Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.

Szukam kobiety o imieniu Ludmiła.

Przeszedłem przez niska bramę, wchodząc do studniowatego podwórza tonącego w topniejącym śniegu. To już czwarty taki dziedziniec. Dziecięcy plac zabaw, huśtawki, chłopcy ganiają na mokrym boisku krążek hokejowy. Woda rozchlapuje się spod łopaty, ale im to zupełnie nie przeszkadza.

Zatrzymałem się pod bramą, rozejrzałem się po dziedzińcu. Marzyłem, żeby pamięć uchwyciła coś znajomego, wyłowiła z głębin szczegóły przeszłości. Ale wszystko tutaj wydawało się inne niż tam, w jej zakamarkach. Nic dziwnego minęło przecież tyle lat. Wtedy były tu tylko sznury z praniem, garaże pod oknami, ławki i krzaki floksów.

A teraz

Tak długi czas nie mógł nie przynieść zmian.

Nikt nie zwracał uwagi na nieznanego starszego pana w czapce z futrem. W tych czterech kamienicach wiele mieszkań było wynajmowanych. Warszawa…

Musiałem wejść do budynku po prawej stronie od bramy. To jedno z niewielu wspomnień, które pozostały niezatarte trzy piętra, szukałem drugiego, za zakrętem, głęboko, druga drzwi po prawej. Na framudze przycisków domofonu nazwiska gospodarzy.

W pamięci miałem każdy szczegół wewnątrz, każdy fałd zasłony, skrzypnięcie podłogi, zielony czajnik, nawet karaluch, którego łapaliśmy przez dwa dni. Ale nie pamiętałem numeru mieszkania, ani numeru budynku. Znałem tylko ulicę. A podwórza-studnie ciągnęły się jedno za drugim.

Było jasno wszystkie domy podobne, zbudowane tym samym planem, wyróżnić je trudno.

Chodziłem więc po kolejnych podwórzach…

Prawy budynek, druga klatka, nie tutaj się mówi: druga brama, drugie piętro, drzwi w głębi Czterdzieste trzecie? Czy…

W domofonie wpisywałem: 43.

Dzień dobry, szukam Ludmiły. Czy mogę zapytać…

Często nie kończyłem pytania, mówiono tylko, że takiej tu nie mieszka, czasem nawet nie mieszkała. Próbowałem ponownie.

Przepraszam, to bardzo ważne. Czy w 1980 roku nie mogła tu mieszkać kobieta o imieniu Ludmiła? To dla mnie istotne.

Po trzecim podwórzu wyciągnąłem notes i notowałem:

“16 nikogo nie ma, 24 na pewno nie, 32a nie wiedzą, kupili niedawno”

Podwórzy było wiele. Musiałem wrócić tam, gdzie nie dostałem odpowiedzi albo nie udało się dodzwonić.

Wchodziłem po płaskich stopniach szerokiej, ciemnej klatki schodowej. Wysokie okna były zakurzone, pachniało kotami. Ten zapach również pamiętałem.

Dzień dobry! ukłoniłem się.

Na schodach mijała mnie starsza pani w popielatym płaszczu z torbą na zakupy.

Dzień dobry, do kogo pan idzie? zapytała uprzejmie.

Na drugie piętro. Szukam Ludmiły, około sześćdziesiątki. Czy pani wie, czy tu mieszka?

A numer mieszkania?

Ten w rogu, po prawej. Ale było to jeszcze za czasów mieszkań komunalnych. Nie pamiętam dokładnie numeru…

Róg? Nie, tam mieszkają Państwo Nowakowie, żona z mężem i dwoje dzieci. Żadnej Ludmiły nigdy tu nie było, a ja mieszkam tu od dziecka.

Dziękuję spuściłem głowę i zacząłem schodzić po wytartych schodach.

Wspinałem się jednak na kolejne piętra, zaglądając za każde drzwi.

A jak nazwisko? dopytywała kobieta.

