Szukam kobiety o imieniu Jagoda.
Przechodzi przez niską bramę i wchodzi na podwórko studnię, gdzie po ostatnich roztopach nadal zalega śnieg pomieszany z wodą. To już czwarte podwórko. Mały plac zabaw, huśtawki, chłopcy popychają krążek na mokrym boisku. Krążek rozpryskuje kałuże, ale im to nie przeszkadza.
Stoi chwilę pod bramą, rozgląda się uważnie. Jak bardzo chce, by pamięć przyczepiła się choćby do jakiegoś szczegółu, wyciągnęła z głębi obrazy przeszłości. Ale tutaj wszystko jest inne niż wtedy, kiedyś. Zresztą tyle lat upłynęło. Wtedy poza rozwieszonym praniem, drewnianymi przybudówkami pod oknami, kępami floksów i ławkami nie było tu nic więcej.
A teraz…
Wszystko mogło się zmienić przez tyle lat. A nawet nie mogło się nie zmienić.
Nikt nie zwracał uwagi na postawnego, starszego pana w czapce z futrzaną podszewką. W tych czterech budynkach wiele osób wynajmuje mieszkania. Warszawa…
Musiał wejść do domu od bramy po prawej. To na pewno się nie zmieniło. Pamiętał, że to było drugie piętro, a dom trzy piętrowy. Mieszkanie na głębokim korytarzu, drugie po prawej, w rogu. Na framudze drzwi przyciski domofonów różnych kształtów i kolorów z nazwiskami współlokatorów.
Pamiętał wszystko w środku mieszkania: każdą fałdkę na zasłonie, krzywą klamkę od okna, zielony czajnik, skrzypiące deski i nawet karalucha, którego łapali razem przez dwa dni. Wszystko z tego mieszkania…
Ale nie pamiętał numeru mieszkania ani numeru budynku. Pamiętał tylko ulicę. Nie mógł znaleźć odpowiedniego podwórka, bo jeden dziedziniec podobny był do drugiego. No i ta niepewność co do klatki chyba druga od bramy… Te domy wyglądają niemal identycznie, jakby zbudowane przez tę samą ekipę według jednego projektu.
Tak więc krążył po tych podwórkach…
Prawy budynek, druga klatka, a może raczej druga oficyna, jak mówią tutaj, drugie piętro, drzwi w głębi Czterdzieste trzecie? A może…
Gdzie był domofon, wybierał: 43.
Dzień dobry, szukam Jagody. Proszę powiedzieć…
Czasami nie pozwalano mu skończyć, mówiono, że nikt o takim imieniu tu nie mieszka, czasem wręcz… taki… Musiał próbować jeszcze raz.
Przepraszam, to bardzo ważne. Proszę, czy przypadkiem w osiemdziesiątym roku nie mieszkała u was kobieta o imieniu Jagoda? To bardzo dla mnie ważne.
Kiedy przeszedł trzecie podwórko, wyciągnął notes i zapisał.
“16 nikogo, 24 na pewno nie, 32a nie wiedzą, kupili niedawno…”
Podwórek było wiele, trzeba było wrócić tam, gdzie nie odpowiadano, gdzie nie dodzwonił się do mieszkań, gdzie zostały jeszcze pytania.
Wchodzi po łagodnych schodach dużej, ciemnej klatki. Wielkie okna zakurzone, czuć zapach kotów. Ten zapach był tu zawsze pamiętał.
Dzień dobry! skinął głową.
Na schodach pojawia się starsza kobieta w szarym płaszczu i z torbą na zakupy.
Dzień dobry, do kogo pan idzie? spytała.
Na drugie piętro. Szukam Jagody, kobiety około sześćdziesiątki. Czy mieszka tu taka osoba?
A do którego mieszkania?
Róg po prawej. Ale to było dawniej, kiedy były tu mieszkania dzielone. Nie pamiętam dokładnie numeru domu…
W rogu? Tam mieszkają Bartosz i Mariola z dwójką dzieci. Nie, nie znam żadnej Jagody. A mieszkam tu od dziecka.
Dziękuję spuszcza głowę i zaczyna schodzić po zużytych schodach.
Kobieta schodzi za nim.
Jak się nazywa z nazwiska?
