Szklanka mleka

Szklanka mleka

Niełatwo bywa nie tylko tym pozbawionym wszystkiego, ale i tym, którzy są obok nich. Zofia Chmielnicka dobrze o tym wiedziała, bo już ósmy rok pracowała w opiece społecznej w Krakowie. Przez ten czas wybiegana, wychudzona, nabyła ostrości w spojrzeniu i ciętego języka, szczególnie gdy ktoś komentował jej służbę. A co ty możesz wiedzieć o mojej pracy?! pytała zniecierpliwiona, strzelając zza rudego grzywki skośnymi zielonymi oczami, że każdemu przechodziła ochota do dalszych pytań. Czasem wyglądała, jakby zaraz miała rzucić się do biegu tylko nie było wiadomo dokąd i po co. Stąd przylgnęła do niej ksywka Zośka Chuma.

Zofia przez te lata kupowała pacjentom produkty, sprzątała u nich, i zawsze z każdym dogadała się jak trzeba. Tylko raz zdarzył się zgrzyt, gdy samotny pan Roman podarował jej czekoladę. Nie wolno przyjmować prezentów, nigdy więc nie wzięła nic od nikogo, ale tym razem się złamała trudno odmówić, kiedy to takie szczere. Przyniosła czekoladę do domu, ale nie mogła nawet kawałka ułamać stanęła jej w gardle. Oddała ją za to sąsiadowi, a kolejnym razem już nie przyjęła prezentu. Pan Roman poskarżył się w urzędzie: Mało tym opiekunkom czekolad, koperty z pieniędzmi by chciały… Chcieli zwolnić Zofię, a ona tylko wzruszyła ramionami: Zwalniajcie, płakać nie będę. Też jestem człowiekiem, a nie wycieraczką! Ostatecznie ją zostawiono, bo inni podopieczni stanęli za nią murem. Wśród nich była Anna Fidut. Zofii od dawna była ona bliska, ale po tej sprawie poczuła do niej prawdziwą siostrzaną więź, takiej siostry Zofia nigdy nie miała.

Łączył je podobny los obie wcześnie straciły rodziców. Anna od dziecka była niepełnosprawna, a Zofia z zewnątrz wyglądała zdrowo, za to w środku dusza poraniona, płochliwa i zapłakana sama Anna nie potrafiła jej do końca zrozumieć. Jedno tylko brak dzieci stawiało je po tej samej stronie. Zofia już się z tym pogodziła, lecz Anna wciąż była bojowa. Często ganiła Zofię, kiedy ta użalała się nad sobą. Odważniejsza stała się po kilku próbach występów w ośrodku rehabilitacyjnym podczas prób do koncertu. Najpierw nie chciała o tym słyszeć, nawet ksiądz Leon ją zniechęcał. Przychodził czasami do Anny ze święconką albo modlitwą i chwalił jej zamiłowanie do haftowania, uznając je za odpowiednie zajęcie. Palce miała niezdarne, lecz uporu pod dostatkiem. Najpierw wyszywała serwetki, chustki, potem zdobiła lnianą sukienkę kolorowymi nićmi, malowała czerwone ornamenty i cudaczne szmaragdowe ptaki. Tak pięknie ją ozdobiła, że sukienkę pokazano na wystawie rękodzieła i zdobyła pierwszą nagrodę. Ostatniego dnia wystawy tę sukienkę nawet sprzedano oczywiście za zgodą Anny. Gdy wręczono jej okrągłą sumę dwa tysiące złotych Anna zadzwoniła do Zofii i rozpłakała się, bo pierwszy raz w życiu miała własny zarobek i nie wiedziała, co z nim zrobić.

Nie płacz roześmiała się Zofia. Kupi się kilka podobnych sukienek, pracy ci starczy na cały rok. Ostatnio jakieś myśli cię nachodzą, o których nawet nie powinnaś myśleć.

Anna nie powiedziała nic na ten ostatni przytyk, chociaż się zasmuciła. Ostatnio coraz częściej marzyła o mężu. Tak cudownie byłoby być czyjąś żoną. W filmach wiedziała, jak wyglądają zakochani o czym rozmawiają, co robią ale na jej miejscu można było tylko zazdrościć.