Gdybym je znał, dawno bym już ją znalazł Nie pamiętam, właściwie nie wiem.

A kim jest dla pana, jeśli wolno spytać?

Zawahałem się, chciałem odpowiedzieć, ale brakło mi słów…

Kto ona dla mnie? Ludmiła… Mila…

Miłość nie potrzebuje definicji po prostu jest albo jej nie ma. Reszta to subiektywne odczucia i wydarzenia.

Przez całe życie żywiłem nadzieję, że miłość jest kruche uczucie i nie przetrwa długiego rozstania. Myliłem się. Te szczęśliwe przebłyski wspomnień dodawały sił i równocześnie bolały.

Czułem się winny. Żyłem z niewidzialną dziurą w sercu przez czterdzieści lat.

To właśnie te wspomnienia trzymały mnie przy życiu, chociaż… Być może to przez serce wszystko się zaczęło. Kiedy zmarła żona, z którą spędziłem niemal całe życie choć ostatnimi laty coraz bardziej oddzielnie serce zaczęło szwankować. Po śmierci żony dostałem zawału.

Nie kłóciliśmy się z żoną, po prostu przestaliśmy być razem, rozeszliśmy się po pokojach, porozumiewaliśmy się tylko w kwestiach praktycznych.

Dla mojej żony dom znaczył wyłącznie jej dom, traktowała mnie w nim jak nieproszony gość. Często mawiała starszym przyjaciółkom:

A gdzie go mam wyrzucić? Niech mieszka.

W salonie roiło się od obrazów w złotych ramach, wszędzie pełno szlifowanego szkła, masywnych mebli i kolorowych lśniących bibelotów oraz dywanów na podłogach i ścianach. Na środku białe pianino, na nim waza ze sztucznymi kwiatami.

To pianino było dla mnie jak podróbka. Wcale nie dlatego, że było fałszywe wręcz przeciwnie, był to prawdziwy amerykański “Steinway & Sons”. Ale wywoływało właśnie takie skojarzenia bo nikt nigdy w naszym domu na nim nie grał. Służyło tylko jako podstawa do wazy.

Raz żona sprowadziła muzyków na wieczór, drugi raz też potem już zostaliśmy przy magnetofonie. To nie było towarzystwo na występy na żywo.

Dla żony pianino było po prostu stojakiem na wazon, chociaż kosztowało, jak mieszkanie w centrum Warszawy.

Sama próbowała się uczyć zatrudniła nauczyciela, ale szybko odpuściła. Zresztą ona rzadko doprowadzała rzeczy do końca, poza zabiegami manicure’u czy masażem.

Nie dane jej było również spełnić się jako matka. Trudno było ją za to winić, ale miałem przeświadczenie, że to egoizm sprawił, iż nie zdecydowała się urodzić.

Ostatnimi laty dużo o tym rozmyślałem. Wiedziałem, że są kobiety, u których fortepian ożywa pod rękami.

Mimo wszystko tęskniłem za żoną. Z biegiem lat nasze relacje się poprawiły. Oboje podupadliśmy na zdrowiu, spacerowaliśmy po podwórku, jeździliśmy do parku, karmiliśmy kaczki nad stawem nieopodal. Nawet wędkowałem dla rozrywki. Wtedy już nic nie musieliśmy sobie udowadniać.

Czemu nigdy tu wcześniej nie spacerowaliśmy, Ludko? pytałem.

Bo głupi byliśmy przytakiwała żona.

Wcześniej stale gdzieś się spieszyliśmy, wspinałem się po szczeblach kariery urzędnika państwowego i dotarłem do Ministerstwa w Warszawie. Ojciec Ludwiki ciągnął mnie w górę nie zdążyłem nawet przyzwyczaić się do jednej posady, a już załatwiano awans.

Byłem pracowity, bystry, miałem smykałkę zarządczą. Umiałem wymagać, dostosowywać się i podejmować ryzyko. O takim zięciu marzył wiceminister budownictwa Henryk Nowak.

