Szukam kobiety o imieniu Bogusława.
Przez niską bramę wszedłem na podwórko studnię, pełne roztopionego śniegu. To już czwarte takie podwórko na tej ulicy. Dziecięcy plac zabaw, huśtawki, chłopcy kopiący krążek na nasiąkniętym wodą asfalcie. Nikt nie zwracał uwagi na starszego, postawnego mężczyznę w kaszkiecie z futrzanym obszyciem. W tych czterech domach obejścia mieszkało i wynajmowało się wielu Kraków…
Musiałem wejść do domu po prawej od bramy. To się nie mogło zmienić pamiętałem, że to był drugi z trzech pięter, drugie drzwi na głębokim korytarzu, po prawej w rogu. Na framudze kilka kolorowych dzwonków z nazwiskami byłych i obecnych lokatorów.
Pamiętałem każdy szczegół każdą fałdę firany, skrzypienie podłogi, zielony czajnik, krzywy haczyk w oknie, a nawet karalucha, za którym biegaliśmy dwa dni. To wszystko tkwiło głęboko w mojej pamięci.
Nie znałem numeru mieszkania ani dokładnego adresu. Tylko ulicę. Wszystkie podwórka wyglądały identycznie jedno za drugim, na przemian z oficynami. Budowane chyba przez tych samych robotników, według jednego projektu nie sposób było je rozróżnić.
I tak chodziłem od podwórka do podwórka…
Wchodziłem do klatek schodowych, próbowałem znaleźć właściwą zwykle druga od bramy, drugie piętro, drzwi w głębi… Czterdzieste trzecie mieszkanie? A może…
Jeśli był domofon, wybierałem czterdzieści trzy.
Dzień dobry, szukam Bogusławy. Czy wie Pani/Pan…
Czasem nie dawano mi dokończyć, informowano, że tu taka nie mieszkała, czasem wręcz “nie mieszka i nie mieszkała”. Próbowałem raz jeszcze.
To bardzo ważne. Czy w 1980 roku nie mieszkała u Państwa Bogusława? Bardzo mi na tym zależy.
Po trzecim podwórku wyciągnąłem notes, by zapisać:
“16 nikogo, 24 na pewno nie, 32a nie wiedzą, kupione niedawno…”
Podwórek było wiele, trzeba będzie wrócić jeszcze raz do tych, gdzie nikt nie otworzył, gdzie nie miałem odpowiedzi, gdzie jeszcze jest cień wątpliwości.
Wchodziłem po płaskich schodach wielkiej klatki schodowej. Wysokie okna pokryte kurzem, czuć było zapach kotów. Ten sam, który pamiętałem.
Dzień dobry! ukłoniłem się.
Starsza pani w szarym płaszczu z wielką torbą spojrzała na mnie podejrzliwie.
Dzień dobry, a do kogo Pan?
Na drugie piętro. Szukam Bogusławy, kobiety około sześćdziesiątki. Może Pani coś wie?
W której klatce?
W prawym rogu. Dawno temu to było jeszcze gdy były tu mieszkania współdzielone. Domu niestety nie jestem pewien…
W rogu? Tam mieszkają państwo Jankowscy małżeństwo z dwójką dzieci. Bogusławy tu nie było i nie słyszałam o takiej. A mieszkam od dziecka.
Dziękuję spuściłem głowę, schodząc po wytartych schodach.
Pani szła za mną.
A nazwisko zna Pan?
Gdybym znał, już bym znalazł w książce adresowej. Niestety…
To kim dla Pana jest ta… Bogusława?
Zawahałem się. Kim była dla mnie? Bogusława… Bogusia… Bożenka…
Miłości nie da się opisać definicjami. Albo jest, albo jej nie ma. Reszta to obrazy, wspomnienia i konsekwencje. Całe życie myślałem, że miłość jest jak szkło nie przetrwa lat, oddalenia, wygaśnie. Ale ona wracała do mnie czasem, te wewnętrzne przebłyski szczęścia z wspomnień podtrzymywały mnie, ale i bolały.