Po sukcesie z wystawą zadzwoniono do niej z ośrodka i zaproponowano zajęcia w studiu tańca, by przygotować się do tańca w duecie.

To niemożliwe! Zupełny absurd! wykrzyknęła Anna i od razu odłożyła słuchawkę, myśląc, że ktoś sobie z niej drwi.

Jednak zadzwonili znowu, przekonali, że spróbować warto najwyżej nie wyjdzie.

Może los się uśmiechnie! przekonywał szorstki kobiecy głos. Teraz jest pani laureatką, to czas rozwinąć talent! Gwiazdę z pani zrobimy! Z opiekunką już się dogadaliśmy, będzie odprowadzać na próby.

A z kim mam ćwiczyć?

Ktoś taki jak pani… U nas są pary podobne! W Polsce każdy może znaleźć swoje zajęcie, pasję! mówiła kobieta z taką stanowczością, że nie dało się jej przerwać.

Może spróbuję… westchnęła Anna.

Świetnie! Jutro zadzwonię, nazywam się Małgorzata Józefowicz, prowadzę studio. Proszę być gotową po obiedzie na pierwszą próbę. Po Annę przyjedzie specjalny autobus.

I naprawdę o ustalonej godzinie pojawił się posępny, siwy kierowca, przycięty krótko niczym więzienny klawisz, odebrał Annę ta jechała bez czapki, by nie zmiąć fryzury, którą Zofia tuż przed wyjazdem rozwinęła z wałków. W autobusie już czekał ktoś na wózku okazało się, że to jej nowy partner, Łukasz. Bardzo się wstydziła, gdy musnęła jego dłoń niemożliwe, ale to prawdziwy cud poczuć silną męską rękę.

Pod ośrodkiem kierowca i Zofia pomogli Annie wysiąść, wjechać po rampie, a potem dojechać na salę, gdzie Łukasz śmigał samodzielnie swoim wózkiem.

Na próbie nic początkowo im nie wychodziło. Pocili się, czerwienili, zakłopotani słuchali instrukcji, próbując kołysać się do taktu. Trudne to było, choć ruchy najprostsze, aż wstyd nieporadności tym bardziej gdy patrzyła na nich wysoka instruktorka gibka jak ważka Małgorzata Józefowicz oraz drobna, energiczna tancerka. Początki zawsze trudne. Potem tygodnie mijały, Anna dwa razy w tygodniu była na próbach, a Zofia ani na chwilę jej nie zostawiała.

Całą jesień i zimę Anna uczestniczyła w zajęciach studia tańca, nawet porzuciła haft, nie mogła wytrzymać bez prób to jej się stało drugą pracą, co kochała.

Dziś też się szykowała, czekała Zofię, lecz ona przyszła markotna i milcząca, jakby miała już dość tych prób. Anna nie wytrzymała i przygarnęła ją:

Czego buzię zwiesiłaś?!

Wcale nie zwiesiłam! starała się nie marszczyć.

Anna widząc to, zmieniła temat:

No właśnie! Mamy po czterdzieści lat! Możemy jeszcze być szczęśliwe!

Znów to samo… Ja już to przerabiałam. Siedem lat mąż się pomęczył i odszedł. I dobrze zrobił, nie mam żalu. Tylko szkoda, że rodzice wnuków się nie doczekali.

Co było, minęło. Ja na twoim miejscu jeszcze raz poszłabym za mąż!

Znów wyrzuty?!

Jak nie chcesz za mąż, to w tych czasach dziecko można mieć sztucznie.

Trzeba mieć pieniądze! Myślisz, że dużo zarabiam?

Ale w telewizji mówili, że teraz to za darmo robią!

No dobra… Porozmawiamy później. W czym jedziesz?

Nie chcesz wysłuchać… W różowej bluzie i szarej spódnicy!

Ubierz chociaż raz koncertową suknię, po to ją szyliśmy! Trzeba się przyzwyczaić.

Przyzwyczaję się na generalnej. W autobusie by się tylko pobrudziła!