Na początku byłem bliski, by mu się wymknąć, musiał podjąć kroki, których szczegóły wyszły na jaw dopiero wiele lat później, już po jego śmierci.

***

W kolejnym podwórzu okazało się, że starsze panie na ławkach to najbardziej niezawodne informantki.

Ludmiła? spojrzały porozumiewawczo, To nie ta, co zmarła wiosną? Przypominasz sobie, przyjeżdżał syn wielkim autem.

Zemgliło mi się w oczach, przytrzymałem się słupa. Bałem się właśnie tej odpowiedzi.

Nie strasz człowieka! Przecież mówił wyraźnie prawa brama. To Anastazja zmarła, nie Ludmiła, i mieszkała w innym bloku potem do mnie, Źle się pan czuje? Może wezwać karetkę?

Próbowałem więc dalej, ponownie dzwoniłem i pytałem.

Zmęczony wróciłem wieczorem do hotelu, nawet nie zdjąłem kurtki. Bolały mnie nogi i plecy, kręciło się w głowie, ale rano znów ruszyłem na poszukiwania.

***

Jesień była wyjątkowo mokra. Warszawskie ulice oplecione złotem liści, a na każdym kroku stragany i handel bez ograniczeń wszędzie budki, kioski, towar wystawiony na chodniku, wszystko żyło.

Przyjechałem z przyszłym teściem do Warszawy z Lublina na konferencję dotyczącą nowoczesnych rozwiązań w budownictwie. Dla sekretarza Nowaka to było kluczowe przenosił się do stolicy. Ja, młody Michał Taranowski, właściwie o niczym nie marzyłem. Pracowałem.

W Lublinie powstawała nowa fabryka i byłem odpowiedzialny za jej budowę. Ale miałem dwadzieścia dziewięć lat i nie zdawałem sobie do końca sprawy z odpowiedzialności. Życie wydawało się prostsze.

W Warszawie rozkoszowałem się miastem. Nowak oddelegowywał mnie do różnych spraw. Pewnego dnia na stacji metra Politechnika nagle doszły do mnie zwiewne dźwięki. Szukałem wyjścia, a poszedłem za melodią.

Młoda, drobna dziewczyna w błękitnym berecie, muślinowej chuście grała na skrzypcach, oparta o szarą ścianę. Miała kraciaste krótkie płaszczyko-bolerko, półbuty. Przed nią futerał, do którego ludzie wrzucali monety.

Zatrzymałem się. Był w tej scenie szczególny dramatyzm niebieska chusta dziewczyny, jej jasne loki, brudna ściana i zaczerwienione dłonie. Zimno jej wyraźnie pomagało grać z niezwykłą ekspresją.

Tłum mijał ją, kupcy przekrzykiwali się, a ona grała do końca melodii. Poprawiła rękawy, mocniej otuliła się szalikiem i rozpoczęła kolejną pieśń. Zamknęła oczy, oddawała się całkowicie muzyce.

W tyle melodii smutku, tyle bólu dźwięki metra dusiły nuty, a jednak muzyka wspinała się nad szum tłumu.

W jednej chwili obok dziewczyny przykucnął wyrostek, chwycił futerał i już z nim zniknął.

Ukradł, łapać! zakrzyknęła sprzedawczyni owoców.

Grała dalej, nawet nie otworzyła oczu.

Rzuciłem się w pościg. Wbiegłem po schodach, wołając ludzi o pomoc.

Jakiś mężczyzna zagrodził drogę chłopakowi, futerał wylądował pod nogami, włóczęga uciekł w stronę linii tramwajowej.

Podniosłem roztrzaskany futerał, do którego rozsypały się resztki pieniędzy. Dziewczyna nadchodziła powoli.

Oddałem Rozsypał wszystko, niech to szukałem ostatnich monet na ziemi, Oto, co udało mi się zebrać.

