale świat bez niej, tak zmieniony, jaskrawy i głośny, jest jeszcze trudniejszy.
Irena Wiktorowna i Weronika Pawłowna to sąsiadki. Ich mieszkania są nietypowe każde ma osobne wyjście prosto na podwórko, bez schodów i windy. Kobiety żyją w jednym ze skrzydeł dawnej willi posiadłości w centrum Warszawy. Wcześniej należał on do jakiegoś szlachetnie urodzonego oficera, później przeszedł w ręce wybitnego działacza kultury, który wraz z żoną urządził w głównym budynku szkołę, a oficynki i przybudówki przeznaczył na pracownie artystyczne. Dalsza historia mocno pokiereszowała ich spokojne, domowe życie. W końcu jednopiętrowy, półkolisty budynek kiedyś, śmieszna rzecz, stajnia przebudowano na mieszkania. Większość lokatorów przeniosła się do większych, jaśniejszych bloków, ale Weronika, Irena i ich trzecia przyjaciółka, Tatiana, trzymają się swoich kątów, drą na strzępy kolejne oferty wykupu, zamiany, dopłaty, czy też przeprowadzki z zachowaniem meldunku.
Firmy i biznesy uważają ten skrawek warszawskiego Powiśla za prawdziwy łakomy kąsek historyczne miejsce, bliskość centrum, niedaleko kościół i bulwary. Owszem, główny budynek zajmuje Szkoła Sztuk Pięknych, ale jeszcze są oficynki i domki, których nie oddano w zaufane ręce.
A jednak te kruche, przygarbione już, bezradne w starości kobiety bronią swych gniazd do końca. Tu minęło całe ich życie tu je chcą ukończyć.
Idziemy do Tusi, mówi zdecydowanie Weronika, dzierżąc pudełko z tortem. Złożymy życzenia.
Co mówisz? Nie rozumiem, Werciu, spójrz na mnie ja z ruchu ust przeczytam! szarpie przyjaciółkę za rękaw Irena. Jest jej głupio, wstydzi się, boi się, że Weronika w końcu wybuchnie, wrzaśnie i odejdzie. Oczywiście, głuchota irytuje, Weronika też nie jest ze stali…
Na szczęście Weronika zatrzymuje się, pochyla w kierunku twarzy przyjaciółki i starannie, wyraźnie artykułuje wypowiedź.
A, prawda. Tusia zapraszała… kiwa głową Weronika. Niedomówienie wyjaśnione, można iść.
U Tatiany Franciszkówny, biednej, unieruchomionej staruszki, dziś święto urodziny córki. Lida już od dawna nie jest młoda, pracuje w biurze, bywa tu rzadko. Najpierw miały świętować w weekend, potem przełożyły. Tatiana się nie gniewa.
Sama sobie winna jestem, mówi, gdy goście już siedzą przy skromnie zastawionym stole. I nie gadajcie tu źle o mojej dziewczynie! podnosi palec, ale nikt nie ma tego w planie. O Lidzie zawsze tylko dobrze!
Weronika głaszcze podenerwowaną sąsiadkę po ręku. Ta dłoń, teraz sucha, chuda, była niegdyś mała i dzielna: to nią Tusia wyrywała chwasty w ogródku, założonym przy domu tuż po wojnie. Tą rączką trzymała ciężką łopatę, ryjąc w twardej ziemi, a potem z czułością wrzucała do bruzd nasiona. Było wtedy ciężko i biednie. Mamy trzech dziewczynek pracowały w szpitalach na Krochmalnej, dziewczynki były na gospodarstwie. Co się znalazło, to się jadło, co się dało, to się gotowało. Mamy po pracy przynosiły chleb, czasem nawet masło, ale dziwnego smaku, trocinowe. Tusia, Weronika i Irka nie narzekały wiedziały, że wszędzie tak jest teraz… Ale one mają ogródek, z którego będzie pełno pyszności! Nasiona dostały cudem od dawnego ogrodnika, pana Prokopa, co mieszkał ścianę obok, burczliwego staruszka, który strasznie dymił papierosami, ale dziewczynki kochał. Były żywe, prawdziwe. Młodość pozwalała im wygrywać z przygnębieniem, były pełne dziecięcego głodu poznania.