Byłem winny. Przez czterdzieści lat żyłem z ułomnym sercem.
Te wspomnienia, choć bolesne, odżywiały mnie. Moje serce pierwsze się zbuntowało po śmierci żony. Żyliśmy razem całe życie, choć w końcu coraz chłodniej osobno, pod jednym dachem. Dzieliliśmy się tylko sprawami domowymi.
Dla niej dom był jej twierdzą, mnie akceptowała z obowiązku. Tak mówiła znajomym.
Co mam z nim zrobić? Niech już mieszka…
Dom tonął w obrazach w złotych ramach, kryształach, ciężkich meblach i dywanach. Na środku stał biały fortepian, na nim waza ze sztucznymi kwiatami.
Ten fortepian wydawał mi się udawany. Nie dlatego, że był nieprawdziwy przeciwnie, był to oryginalny Steinway. Ale nikt nigdy na nim nie grał. Stał wyłącznie jako podstawka na wazon. Kosztował więcej niż trzypokojowe mieszkanie w Warszawie.
Była próba nauki gry żona zatrudniła nauczyciela, ale szybko się poddała. Jak wszystko poza masażem czy manikiurem tej sprawy nie dokończyła.
Niedokończona została też jej jedyna ciąża. Nie chcę jej za to obwiniać, ale wydawało mi się, że egoizm przeszkodził jej zostać matką.
Ostatnio często o tym myślałem. Znałem kobietę, dla której fortepian grałby naprawdę.
A mimo to tęskniłem za żoną. Ostatnie lata były spokojniejsze, zdrowie nie dopisywało obojgu, spacerowaliśmy po parku, karmiliśmy kaczki przy stawie. Zacząłem łowić ryby już nie potrzeba było nic udowadniać.
Czemu tu wcześniej nie chodziliśmy, Zośka? Tu jest dobrze… siadywaliśmy nad wodą.
Bo byliśmy głupi mówiła.
Wcześniej zawsze gdzieś biegliśmy. Rozwijałem się jako urzędnik, doszedłem do ministerstwa w Warszawie. Teść pchał mnie wszędzie, zanim się rozgościłem, już czekał awans. Był dumny. Sam bym na takim zięciu polegał, gdybym był Ivanem Pawłowiczem Morawskim, wiceministrem budownictwa.
Nie obyło się bez ingerencji teścia żona po latach mi zdradziła, że to on załatwił moje stanowisko, gdy pokłóciła się z matką. Wiele rzeczy dowiedziałem się dopiero później.
A kim ona dla Pana jest? uparta była ta starsza pani.
Ona? zamyśliłem się Ona to… wszystko, co mi zostało.
Kobieta nie pytała już więcej w moim spojrzeniu było tyle bólu, że nie potrzeba było słów.
Ruszyłem do kolejnego podwórza. Przesiąkłem, dzwoniłem, tłumaczyłem się, czasem narażałem na nieprzyjemności, czasem rozmawiałem długo, tłumacząc, co mnie sprowadza. I znów dalej, kolejny dom…
Nocą wróciłem całkiem rozbity do hotelu. Usnąłem w ubraniu, na łóżku. Rano wszystko zaczęło się od nowa dalej szukałem.
***
Jesień wtedy była wyjątkowo deszczowa. Krakowski bruk złociły liście, które deszcze co chwilę spłukiwały. Na każdym rogu pełno było straganów, tętniło życie, rozbrzmiewały okrzyki.
Po raz pierwszy, lata temu, przyjechałem do Krakowa na konferencję z teściem z Gdańska. Sprawy budowlane w czasach nowej, politycznej i ekonomicznej odwilży były priorytetowe.
Morawski liczył na awans do Warszawy. Dla mnie, młodego, przyszłość była zagadką. Z aktywisty stałem się jego prawą ręką nie planowałem, po prostu wypełniałem swoje obowiązki.