Dziękuję. Proszę nie szukać więcej jej głos był głęboki i łagodny. Futerał i tak był stary, często się psuje. Nie o to chodzi

Coś jednak tłamsiło ją znacznie bardziej niż strata futerału.

Często tu tak bywa? próbowałem zacząć rozmowę.

Zdarza się odparła obojętnie, odwracając się.

Musiałem iść w innym kierunku, ale nogi poniosły mnie za nią. Szła coraz wolniej, zatrzymała się na moście, długo patrzyła na wodę, wiatr podwiewał jej chustę.

Nagle futerał znalazł się nad barierką. Zrozumiałem chciała go wrzucić do Wisły. Pobiegłem.

Nie! Proszę!

Zawahała się. Utrzymałem futerał, który trzymaliśmy razem.

Czemu pani chce go zniszczyć?

Zgrzeszyłam przeciwko niej, nie powinnam była grać w przejściu. Obiecałam mamie

Szkoda, że mama była taka surowa. Ja pierwszy raz usłyszałem tak piękne skrzypce Nie poczęstowałaby pani muzyką, gdyby nie głód duszy?

To nie dusza, tylko żołądek. Skończyły mi się pieniądze, nie mam za co żyć.

To wszystko można naprawić wyjąłem portfel, Proszę, choć trochę. Mam jeszcze w hotelu, przyniosę jutro.

Pan sądzi, że przyjmę pieniądze? spojrzała z wyrzutem. Proszę więcej mnie nie śledzić.

Przyspieszyła. Krzyczałem jeszcze za nią, że będę czekał następnego dnia przy peronie.

Następnego dnia miałem mnóstwo zajęć zdołałem dotrzeć do metra po południu, nie było jej, nie przyszedłem następnego poranka przekupki powiedziały, że jej nie widziały.

Czekałem na nią godzinami raz, drugi, trzeci. W końcu się pojawiła, rozpoczęła granie. Dostałem krzesełko, mogłem siedzieć i słuchać.

Słuchała mnie też, po dwugodzinnym koncercie powiedziała:

Czemu pan daje tyle pieniędzy? To zbyt wiele.

Mam prawo. Tyle, ile chcę.

Zebrała banknoty, oddała mi je.

Pan chyba nie wie, co pan robi. Tu nie jest bezpiecznie.

Szybko zbieraliśmy skrzypce i ruszyliśmy ku wyjściu z metra.

W drzwiach stali dwaj osiłki. Poczuła strach.

Oddam, co trzeba

Niech twój amant za ciebie zapłaci!

Zaczęła się bójka. Biłem się, ale pojawili się następni. Ona wpadła do sklepu, zawołała Straż Miejską. Przyjechali w samą porę. Połacie tłumu, gapie

Stanęła nade mną.

Do szpitala?

Nie, dam radę. Jestem twardy.

Pan mieszka w hotelu? U mnie będzie bezpiecznie.

Taksówka, adres… Przez lata próbowałem go sobie przypomnieć, nie udało się nigdy.

W ciemnym korytarzu mieszkania komunalnego czuć było gotowaną cebulę i kurz. Ona otworzyła drzwi do swoich dwóch pokojów.

Wszystko pamiętałem wysokie sufity, kwiaty, pianino z białą serwetą, wszędzie książki. Portret młodej kobiety wśród kwiatów przy łóżeczku…

Wspomnienia wracały przez całe życie. Miałem prawo do nich; pojawiały się, kiedy czułem się najgorzej i najradośniej, przynosiły ulgę i ból zarazem.

Przebrałem się w jej pożyczone rzeczy. Umyłem się w łazience pijany sąsiad mnie przegonił.

Słuchaj no, przestań brać wodę sąsiadom! wołał do niej.

Odkryłem, że mamy to samo imię ona Ludka, ja Michał. Zauważyliśmy nawet karalucha. Ona odważnie rzuciła się z klapkiem, ja bosą stopą. Był szybszy.

Ona opatrzyła mi rany, piłem herbatę z sucharkami. Słuchała moich opowieści o budowach i Lublinie.

