Miałem w zwyczaju jeździć ciężarówkami po całej Polsce, ale wśród kolegów z drogi nie cieszyłem się sympatią raczej trzymali się na uboczu. Byłem solidnym, doświadczonym kierowcą, lecz zupełnie nie towarzyskim. Nikt nie chciał ze mną jeździć w duecie, a mnie to nie męczyło. Jeden z nich w końcu odszedł, więc zostaliśmy sami. Inni dali mi przydomek Ponury i od tamtej pory tak na mnie wołali, choć imię mi prawie zapomniano.
Trasa była zwykła, towar standardowy. Ruszyłem, patrząc w drogę A przy poboczu zobaczyłem coś, co pełzło po trawie. Chciałem przejechać, ale serce mi podpowiedziało, że nie mogę zostawić tego na pastwę losu. Zatrzymałem ciężarówkę i podszedłem bliżej.
Na ziemi leżał ogromny, pobrzękany kot, którego skóra była cała w krwi. Jego łapa była poparzona, a zwierzak wyglądał, jakby walczył z własnym życiem.
Co ci się stało, kocie? zapytałem, pochylając się nad nim.
Kot tylko syknął i wydał chrypliwy miauk, dając jasno do zrozumienia, że nie potrzebuje pomocy i że lepiej, żebym odjechał swoją drogą.
Rozumiem, przyjacielu pomyślałem, a w głowie przywędrował mi obraz starego kota babci, przy którym jako mały chłopiec grzałem się przy kominku. Dziś już nie ma ani kota, ani babci, ale pozostała pamięć o dobrym sercu.
Nie jestem weterynarzem, ale widzę, że nie da się tego zostawić tak, jak jest. Nie ma tu żadnych chatek, więc spróbuję cię zabrać do kliniki.
Podniósłszy delikatnie kocura, położyłem go na tylnej kanapie mojego tiru. Zwierzak najpierw szarpał się, potem uspokoił, chyba uznając, że nie będzie już gorzej.
Zjechałem do małego miejszcza w województwie śląskim, gdzie znajdowała się przychodnia weterynaryjna. Gdy lekarz, starszy pan w okularach, zobaczył mnie z kotem w rękach, od razu wpuścił nas bez kolejki.
Masz szczęście, kocie rzekł weterynarz. Zdezynfekujemy rany, założymy opatrunek i będziesz mógł wrócić na drogę.
A co ja mam zrobić z nim? zapytałem z rozterką. Mam jeszcze trasę!
Nie mamy tu schroniska, a kot nie jest już kociątkiem, więc nie ma co go oddawać odparł lekarz. Po trzech tygodniach powinno się zagoić, przyjdź po niego.
Kocur spojrzał na nas swoimi zielonymi oczami, a ja poczułem ukłucie sumienia. Czy zostawić go w klinice, czy zabrać ze sobą?
Dobrze, wezmę go ze sobą mruknąłem i ruszyłem w korytarz.
Tam dwie starsze panie plotkowały przy kawie:
Grażyna z córką znowu przychodzi do mnie, bo mąż jej się wypowiedział mówiła pierwsza.
Co za nieszczęście! wtrąciła druga. Sama ma w domu złoto, a mąż to już nie może znieść Słyszałam, że ją bije.
Może dlatego nie wyszła do pracy, bo wciąż ma siniaki dodała pierwsza, patrząc w stronę drzwi, za którymi stał pan z kotem.
Nie wtrącałem się w ich problemy. Każdy ma swoje kłopoty. Ja miałem własny kot przyjął się w moje ręce i stał się nieoczekiwanym prezentem losu. Najpierw musiałem dopłynąć do terminu, ale najważniejsze było, by dostarczyć towar.
Po kilku kilometrach usłyszałem z pobocza dwa ludzie. Kobieta machała ręką, a przy niej mała dziewczynka, patrząca nerwowo w stronę drogi.
Nie biorę pasażerów! odparłem, trzymając się swojego kodeksu.
Miau! rozległo się za mną.
Co to było? spytałem, odwracając się.
Miau! powtórzyła kot.
Może potrzebujecie pomocy? pomyślałem. Lepiej zapytać, niż zostawić was w tyle.
Zatrzymałem samochód i wyjąłem kota na trawę. Kocur natychmiast podniósł ogon, jakby potwierdzając moje przeczucie.