Przed generalną próbą ćwiczyły dłużej niż zwykle. Gdy wróciły, Zofia wprowadziła Annę do mieszkania, rozebrała, posadziła w wannie i zaczęła kąpać, choć ta trajkotała bez przerwy nie dało się zrozumieć, z czego taka radość.

Po kąpieli otuliła Annę szlafrokiem, zaprowadziła do kuchni, posadziła za stołem. Zaparzyła herbatę, postawiła przed nią misę z ciastkami i cukierkami. Ale Anna niespodziewanie spytała:

Jak to było u ciebie pierwszy raz?

Co pierwszy raz?!

No… z mężczyzną zaczerwieniła się Anna.

Nie pamiętam…

Nie wygłupiaj się. Tyle lat byłaś żoną, a teraz ten Krzysztof się kręci.

Kręcił. Dwa miesiące po rozwodzie, potem znalazł młodszą. Więc nie ma czego zazdrościć! burknęła Zofia.

A Łukaszowi się podobam pochwaliła się Anna. On tak na mnie patrzy!

Brunetom zawsze blondynki się podobają. Na próżno myślisz o nim! Zawirujesz w duszy, potem będziesz żałować.

No, ale jak to jest?

Jakoś tak. Nie chce mi się gadać. Pij herbatę i połóż się, pobladłaś!

Anna zamilkła i Zofia natychmiast zauważyła, że zaraziła się od niej tą beznadzieją, której jej ostatnio cały czas odradzała. Szybko umyła naczynia, żegnając się z Anną, mruknęła:

Zamknę drzwi, a jutro po obiedzie bądź gotowa. Co do jedzenia przynieść?

Sama wiesz odparła Anna i zamknęła oczy.

Wyśpij się dobrze, jutro generalna próba!

Anna nic nie odpowiedziała.

No i do czego te tańce prowadzą… rzuciła Zofia na głos, chcąc dodać Zwariować można! ale tym razem się powstrzymała.

Na zewnątrz myśli miała inne: Może trzeba jej kogoś znaleźć. Tym się tylko wydaje, że są bezradni! Ale jak potrafiła mi dokuczyć z tym Krzysztofem! Nie powinnam jej tego mówić!

Kiedy Zofia wyszła, Annie było żal, że potraktowała ją obcesowo. Ale i ona nie lepsza nawet jej nie wysłuchała. Komu teraz wyżalić się, co na sercu zalega? Szkoda, że nie potrafię pisać wierszy napisałabym coś o tej tęsknocie! popłakała w duchu, aż ścisnęło jej serce. Próbowała odciąć myśli o Łukaszu, ale te same wracały: kasztanowe włosy, głębokie brązowe oczy, w których można się zatracić. Silne, ciepłe dłonie, które od razu dodały jej odwagi. Na początku panicznie bała się upadku gdy zaczynali krążyć w rytmie walca ale z nim wiedziała, że nic się nie stanie. Choreografka jak do uczennicy chwaliła ją: Brawo!, co bardzo dodawało Annie skrzydeł.

Kiedy pomyślała o generalnej próbie, ogarnęła ją trema: czy się uda? Lecz jeszcze bardziej bała się, co będzie potem po koncercie. Czy zobaczy Łukasza jeszcze, tak naprawdę? Czy dane jej będzie pójść kiedyś na randkę, zaprosić go do domu, by wszyscy sąsiedzi wiedzieli, że jest z kim? A może szczęście skończy się na próbach? Może trzeba się postarać, by wszystko poszło jak z płatka, by potem mogła dalej występować.

Rano Anna rozłożyła koncertową suknię na kanapie ciemnofioletową, wyszywaną cekinami i kryształkami. Tkanina ślizgała się w dłoniach jak żywa. Wyobraziła sobie, jak wygląda we własnych oczach… A potem już się bała myśleć. Najważniejsze: słuchać muzyki i podpatrywać Łukasza, by nie przegapić ruchu, by nikt nie powiedział: Czego od niej oczekiwać…

Zamyśliłaby się na długo, gdyby nie hałas klucza w drzwiach.

No to co, gwiazdo, gotowa na generalną? szorstko i trochę żartobliwie zapytała Zofia.

Chyba tak Tylko strasznie się stresuję!

I dobrze, to znaczy, że nie jesteś z betonu. No, pakujemy się.