Ona rzuciła naukę w konserwatorium. Pomogę sąsiadce sprzedawać książki i warzywa na bazarze. Inaczej nie da się przeżyć.

Ale Pani ma talent!

Taki czas. Muzyków nikt nie potrzebuje.

Podziękowała, musiałem odejść, ale wróciłem z zakupami. Cieszyła się, choć narzekała. Drugi piętro przed oknem jarzębina; tak, zapamiętałem ten szczegół.

Mój przełożony Nowak o mało nie zwolnił mnie widząc siniaki. Ale udało mi się jeszcze kilka razy wymknąć i odnaleźć dom.

Pewnego deszczowego dnia biegaliśmy po Warszawie, śmiejąc się, chowaliśmy się przed ulewami. Parzyliśmy się jednym kubkiem gorącej kawy. Wieczorem pocałowałem ją i poprosiłem, by została moją żoną, by pojechała ze mną do Lublina. Zasmuciła się, recytowała Norwida:

To pieśń ostatniego spotkania…

Poprosiła, żebym został na noc. Przebrała się w mój podkoszulek, grała marsza na pianinie… Goniliśmy karalucha z innymi lokatorami. A potem spaliśmy, wtuleni, na podłodze pod oknem.

Noc, deszcz za oknem, czytała dalej melancholijne wiersze.

Jesteś moją przyszłością obiecywałem. Zaraz dam znać wszystkim, że ją kocham i wracam wyłącznie z narzeczoną!

Następny dzień przyniósł dramatyczny telefon do mieszkania Potrzebny pan na komisariat. Wszystko dziwnie się poukładało. Nowak spokojny, smutny.

Przyszło na pana zawiadomienie… Sprawa karna… Chcą zrobić z pana kozła ofiarnego, Michał.

Nie spałem całą noc. Rano dostałem bilet na pociąg do Lublina. Koniecznie, natychmiast, wszystko miało się rozstrzygnąć ode mnie.

Wyszedłem na peron, słysząc w głośniku skrzypce. Ukryłem się za halą, waliłem pięścią w mur, płakałem pierwszy raz w dorosłym już życiu…

***

Znów pytałem starsze pani na ławkach.

Ludmiła? Tak, była taka… Ale wyprowadziła się z córką.

Ruszyłem z wiatrem, siły mnie opuszczały, aż zobaczyłem ją na rogu ulicy. Błękitny szalik, ta sama sylwetka.

Ludka! krzyczałem, ale głos zamarł.

Odwróciła się młoda kobieta, bardzo podobna, ale to nie ona.

Przepraszam, pomyliłem się.

Nic się nie stało. Faktycznie mam na imię Ludmiła.

Gdzie ja jej właściwie szukałem? Przecież minęły dziesięciolecia…

Wróciłem do hotelu. Uznałem, że kolejny dzień będzie ostatnim.

Przeleżałem do południa, zmęczony, serce kołatało. Bałem się wypić kawę, po prostu wsiadłem w taksówkę.

Na rogu ulicy zobaczyłem sklep muzyczny. W witrynie stały skrzypce.

Może mogę panu pomóc? zapytała młodziutka ekspedientka.

Poproszę zobaczyć tę skrzypcę…

Przetestuje pan?

Nie… Chciałem tylko spytać… Znałem kiedyś kobietę stąd, Ludmiłę.

Może pani Ptak? Ludmiła Ptak, skrzypaczka?

Być może… Szukam tej osoby od trzech dni… Nie zna pani adresu?

Tu mieszkała kiedyś, teraz córka mieszka. Ma syna, ośmioletniego…

Córka… A ile ma lat?

Po trzydziestce.

Przysiadłem, kręciło mi się w głowie.

Przepraszam, zamyśliłem się… Znowu nie znalazłem.

Wyszedłem i zobaczyłem, że na jednym z podwórek rosną stare topole jak dawniej.