Hej! Dokąd jedziecie? zobaczyłem, jak para biegnie w naszą stronę.
Nie zdążyłem odjechać, a już po pięciu minutach podbiegła kobieta, ciągnąc za rękę dziewczynkę.
Proszę, zabierzcie nas! Do nas jest jeszcze trzydzieści kilometrów! błagała, łzy spływały po policzkach.
Dziewczynka milczała, a jej oczy były mokre od płaczu.
Nie jestem taksówkarzem, a kierowcą ciężarówki! próbowałem wytłumaczyć. Wsiadajcie do autobusu!
Tylko jeden kurs mamy, spóźniliśmy się! protestowała matka. Pomóżcie, a Bóg nam za to podziękuje!
Kot, po czym skończył swoją misję, podszedł i potrącił się w nogę dziewczynki. Mała przytuliła go, a zwierzak mrucząc, zaszył się w jej ramionach.
Mogę was podwieźć, a wy przyjmiecie kota? zaproponowałem, patrząc na kobietę, której łzy zaczęły spływać po policzkach.
Z chęcią, kocham zwierzęta, pracuję w przychodni weterynaryjnej! Nie wiem jeszcze, gdzie się zatrzymamy, ale w sąsiednim mieście mam ciocię, której mogę poprosić o przyjęcie! odpowiedziała.
Co się stało? zapytałem, patrząc, jak dziewczynka głaszcze kota.
Śmiałe blond włosy dziewczynki drżały ze strachu, ale kot nie miał nic przeciwko temu.
Kobieta westchnęła i wspomniała o rozmowie w klinice. Znamy ją to Ela, której mąż był awanturnikiem. Nie wtrącałem się, tylko skinąłem głową:
Dobrze, podwiozę.
Jedźmy, Zosię! zawołała, a ja podniosłem kota i wsiadłaśmy.
Dziewczynka usiadła z tyłu, mama na przednim siedzeniu.
Zapłacę, nie martwcie się! zaczęła, ale ja tylko pomrukiwałem:
Niech będzie. Kot wam się spodobał, więc ludzie dobrzy.
Dziękujemy, kotku! rzekła Ela. A jak go ma pan na imię?
Kot i kot, odparłem. Nie zapoznałem się, po prostu go znalazłem.
Jesteś dobrym człowiekiem! pochwaliła się Ela. A jak się pan nazywa? Kogo czcimy?
Marek Kowalski odpowiedziałem, nieco zmieszany.
Ja nazywam się Ela, a córka ma na imię Zosia dodała.
Czy twoja ciocia przyjmie? zapytałem, choć sam nie wiedziałem, po co.
Mam nadzieję westchnęła. Nie mamy telefonu, a mąż nas zostawił
Wyciągnąłem telefon i podałem jej numer.
Zadzwonię do cioci, choć nie mam numeru wyszeptała.
Powiedz, że przyjdziemy. powiedziałem, próbując pocieszyć.
Nie przyjmiemy kota, ale przyjmiemy ciebie powiedziała Ela, łkając.
Zosia podniosła się i rzekła do kota:
Kocie, przyjedź do nas, będziesz szczęśliwy!
Już z nim rozmawiam mruknąłem. Ona bardzo czuła się, więc zostawmy go z nami.
Kiedy w końcu dostarczyłem towar i odjechałem, Zosia nie chciała zostawić kota, przytulała go i całowała w pieszczotliwą pysk. Nagle podbiegła do mnie i objęła ramionami.
Nie wolno tak! zawołała Ela.
Brakuje jej ojca, więc się przytula mruknął tata.
Moje serce zadrżało. Myślałem o rodzinie, żonie, dzieciach, a tu nagle przyszła mała Zosia ze swoimi lokami, rozpalając we mnie dawne marzenia.
Czy przyjedziesz kiedyś? zapytała, patrząc w górę.
Postaram się odparłem, nie mogąc odmówić.
Zosia pobiegła do domu, a ja wróciłem do auta i ruszyłem dalej. Przed oczami miałem obraz dziewczynki i jej przerażonej matki.
Skąd biorą się tacy ludzie, co podnoszą rękę na słabszych? zapytałem kota. On wydał ciche pomruczenie, jakby się zgadzał.