Gdybym pamiętał, już bym sprawdził w książce adresowej albo w internecie. Nie pamiętam, a raczej nigdy nie wiedziałem…
Ale kim ona dla pana jest, jeśli wolno spytać? okazała się być rozmowna.
Zawraca, zmieszany, nie wie co powiedzieć…
Ona?…
A kim ona dla niego jest?
Jagoda… Jagódka… Jaga…
Miłość nie da się zdefiniować. To po prostu fakt. Istnieje, albo jej nie ma. Cała reszta to obrazki z subiektywnymi odczuciami i możliwością konsekwencji.
Janusz Piotrowski przez całe życie łudził się, że miłość to kruche uczucie. Nie przetrwa długo rozłąki. Odejście, zanik, rozpuszczenie się. Jednak te błyski szczęścia, które pojawiały się w nim na wspomnienie tamtych chwil, dawały siłę, a zarazem bolały.
Czuł się winny. Całe życie żył z kalectwem serca.
Pewnie te wspomnienia napędzały mu serce, ale… To właśnie serce pierwsze wysiadło. Kiedy zmarła żona z którą spędził niemal całe życie, a która była mu ostatnio niemal obojętna nagle poczuł ukłucie i przeszedł zawał.
Przez lata nie kłócili się, nie wyjaśniali, po prostu uznali, że lepiej żyć obok siebie w tym samym, wielkim domu podzielonym na osobne przestrzenie. Rozmawiali już tylko o rachunkach i zakupach.
Żona twierdziła, że dom jest jej, a on przypadkowy dodatek, no gdzie go wystawić na bruk? mówiła przyjaciółkom.
W domu aż mieniło się od obrazów w złotych ramach, kryształów, drogich mebli i bibelotów oraz kolorowych dywanów. Na środku salonu stał biały fortepian, a na nim waza ze sztucznymi kwiatami.
Fortepian był autentyczny, słynny niemiecki “Blüthner”, ale Janusz zawsze uważał go za teatralną dekorację bo nikt w domu nie potrafił na nim grać, a wazę zdejmowano tylko wtedy, gdy żona sprowadzała na bankiety muzyków.
Fortepian żona próbowała sama okiełznać zatrudniła nauczycielkę, ale całe przedsięwzięcie skończyło się po paru lekcjach. W niczym nie dotrzymywała konsekwencji, poza zabiegami kosmetycznymi.
Nawet ciąży nie donosiła i choć w tym nie można jej winić, Janusz miał czasem wrażenie, że jej egoizm jej to uniemożliwiał.
Ostatnio często rozmyślał o tym. Znał kobietę, w której rękach fortepian ożywałby naprawdę.
A jednak tęsknił za żoną. Pod koniec i im było lepiej oboje schorowani, spacerowali po osiedlowym parku, karmili kaczki nad stawem, Janusz trochę połowił ryb. Już nie mieli potrzeby nic sobie udowadniać, tylko spacer.
Czemu wcześniej tu nie przychodziliśmy, Gosiu? Przecież tak przyjemnie… mówili, siedząc nad wodą.
Głupcy z nas byli, kiwała głową żona.
Ale wcześniej zawsze gdzieś biegli. On wspinał się po szczeblach urzędu, dotarł aż do ministerstwa w Warszawie. Ojciec Gosi forsował go i przyspieszał awanse. Zanim się Janusz zadomowił na jednym stanowisku, już czekała kolejna nominacja.
Ta kariera była zasłużona Janusz naprawdę pracował ciężko, mądrze, był przebojowy i odważny. Taki zięć zastępca przewodniczącego Komitetu Budownictwa, Henryk Polkowski cenił go bardzo.
Tylko na początku Janusz był blisko ucieczki a wtedy ojciec Gosi interweniował. O tym, jak, żona wygadała się dopiero po latach już po śmierci jej ojca, podczas kłótni z matką. Wiele dowiedziała się dopiero wtedy.
… A kim ona dla pana? znów spytała starsza kobieta.
Janusz spojrzał, zmieszany, nie wiedział co odpowiedzieć…
Ona? … Chyba wszystkim, co mi zostało.
Stara rozmówczyni już nie dopytywała. Widziała w oczach Janusza ból, wiedziała, że szuka kogoś bardzo bliskiego.