Szykowały się długo, a wiecznie narzekającego kierowcę poprosiły o wcześniejszy przyjazd, by Anna mogła na próbę przebrać się jako pierwsza i przełamać tremę. Mimo to, gdy dotarły na miejsce, ogarnęło ją skrępowanie wydawało się Annie, że wszyscy patrzą na nią i Łukasza, wystrojonego w czarny garnitur i muszkę, i jeszcze z jakąś kobietą.

Za kulisami, przygotowując się, Łukasz podjechał do Anny, pocałował ją w policzek i powiedział:

Nie martw się, wszystko będzie dobrze!

Przytaknęła bezwiednie, czując tylko, że policzek płonie; miała ochotę położyć tam dłoń, by ostygnął. Ze zdezorientowania nawet zamknęła oczy, kiedy poczuła dłoń czyjąś na ramieniu. Otworzyła powieki obok stała kobieta z laską.

Proszę się nie martwić, wszystko się uda! powiedziała cicho.

A pani to kto? zapytała Anna, czując narastającą grozę, jakby ta kobieta nie pojawiła się tu przypadkowo.

Podjechał Łukasz, jakby czytał w jej myślach:

Anno, poznaj to moja żona, Katarzyna.

Anna dygnęła grzecznie i dostrzegła na palcu Łukasza obrączkę, której wcześniej nie było! Od tych słów, od widoku obrączki wszystko nagle się rozsypało, jakby nigdy nie było żadnych nadziei, a jeśli były, to do innej Anny. Zabrakło jej powietrza, a głowa odpłynęła w nicość…

Gdy przywrócono ją do świadomości, rozejrzała się oszołomiona i znów osunęła na plecy.

Co się dzieje z Fidut? Halo, mówię do was! głosem przepalonym papierosami przeraźliwie zapiszczała Małgorzata Józefowicz, zwykle troskliwa, teraz jednak podobna bardziej do zeschniętej fasolki niż kobiety.

Musi wrócić do domu powiedziała stanowczo Zofia. Jest wykończona, widać przecież!

Lekarza jej trzeba, nie domu! Dojdzie do siebie, wystawi się na scenę. Nie po to się pół roku starałyśmy!

To albo od tych słów, albo samo z siebie, Anna otworzyła oczy, ale dalej milczała, czując wstyd spojrzeć na kogokolwiek. W autobusie milczała, dopiero pod domem szepnęła Zofii:

A gdzie Łukasz?

Został, wystąpi ze starą partnerką. Ty jak hrabianka się rozpłynęłaś. I dobrze. I ksiądz Leon cię ostrzegał! rzucała Zofia twardo, nawet złością.

I Anna się na nią obraziła.

Kiedy zły kierowca wniósł Annę do mieszkania, ta jak była, tak rzuciła się na tapczan w sukience koncertowej.

No i po tańcach?! ucieszył się pierwszy raz kierowca.

Po, po. Żegnajcie! pogoniła go Zofia i przysiadła przy Annie. Teraz choć powiesz mi, co się stało?

Anna odpowiedziała dopiero po chwili, zapłakana:

Łukasz jest żonaty…

Zofii aż chciało się śmiać myślała, że stało się coś groźnego, a tu tylko takie odkrycie.

Czyli co, już sobie na niego plany robiłaś?

Nie twoja sprawa, idź sobie!

Zofia nie wychodziła, więc Anna powtórzyła:

Idź i już nigdy do mnie nie przychodź! Poradzę sobie bez ciebie! Jesteś podła Chuma!

Gdyby powiedziała to z wrogością, Zofia by się pogniewała, ale gdy wyszczebiotała cienkim głosem nie mogła się złościć. Przez te wszystkie lata poznały się jak siostry, więc dobrze czuła, jak mocno boli taka obelga. A jednak nikt nigdy o nią tak nie dbał. Inne opiekunki przyjdą rano, porobią zakupy, posprzątają i już ich nie ma. A Zofia film znalazła, już u Anny gotuje, pierze, czasem śpi na tapczanie. A teraz stała się zła Chuma!

No, dzięki ci, Anno Mańkowska! gorzko się uśmiechnęła Zofia.