Powiedziałbym mu, że nie warto podnosić ręki na kobiety i dzieci! myślałem, a kot mrugał.
Miau! potwierdził, pokazując, że ma własne argumenty w postaci pazurów i zębów.
Obecność kota uspokajała mnie, po raz pierwszy na drodze miałem towarzystwo, z którym mogłem porozmawiać. Opowiadałem mu o rodzicach, służbie w wojsku, o polityce. Kot słuchał, czasem mrucząc na znak zgody.
Nagle przy poboczu zobaczyłem samochód, w którym dwóch mężczyzn machało rękami, a jeden wybiegł na jezdnię.
Potrzebna pomoc! krzyknął jeden.
Choć z natury byłem nieśmiały, prawo drogi jednoczy: pomóż, a pomogą ci.
Co się stało? zapytałem, otwierając drzwi.
Jednocześnie jeden z napastników wyciągnął pistolet, a obok przelotem przeszła kulka w kształcie ogona. Kot chwycił napastnika pazurami i rycząc trafił go w twarz. Mężczyzna upuścił broń i próbował się uwolnić, a ja złapałem pistolet i skierowałem go w przestępcę:
Ręce w górę!
Zdejmij kota! krzyczał napastnik. Zniszczy mi oczy!
Nie będzie! powiedziałem, wbijając kolejny cios w drugiego bandytę i chwytając kota, po czym wskoczyłem do swojego tira.
Zgłośiłem incydent na posterunku policji; po pół godzinie zatrzymano sprawców. Policjant, który przybył, powiedział, że ci faceci już nie pierwszy raz kombinują.
Kraj powinien znać swoich bohaterów! wtrącił zadowolony.
Nie jestem bohaterem odparłem. Bo i tak nie uratowałbym ich sam.
Wielu kierowców trafiło w ich ręce, on jest zimny dodał funkcjonariusz. Nie warto się brudzić, a i tak musisz jechać z kotem, prawda?
Spojrzałem na mojego towarzysza.
Tak, jest mój partner w podróży.
Masz szczęście z takim partnerem uśmiechnął się policjant. Rozwalił twarz bandziorowi, chroniąc ciebie!
Rzeczywiście przyznałem poważnie.
Historia o kierowcy i odważnym kocie rozeszła się w internecie; ludzie go rozpoznawali, machali na widok i dziękowali. Ja czułem, że z kotem coś we mnie się zmieniło lód w sercu roztopił się, a oddech stał się lżejszy.
Trzy tygodnie wirowaliśmy po autostradach, a kiedy nadszedł czas zdjęcia bandaża, wjechałem do małego miasteczka, gdzie kiedyś zostawiłem Elę i Zosię. Otworzyłem drzwi przychodni i zobaczyłem ją przy wejściu.
Ach, to pan! wykrzyknęła Ela, nie spuszczając wzroku. Śniło mi się, że przyjedzie pan dziś!
To chyba sen, odparłem, nie wiedząc, co dalej powiedzieć. Czy nic wam nie grozi?
Nie, pokręciła głową Ela. Ciocia nas kocha, a ja właśnie wniosłam pozew rozwodowy szepnęła, spuszczając głowę.
Rozumiem odpowiedziałem, po czym sam nieoczekiwanie dodałem: Czy przyjadę po was?
Oczy Eli rozbłysły, a kot, widząc scenę, wydał donośny miauk.
Mam córkę wymamrotała.
A ja mam kota! odparłem i dodałem: Lena, nie potrafię pięknych słów, ale wiem, że spotkanie to nie przypadek. Nie odmawiaj od razu, przemyśl to. Będę o was dbał.
Miau! potwierdził nasz kocur.
Zastanowię się obiecała Ela.
Miesiąc później wzięliśmy ślub, a ja przeniosłem się do pracy jako kierowca wołowy do szpitala weterynaryjnego. Kot Ponury wciąż mieszka z nami, pilnuje Zosi i od czasu do czasu wzdycha, wspominając przygody z dalekich dróg, leżąc na rozciągniętym sofie.
Romantyzm drogi już minął,I tak, razem z kotem i Zosią, ruszyliśmy w nowy rozdział życia, wiedząc, że prawdziwa przygoda dopiero się zaczyna.