A on poszedł na kolejne podwórko. Nogi przemokły. Dzwonił, pukał, spotykał się z obojętnością, a czasem z niechęcią, a innym razem rozmawiał dłużej, wyjaśniając sytuację. Potem znów szedł dalej…
Wieczorem wraca do hotelu całkowicie wyczerpany. Pada na łóżko w kurtce, zamyka oczy. Bolą go nogi i plecy, ciężko oddycha, głowa pęka. Ale rano znów idzie na poszukiwania.
***
Jesień była wtedy wyjątkowo deszczowa. Warszawski bruk przykrywał się złotym pledem liści, ale wszystko rozmiękczały ulewne deszcze. Handel kwitł na ulicach wszędzie, dosłownie, stragany i kioski. Nowe czasy.
Przyjechał do Warszawy z Poznania na konferencję budowlaną w ramach nowych przemian gospodarczych z przyszłym teściem.
To miał być kluczowy wyjazd dla Polkowskiego, oczekiwał nominacji do ministerstwa. Młody Janusz Piotrowski nie oczekiwał niczego. Przypadkiem wybił się na prawą rękę sekretarza województwa, ale nie snuł wielkich planów.
Prowadził nadzór nad budową nowej fabryki. Był młody, nie zawracał sobie głowy przyszłością.
Cieszył się Warszawą miastem pełnym uroku. Polkowski wysyłał go w różne sprawunki. I wtedy, na stacji metra Politechnika, Janusz usłyszał dźwięk skrzypiec. Niesamowita melodia przyciągnęła go jak magnes.
Młoda dziewczyna w błękitnej czapce, zawinięta w koronkową chustę, gra na skrzypcach. Za nią wilgotny mur. Krótkie płaszczyko w kratę, krótkie buty, nogi jak u baletnicy. Przed nią otwarty futerał, do którego ludzie wrzucają monety.
Janusz zamarł. Wszystko w tym obrazie było niezwykłe: dramat muzyki, błękitny szalik, kudłate włosy, brudna ściana i czerwone z zimna dłonie. Dziewczyna marzła, lecz wydawało się, że to ją napędza do grania jeszcze mocniej.
Obok handlarze, tłum kupujących, ktoś się targuje, ktoś wrzuca kilka groszy, ale nikt nie stawia tu długo. Tylko on stoi.
Dziewczyna kończy melodię, odkłada skrzypce pod pachę, pociera zmarznięte ręce, ciągnie na nie rękawy swetra. Po chwili opiera instrument na ramieniu i ze zręcznością wznosi smyczek zaczyna nową, ekspresyjną pieśń. Zamknęła oczy, jakby oddawała całą siebie tej muzyce.
I nagle piętnastoletni chłopak przykuca przy nogach skrzypaczki i natychmiast wyrywa jej futerał.
Ukradł! Złodziej! Pomocy! pierwsza reaguje przekupka, jej głos rozbrzmiewa w tunelu.
Skrzypaczka dalej gra z oczami zamkniętymi.
Janusz rusza za złodziejem. Biegnie po schodach, nie spuszczając go z oka, krzyczy do przechodniów:
Łapać złodzieja!
Grubszy mężczyzna zastępuje chłopakowi drogę, ten go odtrąca, rzuca futerał i ucieka dalej przez zatłoczoną ulicę. Janusz nie goni, wraca po futerał, zbiera rachityczne drobniaki. Futerał pękł, klapka odpadła. Skrzypaczka zmieszana podchodzi.
Oddał futerał. Niestety, uszkodzony, wyjaśnia Janusz, zbiera drobne Wszystko, co zdołałem znaleźć. podaje jej monety.
Nie trzeba. Niech pan więcej nie szuka. Głos głęboki. Futerał i tak był popsuty, często się rozpada. Dziękuję panu.
Dziewczyna jest bardzo poważna, ale Janusz wyczuwa, że coś więcej ją trapi.
Często się to tu zdarza? pyta, usiłując nawiązać kontakt.
Ale dziewczyna zamknięta w sobie.
Zdarza się. Odpowiedziała i odeszła w kierunku Alei.
