Ledwo osiągnęłam pełnoletność, a już wyszłam za mąż. „Wyskoczyłam” to najtrafniejsze określenie tego kroku, zaskakującego zarówno dla otoczenia, jak i dla mnie samej. Ale stało się, nie ma odwrotu. Zaczęło się nowe życie, zupełnie mi obce, w którym między innymi musiałam poznać rodziców mojego młodego męża, który był nie mniej zagubiony ode mnie. Oboje wypadliśmy z gniazda, nie nauczywszy się jeszcze naprawdę latać.

Wyobraź sobie, dopiero co skończyłam osiemnaście lat i nagle wyszłam za mąż. Dosłownie wyskoczyłam za mąż, bo inne słowo tu nie pasuje. Wszystko było niespodziewane i dla mnie, i dla otoczenia. Ale stało się, co się stało. Przede mną stanęło nowe życie, którego zupełnie nie znałam. Czekało mnie między innymi poznanie rodziców mojego świeżo upieczonego męża, który sam był nie mniej zagubiony niż ja. Oboje dopiero co wypadliśmy z rodzinnego gniazda, a jeszcze nie umieliśmy porządnie latać.

Pewnego ranka, kiedy ciocia Aniela jak zwykle karmiła mnie śniadaniem, doprawiając wszystko wszelkimi smakołykami i jeszcze namawiając, żebym zjadła więcej, wpadła do kuchni nasza sąsiadka, pani Krysia. Obserwując, jak mnie ciocia nakłania do jedzenia, westchnęła z żalem:
Oj, rozpieszczona z ciebie dziewczyna! Krzywdy w życiu nie zaznałaś, ale poczekaj, teściowa ci jeszcze krwi napsuje!

Nie strasz dziecka, Krysiu! uciszyła ją ciocia Aniela.

W sumie była prawda nie znałam żadnej prawdziwej przykrości. Nasza nietypowa rodzina składała się z babci i trzech jej córek. Moja mama to najmłodsza, Genowefa, a ciocia Aniela była najstarsza. Mężczyzn nie było, wszystkich wojna zabrała. Ale mimo braków żyliśmy w zgodzie i dzieci obdarzone były troską aż do przesady. Jako najmłodsza byłam szczególnie rozpieszczana.

Słowo teściowa brzmiało dla mnie wtedy jak coś złowrogiego, groźnego. Wkręciło mi się do głowy jak obietnica jakichś niewyobrażalnych kłopotów, które miały dopiero nadejść.

A tymczasem moja teściowa okazała się bardzo sympatyczną, wysoką, postawną kobietą. Przywitała mnie słowami Wchodź, córeczko i szeroko się uśmiechnęła. Krzątała się, częstowała nas pysznościami, potem zaprosiła do ogrodu i pochwaliła się swoją małą grządką. Wszystko uporządkowane, zadbane, na grządkach już zieleniły się sałaty i szczypiorek. Pokazała mi także świnkę ważącą już niemało, a którą nazwała Franek.

Franek, Franiu, już cię zaraz nakarmię, jesteś moim kochanym prosiaczkiem mówiła do świni z taką czułością, że sama poczułam się, jakby to mnie pochwaliła.

To wszystko ogród, świnka Franek było mi bliskie i znajome z dzieciństwa. Świnki u nas też zawsze nazywano Frankami i zawsze ktoś z domowników przemawiał do nich czule. Robiło mi się coraz milej i spokojniej.

Rano nasi panowie, mąż i jego ojciec, wychodzili pracować na budowie. My zostawałyśmy w domu. Ale nagląca potrzeba zwracania się jakoś do teściowej nie dawała mi spokoju słowo teściowa nie przechodziło mi przez gardło. Któregoś dnia, kiedy pochwaliła moje imię, zaczęłam jej opowiadać o pochodzeniu Jagoda. Roześmiała się i mówi: To mów mi Janina, bo sama mam tak na imię. Ty jesteś Jagoda, ja Janina, pasuje idealnie. Podoba ci się to imię?