Byłem odpowiedzialny za budowę nowej fabryki na Pomorzu. Czułem ogromną presję, lecz wtedy byłem pewien, że życie można przeobrazić jak się tylko zechce.
W tym Krakowie byłem szczęśliwy. Teść wysyłał mnie w różne miejsca, a pewnego dnia, na Rondzie Mogilskim, usłyszałem przejmującą melodię skrzypiec. Popłynąłem za nią.
Szczupła dziewczyna w błękitnym berecie i chusteczce grała w przejściu podziemnym. Miała na sobie kraciaste, krótkie palto, zgrabne kozaczki nogi jak baletnica. Przed nią otwarty futerał, gdzie przechodnie wrzucali drobne.
Zatrzymałem się. Cała ta scena była jak z innego świata dramatyzm muzyki, szarość ściany za nią, jej kręcone włosy i zgrabne, zmarznięte ręce. Zimno wydawało się dodawać siły w jej grze.
Wokół kręcili się sprzedawcy, przechodnie, nikt nie zostawał na długo, tylko ja stałem jak wmurowany.
Gdy skończyła grać, podbiegł wyrostek chciał ukraść futerał ze zbiorem datków. Kobiety krzyknęły, dziewczyna grała dalej, z zamkniętymi oczami.
Wybiegłem pierwszy w pogoń. Przez chodnik, przebiegając między przechodniami, szukając wsparcia.
Jakiś pan złapał chłopaka na drodze, ten zostawił futerał i uciekł.
Zacząłem zbierać rozrzucone monety, futerał był połamany. Po chwili podeszła skrzypaczka.
Nie szukaj już powiedziała głosem obcym do jej wątłej postury futerał i tak był rozwalony. Dziękuję Panu.
Nie była przygnębiona kradzieżą. Kryło się w niej coś głębszego, prawdziwie bolesnego.
Często tu masz takie sytuacje?
Zdarza się rzuciła obojętnie, odwracając się, ruszając przed siebie.
Ruszyłem za nią. Zrobiła się powolna, w końcu stanęła na moście i długo patrzyła na wodę. Uniosła skrzypce, wystawiła je nad poręczą, gotowa rzucić w głębiny. Zrozumiałem żegna się z nimi.
Nie! zawołałem Proszę, nie rób tego!
W ostatniej chwili powstrzymałem ją, oboje trzymaliśmy futerał nad wodą.
Pani nie powinna była grać tu, tak?
Obiecałam mamie, że nie będę zarabiać na ulicy.
Szkoda, że mama była tak surowa. Dziś po raz pierwszy słyszałem tak piękną grę na skrzypcach…
Zamilkła. Po chwili wyznała:
Mama zmarła dwa miesiące temu.
Zrobiło mi się wstyd, kondolencje przyszły za późno. Szliśmy chwilę w milczeniu. Wiatr szeleścił liśćmi.
Całe życie grałam dla niej. Teraz już nie muszę, nawet nie mam po co żyć i grać też…
Proszę nie mówić takich rzeczy! Gdyby to była tylko konieczność, nie poszłabyś grać w przejściu. To chyba tęsknota?
Nie. Jestem głodna. Nie mam już pieniędzy.
To się da naprawić! wyciągnąłem portfel mam pieniądze, przyniosę też jutro…
Oburzyła się.
Naprawdę myśli Pan, że wezmę od Pana pieniądze? Niech Pan za mną nie idzie!
Odeszła szybkim krokiem. Próbowałem ją zatrzymać, ale uciekła. Zawołałem jeszcze:
Będę tu czekał! Jutro, w tym samym miejscu!
Ale następnego dnia długo nie przychodziła. Przechadzałem się wokół, zaglądałem w przejście. Handlarze kiwali głową nie przyszła. Po paru godzinach pojawiła się jakby mnie nie widziała. Przez ponad dwie godziny słuchałem jej muzyki, siedziałem przy niej. Uśmiechnęła się i byłem szczęśliwy.