Janusz nie miał powodu, by iść za nią, ale nogi poniosły go same. Dziewczyna coraz wolniej, w końcu przystaje na moście. Janusz jeszcze obserwuje. Stoi długo, patrzy w wodę. Wiatr podnosi jej szalik.
I nagle unosi futerał nad barierką mostu, chce go wyrzucić. Janusz rzuca się w jej stronę.
Proszę pani, nie! Niech Pani tego nie robi!
Zatrzymuje się, zaskoczona, razem trzymają futerał nad wodą.
To pan? Po co?
Nie mogłem pozwolić…
Zawiodłam mamę. Powinnam… podbija futerał, ale Janusz go chwyta.
Delikatnie cofa skrzypce na chodnik mostu.
Widzisz? Nawet ona nie chce odejść. Ma muzykę do oddania światu, podaje jej instrument. Dlaczego jej to robisz?
Nie powinnam grać na ulicy. Obiecałam…
Komu?
Mamie…
Szkoda, że mama taka surowa. Ja pierwszy raz słyszałem dziś taką prawdziwą grę na skrzypcach. Gdybyś dziś nie wyszła…
Ale ona wycofuje się, idzie szybciej. Janusz jeszcze usiłuje żartować, ale dziewczyna odpowiada niechętnie.
Mama zmarła dwa miesiące temu.
Ojej, przepraszam… Bardzo mi przykro. A więc
Przez chwilę milczą, idą razem równo, wiatr szarpie żółtymi liśćmi. Nagle ona pierwsza mówi:
Całe życie grałam dla niej. Teraz już nie ma sensu grać, ani dla niej, ani dla siebie.
Ale to dusza ciągnie do muzyki. Inaczej byś tu nie grała, prawda?
To nie dusza. To głód. Kończą mi się pieniądze, nie mam już nic do jedzenia…
Ale to da się naprawić! raduje się Janusz, sięga do portfela Tu mam. Niewiele, ale w hotelu jeszcze zostawiłem, jutro przyniosę.
Ona się zatrzymuje, patrzy na niego z wyrzutem.
Naprawdę pan myśli, że wezmę pieniądze od nieznajomego? Niech pan nie idzie za mną.
Przyspiesza kroku.
Przepraszam! Jestem… głupcem. Już panie widzi… Ale będę tu jutro i czekał! Przyjdź, proszę! Będę cię chronił przed złodziejami!
Następnego dnia czeka ją długo najpierw nie może się wyrwać, pojawia się dopiero po obiedzie, dziewczyny nie ma. Handelki informują, że nie była dziś wcale.
Czeka trzy godziny, idzie tam i z powrotem. Wie, że Polkowski na niego czeka, ale nie odpuszcza. W końcu pojawia się dziewczyna. Gra jakby nigdy nic. Przychodzi sprzedawczyni z krzesłem wszyscy wiedzą, że Janusz tu przesiaduje dla tej samej skrzypaczki. Słucha dwa razy dłużej niż wczoraj i wreszcie, gdy kończy, wrzuca jej do futerału banknoty.
Co pan robi! Za dużo! wyrywa banknoty, oddaje mu, Proszę, zabierz pan, tu niebezpiecznie.
Zbiera instrument, prowadzi go po schodach. Dwóch osiłków już na nich czeka. Janusz nie rozumie, że w Warszawie panują swoje zasady za ulicznego granie trzeba się opłacać. Dziś już czekali na adoratora.
Dziewucha, ile winnaś za miejsce? straszą bandyci.
Może kawaler za nią zapłaci? śmieją się.
Zaczyna się bójka. Janusz umie się bronić, ale bandytów przybywa. Skrzypaczka natychmiast ucieka po pomoc, szybko zjawia się patrol policji. Janusz obity, siedzi na ziemi.
Do szpitala?
Nie trzeba, dam radę.
To szybko taksówka i do domu. Gdzie pan mieszka? pyta. Ja nie tutejsza.
W hotelu, ale nie mogę tam wrócić tak poobijany, to hotel urzędowy.
U mnie, jedziemy szybko!
Wspina się z nim, podtrzymuje. Bierze taksówkę, podaje adres, którego Janusz nigdy potem nie będzie w stanie sobie przypomnieć. Drugi piętro, mieszkanie w oficynie, za oknem druga klatka, pod nią jarzębina.