Choć wyszła spokojnie, nogi jej się trzęsły. Jutro poproszę o przeniesienie tej uparciuchy postanowiła. Albo rzucę całkiem opiekę. Przecież w przedszkolu czekają. Po szkole pedagogicznej pracowałam w żłobku, dawałam radę, żadna Chuma mnie nie wyzywała!

Chciała przygotować kolację, ale zabrakło jej sił popiła tylko herbatą z kruchymi maślanymi ciasteczkami i padła na kanapę. Cały dzień biegała przy generalnej ścigała się z czasem. Lekki letarg powoli ją ukołysał, i, już w półśnie, pomyślała znowu o Annie: Niech pobędzie sama, od razu się przeprosi. Rozpieszczenie laureatki!.

I rzeczywiście zapadła w głęboki sen, aż zadzwonił telefon. To był ksiądz Leon, a Zofia aż się przestraszyła, bo za oknem zrobiło się już naprawdę ciemno.

Pani Zofio, niech pani natychmiast pojedzie do Anny! Trzeba ją zabrać do szpitala…

Zofii aż oddech zamarł przypomniała sobie, że w pośpiechu nie zamknęła drzwi. Musiało się coś stać… Wskoczyła w buty, wybiegła na ulicę, po drodze minęła karetkę Czyżby ją zabierali? Podbiegła pod blok i zobaczyła radiowóz, księdza, kilka sąsiadek.

Co z Anną? zapytała Zofia z bijącym sercem.

Chyba zatrucie Zadzwoniła, że bardzo źle się czuje i prosiła, by przyjechać. Znalazłem ją nieprzytomną, a obok rozsypane tabletki Zadzwoniłem po pomoc.

Podszedł młody policjant z czarnymi brwiami, przesadnie obcisły w mundurze:

Pani to kto wobec poszkodowanej?

Opiekunka… Społeczna pracownica. Co z nią?

Chciała się zabić!

Jakie ona może mieć powody? Aniołek z niej!

Czyli ktoś ją do tego doprowadził. Śledztwo się dowie… Ma pani klucze?

Mam…

To poproszę za mną! Trzeba wyłączyć urządzenia, zamknąć drzwi, potem pojedzie pani na komisariat złożyć zeznania.

Jakie tu zeznania… Przed godziną była spokojna!

Widać nie do końca. Porównamy pani wersję z zeznaniami poszkodowanej, jeśli przeżyje.

Co pan opowiada?!

Policjant wszedł z Zofią i kilkoma sąsiadkami do mieszkania.

Lodówkę też proszę wyłączyć.

Ależ żywność się zmarnuje! zdziwiła się Zofia.

Wynieść na balkon.

Kiedy Zofia wyniosła lodówkę, zauważyła komórkę Anny.

Chociaż komórkę jej zawiozę!

Wszystko zostaje na miejscu!

Wszystko zrobiła jak kazano, a gdy drzwi zostały zaplombowane, pojechała na komisariat. Podziękowała tylko księdzu Leonowi za telefon. Napisała szczegółowe zeznania. Po ich przeczytaniu policjant się uśmiechnął:

Naprawdę przez nieszczęśliwą miłość to zrobiła?

A przez co niby, Panie Boże…

To już nie nasza sprawa. Proszę wracać.

Zamiast do domu, Zofia pojechała taksówką prosto do szpitala. W rejestracji dowiedziała się:

Anna Fidut z zatruciem? Jest na intensywnej terapii, już przytomna.

O, szczęście! Mogę ją zobaczyć?

Niech pani nie żartuje! Najwcześniej za trzy dni, jak wyjdzie z intensywnej, i to przy dobrej pogodzie u nas grypa, zakaz odwiedzin. Kim pani dla niej jest siostrą?

Przyjaciółką…

No to dobrze, bo myślałyśmy, że nie ma nikogo.

A wózek jej można przynieść? Bo ona nie chodzi!

W szpitalu jest na czym jeździć, proszę się nie martwić. Oto nasz numer, niech pani dzwoni, jak będą ją wypuszczać.