W ten sposób moja teściowa rozwiązała mój problem i zaczęłam mówić do niej pani Janino, czasem dodając mamo Janino. Życie układało się coraz lepiej. A ona była taka energiczna, uśmiechnięta, potrafiła ogarnąć cały dom, a ja budziłam się przy gotowym śniadaniu, podłogi lśniły, ogród wypielony, Franek nakarmiony.

Siedziałyśmy na ganku, rozmawiając o różnych sprawach. Ona z humorem opowiadała, jak podczas wojny przyszło jej wychowywać trzech chłopaków, jak ciężko pracowała w lasach, jak zgubili kartki na chleb i jakiś dobry człowiek w sklepie pozwolił jej zabierać resztki chleba dla chłopców. Mój wyobraźnia żywo rysowała te obrazy i świat stawał się jeszcze bogatszy.

Ale do czasu Pewnego ranka teściowa budzi mnie i mówi:
Jagódko, baby idą dziś do lasu po jagody, ja też pójdę może coś wam przyniosę. Dasz radę nakarmić Franka? Przygotowałam mu jedzenie w wiaderku.

Oczywiście, nie martw się, zajmę się Frankiem! odparłam pewnie i zostałam sama w gospodarstwie.

Już chwilę później Franek zaczął piszczeć wniebogłosy, więc wzięłam wiaderko z karmą i poszłam do świniarni. Świnka była już całkiem spora i mieszkała w małej zagrodzie tuż przy ogródku. Trzeba było tylko otworzyć furtkę, wejść i wysypać jedzenie do koryta. Banał tak mi się wydawało. O, jak się pomyliłam

Ledwo uchyliłam drzwi, Franek z impetem je pchnął, wytrącił mi wiadro i wypadł jak burza prosto na grządki. Co za szał wolności! Biegał po świeżo wypielonych grządkach, ryjąc ziemię i rozważając rosnące tam warzywa. Turlał się, kwiczał z radości, a ja osłupiała patrzyłam, co wyprawia i nie mogłam się ruszyć.

Musiałam działać nie mogłam dopuścić, by dzieło rąk teściowej poszło na zmarnowanie na moich oczach! Wiedziałam już wtedy, co znaczy napsuć komuś krwi i, co gorsza, miałabym tego doświadczyć na własnej skórze.

Muszę zagonić Franka do zagrody, za wszelką cenę! pomyślałam. Rzuciłam się za nim, nawet kilka razy udało mi się go dogonić i chwycić za bok, ale był sprytniejszy niż wyglądał i znów mi umykał. Trzeba było zmienić taktykę przyszło mi do głowy, żeby go spróbować zwabić.

Pobiegłam do domu po chleb. Franek na zapach podchodził, brał kromkę z ręki, więc powoli, krok po kroku, prowadziłam go w stronę zagrody. Ale gdy już prawie był w środku, świnka obróciła się i z nową energią zaczęła demolować ogród jeszcze bardziej! Boże, co on wyprawiał! Zniszczył nawet małą folię, gdzie rosły pomidorki, które teściowa starannie pielęgnowała.

W końcu Franek zwolnił, usiadł na swoim szerokim zadku i z rozkoszą tarzał się, chrumkając z zadowolenia. Wtedy przypomniałam sobie, jak zawsze drapaliśmy po brzuchu domowe zwierzątka, kiedy byłam mała. Zbliżyłam się, lekko przewróciłam świnkę na bok i zaczęłam go drapać po brzuszku. Franek zamknął oczy, kwiczał z przyjemności, a ja, wycieńczona, zmieniając ręce, byłam już na skraju rozpaczy. Gardło mi zaschło z pragnienia, słońce piekło, ogród w ruinie, a ja coraz brudniejsza, wciąż głaskałam tego upartego zwierza.