Chodź no tu! gestykulował pan Prokop do Weroniki. Dziewczyny wzięły nasiona, nie wierząc, że coś z tego będzie, ale pan Prokop się nie pomylił. Urosły dwie główki kapusty i ogórki, które pięły się wzdłuż ziemi kwitnąc malutkimi żółtymi kwiatkami pod wielkimi soczystymi liśćmi. Tylko pietruszka nie wyszła.
Pan Prokop pomstował: “Zmarnowałyście plony! Wszystko stracone!” Potem poczęstował je sucharem i kazał przetrzeć nosy.
Skończy się wojna, wrócą wasi ojcowie i zrobimy taki sad, że wszyscy pozazdroszczą! obiecał.
Nie doczekał końca wojny. Weronika, Irka i Tusia wstrząśnięte patrzyły, jak wynoszą go z domu. Śmierci wtedy było o wiele za dużo, ale jak odchodzi ktoś bliski, boli podwójnie. Ojców ich nie było już komu doczekać. Sad robiły same…
Teraz Tusia, osiwiała, siedzi w swym wózku, Weronika gładzi ją po dłoni, a Irena rozkłada na stole pieczeń i kroi ogórki. Jeszcze kieliszki Tusia uwielbia żurawinówkę. Ugości swoje sąsiadki, wypiją za Lidę, za zdrowie Tusi, której nogi odmówiły posłuszeństwa już przed pięcioma laty, za to, by zima nie była zła i nie kąsała starych kości mrozem.
Tusia straciła sprawność przez głupie nieszczęście. Wyszła zimą na spacer, poślizgnęła się, upadła. Wydawało się, że niewielki uraz, trochę bolały plecy, a rano koniec, nogi już się nie ruszały. Przerażona, oblana zimnym potem, nie mogła dosięgnąć telefonu, by zadzwonić ani po lekarza, ani córkę; stał za daleko. Może gdyby zsunąć się z łóżka i przeczołgać się na rękach… Nie starczyło sił. Staruszka z wiekiem nabrała kształtów, hormony mówili lekarze… ale ona wiedziała, że to po prostu starość.
Tusia słyszała, jak Weronika wychodzi na dwór, woła dokarmiane gołębie, sypie im okruchy. Jej sylwetka mignęła za oknem mieszkania były niemal na wysokości trawnika, więc zimą podłogi były zimne, a domownicy chodzili niemal w filcowych kapciach. Wszystko było widać, jakby przez ekran telewizora.
Weronika chyba właśnie poszła do sklepu, zasmuciła się Tusia. Zaraz i Irka wyjrzy… ona przecież lubi pospać…
Nie miała odwagi prosić o pomoc, leżała, marzła, bo październik wywiał całe ciepło przez uchylone okienko. Bardzo chciało się jeść i do toalety…
Zmartwione przyjaciółki zareagowały pierwsze. Któż to słyszał, żeby Tusia nie włączyła radia, nie nastawiła płyty?! Zaspała? Niemożliwe! Tusia wstaje bez budzika. W środku ma stoper.
Stukały więc do niej najpierw Weronika z Ireną, potem dozorca. Ten, przekręcając słowa, dopytywał, czy nie potrzeba pomocy, potem zawołał, że kobiety nalegają, by wywarzyć drzwi.
Drzwi poddały się silnemu ramieniu. Do mieszkania jak kulka wpadł dozorca, za nim głuchawa Irena, potem Weronika.
Tusia! Gdzie ty jesteś?! Mów, co się stało! krzyczała Irena. Z wrażenia i trwogi zupełnie ogłuchła. W głowie, jak mówiła, zamgliło jej się.