Mieszkanie pachnie cebulą, kurzem i starymi butami. W głębi światło dziewczyna otwiera pokój. Przestrzeń dzieli na dwie części większy salon i mała sypialnia. W kącie portret młodej kobiety wśród kwiatów. Przy ścianie pianino, na nim biała serwetka, figurki słoni.
I książki, książki…
Te wspomnienia trwały z nim całe życie, pojawiały się w chwilach szczęścia i bólu. A czasem kazały się schować, czasem właśnie budziły trwogę i słodycz wspomnień.
Janusz musi się rozebrać, dziewczyna podaje mu jakieś ubranie. Idzie do wspólnej łazienki, gdzie sąsiad pije piwo.
Kogo to tu zniosłaś, Jagoda? pyta sąsiad.
Nawet nie wiem. My się nie znamy…
Ja też Janusz, jesteśmy imiennikami.
Nagle pojawia się karaluch. Jagoda chwyta kapcia, cała mieszkanie łapie karalucha.
Dziewczyna opatruje rany, gotują herbatę i jedzą suchary nie ma nic więcej w domu. Nie ma nawet cukru. Ceruje mu spodnie i słucha jego opowieści o Poznaniu, pracy, życiu. Ona mówi o sobie rzuciła Akademię Muzyczną.
Sąsiadka zabierze mnie na rynek, będę handlować z nią warzywami przy Łazienkach.
A przecież taka jesteś skrzypaczka!
Ale teraz nie ma na muzyków zapotrzebowania wzdycha, Proszę, spodnie już gotowe.
Uśmiecha się, rozchodzą się ale Janusz wraca. Kupuje w sklepie cukier i masę innych produktów. Ona złości się, ale przyjmuje i umawia się na kolejną wizytę.
Jest szczęśliwy, patrzy na jej okno ono macha mu z drugiego piętra, pod oknem jarzębina, dalej topole.
Polkowski widząc pieczątkę pod okiem u Janusza dostaje furii.
Gdzieś się tłukłeś? Na pogotowiu byłeś? Od dziś nie ruszysz się beze mnie…
Ale znajduje moment by się urwać. I wtedy znajduje to swoje podwórko, dom. Wchodzi z tortem i produktami.
Jagódka znowu zrzędzi. Tego dnia spacerują po Warszawie, biegają po deszczu, śmieją się, Janusz zagaduje przechodniów, że ta dziewczyna jest genialną skrzypaczką ona recytuje poezję, dużo zna wierszy. Marzną, piją gorącą czekoladę z jednej filiżanki. Są szczęśliwi.
Później się całują i Janusz prosi ją, by pojechała z nim do Poznania. Ożeni się z nią. Ona nagle smutnieje, recytuje:
To pieśń ostatniego spotkania,
Spojrzałam w mrok domu,
Tylko w sypialni paliła się świeca
Obojętnie żółtym płomieniem…
Jagoda, co ty? Jak ostatnie? Ja mówię serio wyjdź za mnie…
Chodź do mnie, chodź.
Tam…
Jagódko, naprawdę tego chcesz?
Bardzo… Zostań u mnie dziś.
Dzwoni do Polkowskiego, że jest na pogotowiu. Może sekretarz mu nie wierzy, ale jest mu to obojętne. Musi być z nią.
W jego koszulce na gołe ciało gra na pianinie marsza, potem cała wspólnota ściga karalucha razem. A potem… noc.
Siedząc na parapecie, słuchają deszczu, ona znów recytuje wiersz:
Natura w rozpadzie, odpływy zmieniają się w przypływy…
Nie jedziesz ze mną, słyszysz? Żadnej rozłąki!
A rano… telefon. Sąsiad puka ktoś domaga się Janusza do telefonu.
Polkowski już nie zły, a smutny.
Natychmiast! Mają cię zamknąć, Janusz!
Jagoda patrzy na niego dziwnie.
Jagoda, wrócę, rozwiążę wszystko. Pomyłka przecież
Jasne, wrócisz Wierzę ci, nie martw się ona recytuje dalej: Czuję spotkanie drugie, nieuniknione spotkanie z tobą. Do zobaczenia, Janusz!