Nagle brama zaskrzypiała i wpadła pani Janina.
Ty łobuzie, zamęczyłeś dziewczynę! krzyknęła, złapała Franeczka za tylna nogę i przerzuciła go przez grządki do zagrody, zatrzaskując drzwi na dobre.

Chciałam wstać, ale nogi mi się uginały, więc mi pomogła i wyprowadziła ze zniszczonych grządek.
Stój tu, Jagódko, zaraz ci przyniosę wody pobiegła po wiadro, które sama przyniosła rano od pompy na drugim końcu wsi, i zaczęła mnie myć: najpierw nogi, potem ręce i twarz. Woda mieszała się z moimi łzami, spływała po mnie cała ta czarna ziemia i wraz z nią chyba już na zawsze uciekało ode mnie to straszne, kolczaste słowo teściowa.

Z uczucia ulgi wymsknęło mi się bezwiednie: Ojej, mamo moja! A ona się zaśmiała, objęła mnie i zaprowadziła do domu, żeby poczęstować leśnymi jagodami.

O ogród nie było więcej rozmowy. Machnęła ręką:
Co tam grządki, Jagódko, to tylko zabawa, wszystko odrośnie. Pomidory też odbiją, zobaczysz. No co, świnka pobiegała i już a ty odpocznij zanim nasi panowie wrócą, ja zaraz szybki obiad zrobię.

I powiedz mi, skąd taka kobieta z tak ciężkim życiem miała tyle cierpliwości, dobroci i mądrości? Nie wiem, kto obdarzył ją tak wielkim sercem, ale rozumiem, skąd biorą się silne, uczciwe, kochające dzieci, jakie potrafi wychować tylko taka matka, którą niesprawiedliwie nazywa się czasem szorstkim słowem: teściowaWtedy, siedząc w kuchni nad talerzem pachnących jagód i słuchając śmiechu mamy Janiny, po raz pierwszy poczułam się w tym domu jak u siebie. Wszystko, co mnie tu kiedyś przerażało, nagle stało się bliskie i oswojone nawet echo śmiechu cioci Krysi o teściowej, co krwi napsuje, wydało mi się jakimś starym zabobonem, w który wierzą tylko ci, co nigdy nie odważyli się kogoś naprawdę poznać.

Obiecałam sobie wtedy, że cokolwiek się wydarzy, będę się tej naszej rodzinnej lekkości, dobroci i pogody trzymać jak talizmanu. W końcu w życiu najważniejsze jest to, czy potrafimy spojrzeć na siebie z przymrużeniem oka, wybaczyć sobie nawzajem zwłaszcza wtedy, gdy wszystko w ogródku naraz wywróci się do góry nogami.

I wiesz co? Po kilku tygodniach, gdy zniszczone grządki znów się zazieleniły, świnka Franek, już znacznie spokojniejsza, leżała leniwie w zagrodzie, a mama Janina zaglądała do mnie rano z kubkiem świeżego mleka i pytała: Jagódko, dzisiaj ty odpoczniesz, a ja wszystko ogarnę. Wtedy po prostu wiedziałam może i wyskoczyłam za mąż trochę niespodziewanie, ale wskoczyłam w miejsce, któremu warto było dać się zaskoczyć. Czasem najlepsze rzeczy w życiu zaczynają się właśnie od bałaganu na świeżej grządce.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Ledwo osiągnęłam pełnoletność, a już wyszłam za mąż. „Wyskoczyłam” to najtrafniejsze określenie tego kroku, zaskakującego zarówno dla otoczenia, jak i dla mnie samej. Ale stało się, nie ma odwrotu. Zaczęło się nowe życie, zupełnie mi obce, w którym między innymi musiałam poznać rodziców mojego młodego męża, który był nie mniej zagubiony ode mnie. Oboje wypadliśmy z gniazda, nie nauczywszy się jeszcze naprawdę latać.