Zobaczyły leżącą Tusię. Dozorca został wyproszony. Weronika zaraz się zajęła przyjaciółką zmieniała pościel, myła, przebierała. Miała wprawę pielęgnowała niegdyś sparaliżowanego męża, który po upadku z rusztowania dawno już odszedł. Weronika żegnała go z mieszanymi uczuciami smutku i ulgi.
Męczył się bardzo, mówiła nad grobem. Teraz mu lżej. Tam, wskazywała niebo, znów będzie jak nowy.
Czemu raczej kłótliwy i drobiazgowy mąż Weroniki miałby trafić do nieba tego przyjaciółki nie pojmowały, ale nie przekonywały jej, niech się cieszy…
Tusię zabrano do szpitala, diagnoza nie pozostawiła złudzeń. Całą noc płakała, przeklinając siebie i tłumacząc współlokatorkom, że to kara od Boga.
Za co On was tak? dziwiły się.
Było za co. W wieku dziewiętnastu lat Tusia urodziła córkę rudą, kochaną dziewczynkę z ogromnej miłości do chłopca z równoległej klasy. Chodzili razem, uczyli się. Stało się to, o czym Weronice i Irce wstydziła się mówić. Po maturze Tusia dowiedziała się o ciąży. Matka wydziedziczyła ją, poleciła coś wymyślić w szpitalu. Ale lekarze nakazali rodzić. Mama Tusi próbowała przekupić lekarzy, lecz nie zdążyła. Tusia uciekła do babci na wieś, gdzie donosiła ciążę, urodziła Lidę, przez dwa lata mieszkała i pracowała w PGR-ze. Matka odwiedzała je, z czasem wnuczkę polubiła.
A ojciec dziecka? Odciął się. Po co marnować sobie życie, kiedy na horyzoncie studia, kariera, być może zagranica… Tusia i Lida nie pasowały. Rodzina nie chciała zatruć się ciążami.
Po dwóch latach matka zabrała Tusię i Lidę do warszawskiego mieszkania. Weronika i Irka były świetnymi nianiami. Lida przenosiła się od jednej do drugiej, miała pod opieką trzy pary oczu babcine, Weroniczkowe (wtedy jeszcze bystre), Irkowe, czułe do bólu.
Dla nich było dziwne i osobliwe, że Tusia, niedawno dziewczyna, jest teraz matką i wie coś, czego one jeszcze nie doświadczyły. Ale po czasie zobaczyły, że jest tą samą Tusią, tylko bardziej zmęczoną.
Skończyła zaocznie studia, pracowała, wychowywała Lidę. Mamę pochowała, gdy Lida miała dziewięć lat.
Do ich drukarni przyjechała kiedyś delegacja z Francji. Tam… przystojny Francuz. Nie przeszkodził mu żaden wydział, ani Tusi, choć chodziła na rozmowy, wypytywana i ostrzegana. Ale miłość wszystko potrafi.
Weronika i Irka szeroko otwierały usta, gdy Pierre przywoził Tusi prezenty ubrania, porcelanę, lalki dla córki… Potem zaprosił je do siebie.
Wyobraźcie sobie, ma rezydencję pod Paryżem! opowiadała podekscytowana Tusia. Pokój dla mnie, wszystko…
A Lida? dopytywała Weronika.
Na razie zostanie w Polsce, jak się urządzi, ją zabiorę… tłumaczyła młoda narzeczona. W głowie huczały marsze weselne, orkiestra zagłuszała rozsądek.
Mamo, a gdzie mój bilet? zapytała poważnie Lida. Trzeba w szkole powiedzieć, że…
Zostajesz, Lidko. Na razie to dla ciebie za trudne. Wrócę i cię zabiorę. A póki co, pomieszkasz z…
Na te słowa Lida rzuciła prezentowaną przez Pierre’a wazę o drewnianą podłogę. Potem poleciały talerze, filiżanki…
Lida potem szczerze przyznała cioci Werce, że tamtego dnia jakby ją ktoś zabił. Jakby odcięto jej tlen, ścisnęło gardło, a w oczach zrobiło się zupełnie czarno.