Po powrocie z szpitala Zofia uspokoiła się trochę, ale w domu ogarnął ją smutek było pusto i zimno. Nikt nie dzwonił, ona sama patrzyła w milczący telefon. Położyła się spać z trudem, rano zadzwoniła do biura i poprosiła, by nie przydzielano jej innego opiekuna.

Anna nadal pod panią, nie martw się przekazała szefowa.

Kolejne dni dzwoniła do szpitala, pytała o Annę, lecz ta nie dawała znaku życia. Czwartego dnia zadzwoniła nieznajoma:

To pani Chmielnicka?

Tak…

Dzwonię ze szpitala… Jestem pielęgniarką. Anna prosiła, by pani przyszła. Ale nie można do niej, może pani stanąć pod oknem. Leży w budynku terapii na drugim piętrze, trzecie okno od lewej, naprzeciw wejścia. Będzie czekać o pierwszej.

Dziękuję! A coś jej przekazać?

Nic. U nas grypa, zakaz odwiedzin.

Nawet kwiatów nie można? Bo był Dzień Kobiet!

Nic a nic! przecięła pielęgniarka.

Zofia po dwóch wizytach u podopiecznych pognała do szpitala, stanęła pod oknem, ale nikogo nie widziała. Chciała już rzucać śniegiem w szybę nagle zobaczyła Annę. Bladziutka, wychudzona ale oczy błyszczały od radości. Chciała coś powiedzieć, ale przez podwójną szybę nie dało się. Przez minutę Anna gestykulowała, aż pokazała kartkę: PRZEPRASZAM. Zofia zamachała, zmarszczyła brwi, jakby chciała przekazać Nic się nie stało, a w sercu zakipiało szczęście, że Anna już nie jest zła. Gwizdnęła z podniecenia. Gdy czas się kończył, pomachała wesoło, dając znak, by Anna zadzwoniła, i, niechcący, uśmiechając się do siebie, ruszyła przed siebie poprzez rozmiękły śnieg.

Z otępienia radości powoli wynurzały się światła witryn, kamienice, skwer wszystko zapalało się w promieniach wiosennego słońca, złotem odbijając się w oddali na kościelnej kopule. Zofia z zachwytem patrzyła na to światło i wiedziała, że w końcu przyszła wiosna, a wszystko, co złe, zostało w szarej, długiej zimie. To delikatne uczucie świtu pozwoliło jej zobaczyć wszystko w innym świetle i na nowo się wzruszyć. Już nie ma powodu do smutku! pomyślała Zofia, ocierając łzy radości, i znów wspomniała przyjaciółkę, pociągając nosem. Ależ z tej Anki uparty cap!Nie mogła się powstrzymać i rozbawiona aż zanuciła głośno starą dziecięcą piosenkę. Śnieg rozpryskiwał się pod jej butami, a ona śmiała się bez powodu, idąc przez miasto, które powoli budziło się do nowego życia. W kieszeni znalazła ostatnią monetę i postanowiła dziś zrobi coś dla Anny. Po drodze wstąpiła do sklepu i choć pielęgniarka zakazała kupiła małą, kartonową butelkę mleka. Sama nie wiedziała dlaczego może to dlatego, że zawsze, kiedy chorowała, jej mama zostawiała rano na parapecie ciepłą szklankę mleka.

Przy szpitalnym murze, patrząc przez śnieg na okna, ustawiła na parapecie pod trzecim oknem zaśnieżoną butelkę. Przypięła kartkę: Prawdziwe przyjaciółki zawsze dzielą się mlekiem na lepsze dni. Wracaj, Aniu.

Czekała jeszcze chwilę, aż zauważyła ruch za szybą Anna wychyliła się subtelnie, uśmiechając się do Zofii, energicznie pokazując kciuk. I tej jednej zwykłej chwili Zofia była pewna: mogą się kłócić, obrażać, płakać, mogą się zgubić i znów odnaleźć, ale póki są razem żadna zima im niestraszna.

Szklanka mleka wciąż stała na parapecie, pośród topniejącego śniegu, a w duszy Zofii rozlało się ciepło, jakby cały świat znów zaczynał się od nowa od pojednania, od zaufania, od tego prostego gestu, który daje siłę, by wstać jutro i pójść dalej.

To miało wystarczyć.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Szklanka mleka