Janusz rozmyśla tylko nad tym jakie zarzuty mogli mu postawić? Sabotaż, niegospodarność, łapówki… Jemu brakowało doświadczenia, często podpisywał papiery bez studiowania szczegółów.
O wszystko zadbał przyszły teść. Sztuka, starannie przygotowane pułapki. Gdyby wtedy ktoś mu powiedział, że to wszystko układ nie uwierzyłby. Tyle protokołów, danych, świadków…
Polkowski surowy:
Wiesz czym to grozi? Dwadzieścia lat. Nie obóz, ale prawdziwe więzienie. Wracasz kaleką… Chcę ci pomóc, ale musisz się ożenić ze Swietką (córką). Wtedy cię wyciągnę.
Janusz podnosi oczy.
Nie mogę. Kocham inną…
Kogo? Przystań na swoje, ja umywam ręce.
Janusz się przestraszył. Przychodzi funkcjonariusz, przesłuchuje. Następnego dnia Polkowski daje mu bilet, każe natychmiast uciekać.
Na Dworcu Centralnym rozbrzmiewa koncert skrzypcowy z głośnika. Janusz chowa się za budynkiem i pierwszy raz jako dorosły mężczyzna gorzko płacze.
***
Z czasem zrozumiał, że starsze panie to najlepsze źródło informacji.
Jagoda? starsze kobiety patrzą po sobie. Może to nie ta, co umarła wiosną? Przyszedł syn, duży samochód
Janusz poczuł ścisk w sercu, chwycił się latarni. Tego bał się najbardziej że jej nie ma, nie doczekała.
Ależ nie! To była Anastazja, mieszkała po lewej. Nie słuchaj jej…
Znów dzwoni, puka, szuka. Nie znajduje już żadnej jarzębiny może wycięta przy remoncie. Idzie do hotelu zrezygnowany.
Jutro ostatni dzień. Czy starczy mu sił?
Leży prawie do obiadu w hotelu wczoraj przesadził z lekami, dziś jest wyczerpany tak, że mógłby przespać cały dzień. Ale w końcu się podnosi. Unika kawy, bo serce bije niespokojnie.
Taksiarką podjeżdża pod znajome podwórko. Zastanawia się, znów pytać, od czego zacząć? I nagle po drugiej stronie ulicy widzi sklep muzyczny. W witrynie skrzypce.
Wchodzi.
Czym mogę służyć? pyta młoda ekspedientka.
Chciałbym zobaczyć te skrzypce…
Z dejmuje instrument, pyta Bedzie pan próbował?
Nie, nie umiem grać. Znałem kiedyś kobietę, skrzypaczkę… Jagoda.
Jagoda? Może Jagoda Nowak?
Nie pamiętam nazwiska. Pani zna Jagodę Nowak?
Tak.
Może szukam właśnie jej, od trzech dni. Wie Pani, gdzie mieszka?
Adresu nie znam, ale mieszka gdzieś tu, w tych domach. Ma synka, z mężem, chyba Kasińskim.
Ile ma lat ta Jagoda?
Nie wiem, trzydzieści parę.
Usiądę na chwilę mówi Janusz, odpina płaszcz.
Źle się pan czuje? Może wodę podać?
Nie, tylko znów… nie odnalazłem. Znów… i wychodzi.
Ekspedientka patrzy za nim z konsternacją. Dziwny pan!
Janusz jeszcze raz patrzy na budynki nagle rozpoznaje topole. Jest, za jednym tylko podwórkiem. Może już wyrosły nowe, może wycięli stare. Idzie. Spotyka starsze małżeństwo na spacerze.
Szukam kobiety około sześćdziesiątki, Jagody. Mieszkała tu w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Była skrzypaczką powtarza wyrywkowo pytanie.
Starsza pani pyta męża Masz, to przecież córka Marysi, nasza Jagódka!
Pana poproszę, usiądźmy…
Podchodzą do ławki.
Tu właśnie mieszkały, w pierwszej klatce. Była jarzębina pod oknem, pamiętam!
Jarzębina? Była, za remontu wycięli… Ciężko było Jagodzie i jej mamie, ledwo dawały radę. Jak matka umarła, została sama i w ciąży. Sprzątała po klatkach. Wzięła studentki na sublokatorki, a uczyła ciągle na skrzypcach. Ale dziewczynę wychowała piękną teraz i pieniądze ma.