Zapytałem starsze małżeństwo.

Tak, tu mieszkała z córką, pani Ludmiła potwierdzili.

Ich okna są właśnie tu, na drugim piętrze w tej willi, tyle rzeczy się tu przewinęło…

Była tu jarzębina?

Rzeczywiście, ale już dawno została wycięta. Po generalnym remoncie. Matka wcześnie zmarła, Ludmiła sama wychowywała córkę, czasem sprzątała tu po klatkach, wynajmowała pokój studentkom.

Gdzie ona teraz mieszka?

Wyprowadziła się, po sąsiedzku mieszka córka, młoda bardzo energiczna skrzypaczka.

Poprosiłem o numer mieszkania, zadzwoniłem domofonem.

Tak? Słucham.

Przywitał mnie zniecierpliwiony głos.

Do rodziny Ptak… Szukam Ludmiły, może pana teściowej?

Otworzył mi drzwi. Na schodach wybiegł młody mężczyzna. Zachwiało mną, oparłem się o balustradę.

Dobrze pan się czuje? Może pomogę?

Adres do pani Ludmiły, poproszę…

Wniósł mnie niemal do mieszkania. Wnętrze nie do poznania jasne, nowoczesne, przestronne.

Weszła młoda kobieta. Ta sama, którą spotkałem poprzedniego dnia na ulicy. Domowe ciuchy, łagodna twarz wyglądająca jak jej matka sprzed lat.

Dali mi napar ziołowy, sędziował mi puls, zmierzono ciśnienie wyszło wysokie.

Następnie zobaczyłem chłopca. Miał osiem lat i imię na cześć dziadka Michał.

Twoja mama to pani Ludmiła?

Tak, a tata nazywa się Grzegorz Ptak.

A pani? zwróciłem się do kobiety.

Nazywam się Maria. Jestem córką Ludmiły. Urodziłam się w 1981, w lipcu. A pan czy pan jest moim ojcem?

Serce mi stanęło. Calość obróciła się w żart, ale czułem, że to prawda.

Nawet nie wiedziałem o pani istnieniu. Ale może powinienem był

Opowiedziała o życiu matki, o tym, jak ciężko było im na początku. Ludmiła mówiła, że jej narodziny były nowym początkiem. Mama walczyła i nie poddawała się nigdy.

Siedzieliśmy przy herbacie, Michał cicho płakał udawał, że z powodu gorącego napoju.

Muszę zobaczyć panią Ludmiłę na własne oczy. Powiedzieć jej, co czuję.

Mąż Marii odprowadził mnie pod adres.

Nowoczesne osiedle, piąte piętro. Otworzyła…

Brakowało jej dawnych loków, parę zmarszczek, lecz to była ta sama, moja Ludka.

Stanąwszy w drzwiach, brakło mi słów.

Ludka, ja… Przepraszam… nogi się pode mną ugięły. Ukląkłem.

Ona uczyniła to samo. Chwyciliśmy się za łokcie, szeptaliśmy do siebie.

Przepraszam za stracone lata, wybacz mi…

Nie musisz przepraszać, Michał. Czułam, że kiedyś wrócisz.

Ja głupiec powinniśmy wcześniej się odnaleźć…

Pamiętasz ten wiersz? Czytam go co wieczór.

W końcu pojechaliśmy razem do szpitala, by się upewnić, że moje serce jakoś wytrzyma. Trzymaliśmy się za ręce na tylnej kanapie, córka i wnuk byli teraz najbliższą rodziną.

Nie chcę do szpitala Właśnie cię odnalazłem.

Jestem przy tobie i będę już zawsze uspokajała mnie.

Byłem szczęśliwy, choć płakałem z żalu za minionym czasem.

Zrozumiałem raz na zawsze nie wolno odkładać szczęścia na później. Czasami los daje drugą szansę, ale nie zawsze. Trzeba walczyć, szukać, nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się już niemożliwe.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Szukam kobiety o imieniu Aleksandra.