Gdy rozłożyłem w futerale banknoty, obruszyła się:
Co Pan robi? To za dużo! Jeszcze ktoś nas okradnie. Chodźmy stąd szybko!
Wtedy podeszli dwaj panowie z okolicy. Kraków miał swoje prawa za miejsce trzeba płacić. Chwilę później byłem już zamieszany w szarpaninę, a ona pobiegła po pomoc. Policjanci przyszli na czas. Dostało mi się, podobno tylko dzięki niej nie straciłem wszystkiego.
Do szpitala?
Nie, dam sobie radę. Zbiorę się tylko…
W takim razie chodźmy do mnie. Tam opatrzę Panu rany.
Pojechaliśmy do jej mieszkania. Zapach duszonej cebuli, książki w każdym kącie. Dwa pokoje, w jednym ołtarzyk z portretem mamy, fortepian z koronką i figurkami słoników. Wspólna łazienka, jak to w starych, krakowskich kamienicach. Pomogła mi złapać karalucha, bandażowała rany.
Piłem herbatę z sucharami więcej nie miała. Pożyczając jej sweter, słuchałem o marzeniach i smutkach, o zabranych z uczelni dokumentach i pracy na targowisku.
Pożegnałem się, ale wróciłem. Przyniosłem jedzenie, żartowała, że jestem uparty. Spędziliśmy razem cudowny dzień. Mieliśmy tylko siebie i kilka godzin. Piliśmy kawę na ławce na Plantach, ona recytowała wiersze, śmiała się, gdy chodziłem za nią z głupimi pytaniami.
Wiecie, że ona jest wirtuozką skrzypiec? zwracałem się do przechodniów. Było bosko.
Potem pocałunki i zaproszenie do Gdańska chciałem, by zamieszkała ze mną.
Refleksja jednak ją przybiła. Cytowała mi Staffa: “To jest pieśń ostatniego spotkania…”
Jakiego ostatniego? Przecież tu jestem!
W nocy, przy fortepianie, grała marsz, potem znowu polowanie na karalucha. Noc stała się naszą. Siedzieliśmy na parapecie, za oknem ulewa. Zdawało mi się, że czas się zatrzymał.
Rano zadzwonił telefon trzeba było natychmiast wracać do pracy. Było zamieszanie, grożono mi konsekwencjami.
Wrócę. Poczekaj. To tylko formalność…
Bogusława kiwała głową, powtarzała wiersz “Przeczuwam nasze przyszłe spotkanie…” i nie rozstawaliśmy się słowami, lecz spojrzeniem.
Nie wiedziałem, że tej kobiety szukać będę przez całe życie. Że wtedy, sprzed lat, mój teść załatwi mi nie karierę, a wyjazd i rozdzieli nas na dekady. Wyjazd do Warszawy był końcem początku.
***
Wróciłem do rzeczywistości podwórka, dworki, notes. Starsze panie na ławce były niezastąpione:
Bogusia? pyta jedna drugą Czy to nie ta, co zmarła na wiosnę? Syn przyjeżdżał nowym samochodem…
Serce nagle ścisnęło z bólu. Bałem się, że ona nie doczekała. To oznaczałoby, że i dla mnie już za późno.
Co Pani opowiada! To nie była Bogusława, tylko Anastazja, ona mieszkała po drugiej stronie!
Jeszcze raz próbowałem. Obejście, dźwięk domofonu, cisza.
W końcu zobaczyłem na ulicy dziewczynę z tyłu ten sam sposób chodzenia, ten sam niebieski szal… Chciałem zawołać Bogusiu!, ale głos ugrzązł w gardle.
Złapałem ją za ramię:
Boguśka!
Odwróciła się podobna była, ale to nie ona. Przeprosiłem, uśmiechnęła się.