Twoja mama wróci. Zobaczysz, ona nie będzie mogła żyć bez ciebie. I wtedy będziesz musiała zdecydować, czy jej wybaczysz. Ja osądzać jej nie będę. Ale… my kobiety łatwo łapiemy się na obietnice lepszego życia. To nasza słabość.
Weronika sama się na tym przejechała. Kiedyś inna kobieta na ulicy sprzedała jej luksusową futrzaną czapkę wrzuciła ją do torby i kazała szybko wracać do domu. Okazało się, że to stare szmaty… Tak bardzo chciała piękna, a nie wyszło.
Tusia wyjechała. Lida nie odprowadzała jej na peronie, nie odpowiadała na listy. O życiu córki Tusia dowiadywała się od przyjaciółek.
Po pół roku wróciła dla nastolatki to wieczność. Lida nienawidziła matki, wszystkie prezenty wyrzuciła do śmieci.
Chociaż wyszłaś za mąż? cicho spytała Irka.
Nie, potrząsnęła głową Tusia. Rodzina Pierrea uznała, że nie chcą pasierbicy, zaproponowali, żebym się jej wyrzekła. Gdy zrozumiałam, że Pierre myśli tak samo, splunęłam na ich wypolerowaną podłogę i wróciłam. Czy Lida mi wybaczy?
Irena wzruszyła ramionami, pomyślała, a potem odparła:
Kiedyś. Musi dorosnąć, sama się sparzyć, pokochać. Wtedy może zrozumie. Ale wybacz, nie popieram twojego kroku.
Wtedy Weronika i Irka były już mężatkami, każda miała syna. Wyjazd nawet na dwa dni niemożliwy.
To za ten grzech Tusia uznawała swe nieszczęście. Za to połowa jej ciała nie działała.
Lida wynajęła pielęgniarkę, ale ta była oschła, nieprzyjemna. Tusia milczała, bo bez pomocy sobie nie radziła. Pewnego dnia ta kobieta przez nieuwagę zalała ją wrzątkiem zamiast letnią wodą. Tusia zawyła z bólu, na plecach pojawiły się bąble, a opiekunka uciekła. Cienkie ściany sprawiły, że Weronika od razu przybiegła z kluczami. Uratowały ją.
Nie… nie mogę! To wstyd! wzbraniała się Tusia, ale Weronika syknęła: Przestań z tym wstydem! Wydaj swoje pieniądze na rozum! Śmieszna jesteś.
Czego miały się wstydzić? Razem w kolejce do przychodni, do łaźni, wszystkie piegi i znamiona znały od dzieciństwa. Wspierały się w najgorszych chwilach wojny, chroniły nawzajem. Teraz miałyby rozliczać się za opiekę?
Z pieniędzy zrezygnowały. Weronika dbała o Tusię, potem prowadziła Irenę na spacery, bo ta po utracie słuchu orientowała się źle: na pasach, na ulicy. Weronika brała ją pod ramię i wędrowały ulicami Powiśla, na bulwary, przez stare bramy i skwery, gdzie oglądały dzieci i wspominały własną młodość. Gdy kwitły lipy, prawie odurzał ich zapach. Irena przygotowywała wtedy zapasy lipowego kwiatu, doskonale wiedziała, jak go suszyć i parzyć. Organizowały tradycyjny wieczór herbaty lipowej u Irki. Zasiadały za okrągłym stołem, tłocząc się w maleńkiej kuchni, starannie ustawiając porcelanowe filiżanki. Kto coś wyjątkowego ugotuje oto pytanie. Często, zamiast włoskiej delicji, wychodziło swojskie danie, ale zawsze pyszne.