A gdzie ona dziś?
Przeprowadziła się, nie wiemy gdzie…
Nadzieja znowu opada.
Córka mieszka tu, na starym. Zapytaj ją, powie. Pierwsza klatka, drugie piętro, mieszkanie na prawo. Jagoda znana u nas, wszyscy ją kochali. Jagoda Nowak-Kasińska.
Nogi Janusza odmawiają posłuszeństwa. Wyczuwa mieszkanie, dzwoni na domofon.
Słucham?! męski głos.
Janusz się zacina.
Ja… ee…
Do kogo? głos zniecierpliwiony.
Do Kasińskich udaje mu się powiedzieć.
Proszę wejść.
Z trudem wspina się na piętro. Wychodzi mu naprzeciw młody mężczyzna.
Źle się pan czuje?
Chyba tak… Szukam adresu Jagody mówi, opiera się na poręczy.
Mężczyzna podtrzymuje, zaprowadza do mieszkania.
Połóż się pan na kanapie. Jestem lekarzem, zaraz zmierzę ciśnienie.
Janusz nie chce sprawiać kłopotu, zdejmuje buty, dostaje leki, mierzą ciśnienie, słuchają serca.
I wtedy do pokoju wchodzi ona Ta sama młoda kobieta, którą wczoraj minął na ulicy obecnie w domowej sukience, niczym Jagoda przed laty. To jej córka!
Boże! Wszystko jasne… Przyszedł do własnej córki, wnuka.
Mierzą mu ciśnienie, podają zastrzyk.
Jak panu imię? pyta ośmioletni chłopiec.
Janusz.
A jak twój tata? dopytuje chłopca.
Michał Kasiński.
Przychodzi Michał pan po zastrzyku już odżywa.
Gdzie mieszka twoja mama? Jagoda, pyta Janusz.
Za chwilę będzie herbata, dojdzie pan do siebie. Mama ma się dobrze. Byliście znajomi?
Tak, dawno. I bywałem tu, kiedyś, w tych prawej częściach.
Tak, bo po remoncie zrobiliśmy połączenie dwóch pokoi, rozbudowaliśmy się, mama dostała swoje mieszkanie. Pracowałam za granicą, były środki.
Muszę ją zobaczyć Przepraszam za pytanie, który rocznik pani? pyta już drżącym głosem.
Kobieta spuszcza głowę.
Osiemdziesiąty pierwszy. Pan jest moim ojcem…?
Janusz ściska się za serce. Widzi, jak bardzo obciążony jest losem, a łzy spływają.
Nie wiedziałem… powinienem był wiedzieć…
Przechodzą do jasnej kuchni.
Są tu karaluchy?
Broń Boże! Boję się ich! śmieje się Saska.
Kiedyś były… twoja mama się ich nie bała. Z butem na całość.
Robi się ciepło, Janusz ociera łzę w dłoni.
Opowiedz mi o was… Jak się żyło z mamą?
Po prostu. Było ciężko, ale mówi, że ja ją uratowałam. Byłam maleńka, walczyła od pierwszych dni o mnie. Praca w trzech miejscach, do mojego dziewiątego roku sublokatorki. Dało się żyć jak wszyscy.
Jestem wam winien… wszystko!
A wyście się rozstali, bo co? Mama mówi, że tak chciał los. Nie winiła nigdy.
Była pewna, że wrócę…
Tak mówiła. Aż dziw, że pan dziś tu przyszedł! Ale nie dzwońmy do mamy, powinien pan sam prosi.
Michał nalega, by nie zwlekać. Dostaje adres: nowy blok, piąte piętro, mieszkanie 118.
Zawieziemy pana, ale potem szpital! stawia warunek.
Zgoda. Janusz uśmiecha się do wnuka No widzisz, trzeba słuchać dorosłych!
Jadą. Osiedla urosły nowe, nowoczesne. Piąte piętro. Numer 118. Z kluczem do domofonu wchodzi.
Drzwi otwierają się bez pytań. Jest. Taka sama. Włosy spokojniejsze, mniej młodzieńcza, lecz nadal Jagoda.