Wróciłem wykończony do hotelu.
***
Następnego dnia sił już nie starczyło. Spacerowałem po znajomych ulicach, wiosna wisiała już w powietrzu, słońce zaczynało przygrzewać. Zobaczyłem sklep muzyczny; w witrynie skrzypce.
wszedłem do środka.
W czym mogę pomóc? zapytała ekspedientka.
Proszę pokazać tamte skrzypce. Pamiętam kobietę wirtuozkę. Grała tu niegdyś, Bogusława…
Bogusława? Nie Ptakowska czasem? spytała młoda dziewczyna.
Nie wiem… zna Pani taką skrzypaczkę?
Tak, mieszka tu niedaleko. Teraz jest mężatką, ma synka jakieś osiem lat.
Usiadłem ciężko.
Przepraszam, mogę? Znowu nie odnalazłem. Znów…
Wyszedłem na ulicę. Po drugiej stronie zauważyłem szpaler topoli rosły przy tylko jednym podwórku studni. Musiałem tam pójść.
Na ławce siedziała starsza para. Zapytałem:
Szukam Bogusławy, około sześćdziesięciu lat, mieszkała tu w latach siedemdziesiątych…
Staruszka spojrzała na męża.
To chyba Bożenka, córka Jadwigi… Tak, pamiętam.
Wiedział Pan, że tu mieszkała?
Tak, tu. Po prawej, na drugim piętrze były ich okna. Kiedyś była tam jarzębina…
Była? zamrugałem.
Tak. To była ciężka rodzina; matka zmarła wcześnie, a Bogusia została sama, jeszcze w ciąży. Zatrudniła lokatorki, była nauczycielką muzyki… Ale słyszałam, że teraz jej córka została sławną skrzypaczką.
Gdzie teraz mieszka?
Wyprowadziła się. Ale jej córka tu do dziś. Pewnie podpowie.
Rzuciłem się do właściwej klatki na drugim piętrze. Mąż lekarz, wnuczek Sławek, córka Aleksandra… To ona! Kopia matki z przed lat.
Zmierzyli mi ciśnienie, rozpoznali we mnie “gościa z przeszłości”. Przy herbacie ze łzami w oczach opowiedziałem fragment naszej historii.
Mama mówiła, że Pan był dla niej kimś najważniejszym. Całe życie Pana czekała, nigdy nie wyszła ponownie za mąż. Ja się Pana nigdy nie spodziewałam, ale jakby… wiedziałam, że Pan się kiedyś zjawi.
Bliscy, rodzinna aura, i wreszcie decyzja: adres mamy, mieszka niedaleko, w nowym bloku. Michał, zięć, odwiózł mnie samochodem; pod piąte piętro, numer sto osiemnaście.
Otworzyła drzwi. Przez sekundę cofnął się czas. Włosy już siwe, ale twarz ta sama. Przez dwa dni sprzed lat zdążyłem ją pokochać na życie.
Patrzyliśmy na siebie długo. W końcu wyszeptałem:
Przepraszam. Bogusiu, proszę, wybacz…
Uklęknąłem u jej stóp. Ona też osunęła się na podłogę.
Jesteś. Nie zdążyłem się doczekać… szeptała, a potem wstała Potrzebujesz lekarza?
Zięć był w aucie. On mnie przywiózł…
Ściskała moją dłoń, jakby nie chciała już nigdy puścić. Łzy radości, goryczy lat, które mogły być inne.
Wieczorem, jadąc karetką do szpitala, trzymałem jej rękę.
Teraz będziemy razem obiecała.
Tak, już na zawsze.
***
Czasem, nawet przez pół wieku, nie warto trzymać w sercu urazy i zwlekać ze szczęściem. Lepiej popełnić błąd w uczuciach niż zmarnować życie na rozłąkę i strach. Nie spóźniłem się do swojego szczęścia. To jest chyba najważniejsza nauka mojego życia.