Piły herbatę, patrząc na bielące się pod oknami lipy, rozmawiały o dawnych czasach. Tusia o Paryżu, Weronika o artystach, których poznała, będąc kustoszem w muzeum, Irena pracująca na Kabel Warszawski bardziej milczała. Już wtedy słuch się pogarszał, bała się, że dziewczyny się domyślą.
W czasie wojny była blisko wybuchu bomby. Uratowała ją tylko szybka decyzja mamy. Ucho bolało ją długo, głowa pękała jak nadmuchiwany balon. Bywało, że kładła się na podłodze i mocno ściskała głowę. Mamy nie było, sama musiała siebie ochronić. I słuch gasł. Z wiekiem coraz bardziej.
Na kablach poznała przyszłego męża był starszy o dwanaście lat.
Po co ci taki stary i poparzony facet? mówił, chowając blizny. Jeszcze znajdziesz sobie młodego, a ja nie zniosę, umrę z bólu.
Ślub, wspólna noc Irena w tych sprawach była wstydliwa sprawdzał, czy naprawdę tam jest. Nie spał do rana, słuchał, jak tyka zegar, jak myszy tupią pod podłogą, jak krople dzwonią o parapet, jak Irena oddycha. Wyczuł wszystkie odcienie jej oddechu. Usnął dopiero rano, a Irena patrzyła na niego. Nie przeszkadzała jej blizna, siwizna tylko dodawała mu uroku.
Był jej jedyną miłością. Zmarł wcześnie miał tylko pięćdziesiąt pięć lat. Zasnął i się już nie obudził. Irena płakała, wycierała łzy z jego policzka, bo bała się, że będą go palić…
Syn, Igor, sprowadził sąsiadki, które zabrały matkę i opiekowały się nim. Wspólnie przeżyły żałobę. Lida, patrząc na to cierpienie tak blisko, po raz pierwszy zrozumiała, jak bardzo kocha mamę. Zaczęła wybaczać, powoli wracając do Tusi, nieudanej paryżanki.
Mąż Weroniki nie był ulubieńcem żadnej z przyjaciółek. Werka mówiła o nim: Mówi pięknie, ale czynów brak. Skąpił na zasłony, meble, lodówkę, zawsze wszystko poźniej. Weronika czekała na nowy sprzęt miejsce już przygotowano, a Andrzej wracał zdenerwowany, obrażony, żalił się na trudne czasy.
Po co za niego wyszłaś? cicho pytała Irena, gdy znów nie było nowego szafy.
Bałam się, że już nikt na mnie nie spojrzy. Wy jesteście piękne, a ja myszka. Komu potrzebna jestem? płakała Weronika, dobra dusza, choć bardzo nieśmiała.
Rozwiedź się! wołały przyjaciółki. Jak długo będziesz się z nim męczyć?!
Nie mogę. Mamy syna. Rodziny nie można rozbijać, bo rozczarowałam się w mężu. Michał lubi ojca! Nie zrozumie mnie.
Irena i Tusia przewracały oczami, kłóciły się z Andrzejem, ale potem Weronika rozkwitła. Chodziła po ulicy lekka jak łódka.
Co z tobą? pytała Irena. O co chodzi?
Weronika zarumieniła się, a potem szepnęła:
Zakochałam się. Uroczy mężczyzna sprawia, że wiem, co znaczy mieć oparcie w mężczyźnie…
Popłakała się, a Irena tylko kiwała głową: z tymi zasadami Werka nigdy się nie rozwiedzie, będzie cierpieć i jego trzymać…
Romans trwał długo, zakończył się, gdy Michał już był dorosły i wybierał się na studia, a ojciec, Andrzej, przeszedł udar i nie wstał już z łóżka. Weronika opiekowała się nim, miała wyrzuty sumienia, prosiła o wybaczenie, a on tylko mamrotał.
Gdy umarł, ukochany Weroniki zaproponował ślub, ale odmówiła.
Michał będzie miał mnie za zdrajczynię. I tak już wystarczająco zawiniłam wobec Andrzeja.