O Boże! Tyle lat minęło. Tylko dwa dni byli kiedyś razem, a wiązało ich całe życie…
Jagoda patrzy na niego. W jej oczach niepokój i nadzieja.
Jaga, ja… Proszę cię, wybacz… a nogi już słabną, upada na kolana.
Ona również siada przy nim.
Janusz, co się dzieje? Pomóc ci? Leż…
Oboje siedzą na podłodze i trzymają się mocno za ręce, przerywają sobie, mówią chaotycznie…
Znalazłem cię! Dlaczego tyle zwlekałem?
Nie wiedziałeś o córce… rozumiem.
Jestem głupcem…
Nie gniewam się, wiedziałam, że wrócisz. Czekałam…
Tak długo Pamiętasz, wtedy…
Uczyłam się na pamięć… “Natura w rozpadzie, odpływy zmieniają…” zaczyna szeptem, Janusz dopowiada.
I cichną dźwięki z winy rozłąki mnie z tobą…
Ale nie o te słowa chodzi. Teraz zadzwonię do zięcia, on ci pomoże bezpieczniej u lekarza!
On czeka na dole mówi Janusz.
Co?
Przywiózł mnie…
Chwilę później jadą już razem samochodem do szpitala. Siedzą obok siebie, trzymając się za ręce Janusz bezpieczny pod opieką Jagody, ona uspokaja go, głaszcząc dłoń.
Wtedy z oczu Janusza płyną łzy bo znalazł, bo udało się, bo życie poszło nie tak, jak mogło…
Płaczesz? Nie płacz, Janusz. Teraz będzie już dobrze. Wyzdrowiejesz, będziemy razem…
Już tylko razem…
By odwrócić uwagę, Jagoda znów recytuje wiersz…
Ja nad przyszłością czuwam w tajemnicy, gdy wieczór jest całkiem błękitny, czuję spotkanie drugie, nieuniknione… spotkanie z tobą.
Samochód pędzi przez miasto. Do szpitala, by tam pomogli człowiekowi, który w końcu uwierzył, że można jeszcze spotkać miłość życia.
Nie spóźnił się do swojego szczęścia. ZdążyłGdy lekarz prowadzący pytał Janusza o dolegliwości i zapisywał w rubryczkach odpowiedzi, Jagoda siedziała na podłokietniku szpitalnego fotela. Miała w dłoniach jego dłoń duża, szorstka, jak kiedyś. Szeptała:
Już się nie boję, Janusz. Teraz będzie spokojnie.
Ordynator mówił o leczeniu, o badaniach, a Janusz myślami był daleko. Słuchał znów deszczu uderzającego o dach poddasza, czuł w ustach smak herbaty z cukrem, słyszał, jak Jagoda śmieje się wtedy, i tuż teraz.
Po badaniach siedli na szpitalnej ławce. Ona wyciągnęła z torebki stary, zmęczony szal w błękitną kratę ten sam. Rozwinęła go ostrożnie i zarzuciła mu na szyję.
Przyniosłam, żebyś nie zapomniał, kim jestem…
Uśmiechnął się pierwszy raz od lat tak prawdziwie i lekko.
Nigdy, Jagódko.
Patrzyli razem za okno. Po chodniku szła ich wnuczka ze skrzypcami w futerale, podskakiwała śmiejąc się do koleżanki. Dzień był jasny, niebo jak dzieciństwo błękitne, nieskończone.
Janusz pomyślał, że czas nie odwołuje miłości. Czas ją tylko przekształca: pozwala rozbłysnąć jej na nowo, nawet gdy wydawało się, że wszystko już przepadło.
Siedzieli ramię w ramię, ściśnięci w promieniach jesiennego światła. Wokół szpitalnego parku z drzew, które pamiętały ich młodość, słychać było gdzieś cichą muzykę czy to grała wnuczka, czy to tylko grało serce, trudno powiedzieć.
Teraz już cię nie oddam, Jagodo, szepnął Janusz. Nim popłyną następne przypływy.
A ona tylko przytuliła się do niego i przymknęła oczy, czuwając przez chwilę wieczność nad ich szczęściem.
Wreszcie znalezieni. Na zawsze odnalezieni.