Tamten mężczyzna wyjechał z Warszawy. Nie napisał, nie zadzwonił. Nie umiał wyciągnąć Weroniki z jej kokonów winy i żalu. Szkoda, był dobrym człowiekiem. To on załatwił jej meble i lodówkę.
Mijały lata, starzały się sąsiadki i dom otulający starymi lipami podwórko. W szkole rosły talenty, artystki i muzycy zaczynali wielkie kariery. Ich pierwsze próby słuchały trzy staruszki często zachodziły na szkolne koncerty.
Tusia na wózku, w aksamitnej sukni z koronkowym kołnierzykiem, Weronika wyprostowana, z porządną fryzurą, w brązowej sukni z haftowanym paskiem i butach w kolorze gorzkiej czekolady, Irena, nie słysząc już niemal nic, ale lubiąca patrzeć na młodość na scenie, w szarym lub czarnym kostiumie, w przetartych butach i z sumką zużytą latami. Na jej twarzy spokój brano ją niekiedy za znaną pianistkę lub solistkę.
Wszystkie nosiły koronkowe rękawiczki ukłon dla paryskiej przeszłości Tusi.
Bez sensu, że się wciąż obwiniasz, Tusia! mówi Weronika, krojąc tort. Lida jest dorosła, ma męża i córkę. Poczuła, co to miłość. Pierre’a może i słusznie nie lubi, ale ciebie na pewno kocha.
Otóż to! wtórowała Irena. Młodość jest okrutna, bezkompromisowa. Z wiekiem nabieramy odcieni i głębi. Lida bardzo wtedy cierpiała, ale dorosła, zrozumiała. Za twojego Pierre’a, Tusia, to prawda, mucha z niego była…
Ponownie zagotowały wodę. Samowar ten był elektryczny, bez zapachu smolistych szyszek, ale i tak piękny, pękaty. Stał w kącie, dodawał ciepła i szacunku dla dawnych tradycji, odbijał twarze naszych matek.
Za oknem szumiał deszcz po liściach. Niedługo pierwsze przymrozki, zamrą aksamitki w rabatach, zwinięte w rulonik liście nagietków. Jesień już wyczuwalna, ale jeszcze łaskawa.
Na podwórko podjechał samochód. Zatrzymał się, zgasły światła. Po ścieżce do drzwi zadźwięczały wysokie obcasy. Tusia zamarła.
Zadzwonił dzwonek. Weronika otworzyła, przepuściła Lidkę, przytuliła, wskazując kuchnię.
Czekała, martwi się. Idź, kochanie! Sto lat, malutka!
Lida przyniosła ulubione mamy dalie ciemnofioletowe z żółtymi środkami. Za ogromnym bukietem nie widać jubilatki, a ona płacze bo trudno jej uwierzyć, że już wszystko wybaczono. A może sama sobie nie umie przebaczyć… a jednak się cieszy. Dzisiaj urodziła się jej córeczka, rudzielec, zawinięta w różowy kocyk… Szczęście!
Jeśli dziś zajrzycie w okno tego niskiego, półkolistego domku za starą willą w centrum Warszawy, ujrzycie trzy uśmiechnięte staruszki. Śmieją się, piją herbatę, wspominają i czekają, czekają… na dzieci, wnuki, prawnuki tych wszystkich, dzięki którym ich życie jest pełne i żywe. Kiedyś odejdą i znikną z tego świata, ale to, ile dali bliskim, ile bliskości i ciepła, jest bezcenne.
Bo każda nić losu toczy się przez nas. Czasem łatwo je przerwać czasem tylko wina i ból, czasem rozpacz i trudne wybory. Jeśli jednak pozwolisz sobie na pojednanie czy z sobą, czy z innymi odnajdziesz pokój. Najważniejsza pozostaje miłość, drugi człowiek i chwile, które jesteśmy gotowe podarować sobie nawzajem.







