Synowa zastała teściową w swojej kuchni i…

16 kwietnia 2023, środa

Dzień zaczął się zwyczajnie, choć z lekkim niepokojem już od rana. Po obiedzie ubrałam miękki podkoszulek i wygodne spodnie liczyłam na pół godziny ciszy, bo Ala dopiero zasnęła. Ale kiedy usiadłam z książką, usłyszałam szelest reklamówek i stukot naczyń w kuchni. Coś było nie tak.

Weszłam i zobaczyłam teściową w centrum kuchni. Pani Halina trzymała mój kwiatek, moją ukochaną fiołek kupioną na rynku w kwietniu zeszłego roku. Długo się zastanawiałam, wybrałam tę z najbardziej równymi liśćmi. Postawiłam na parapecie, co tydzień podlewałam w niedzielę. Teraz Halina przyglądała się doniczce jak jakiemuś podejrzanemu przedmiotowi, który należy obejrzeć, zanim wyrzuci się do śmieci.

Pani Halino, co pani robi? zapytałam, starając się mówić spokojnie.

Sprzątam odpowiedziała bez spojrzenia w moją stronę. Znowu źle ją postawiłaś, Igo. Blokuje światło.

Stoi tam, gdzie ją chciałam mieć. Wybrałam ten parapet specjalnie.

Bez sensu. Okno od wschodu, fiołki nie lubią porannego słońca.

Przecież rośnie świetnie, zobaczcie, są pączki.

Bo jeszcze jest młoda. Potem uschnie. Przestawię ją tu, na półeczkę przy lodówce.

Bez słowa odebrałam doniczkę i odstawiłam ją na swoje miejsce przy oknie.

Pani Halino, proszę nie przestawiać moich rzeczy.

Zerknęła na mnie zdziwiona, jakby właśnie usłyszała urojone zasady gry.

Igo, ja tylko chcę pomóc…

Wiem. Ale to moja kuchnia. Ja decyduję, co gdzie stoi.

Twoja kuchnia mruknęła i odwróciła się do zlewu. Jak chcesz.

Zaczęła gorączkowo ścierać kran, niemal szorować. Patrzyłam na jej plecy w musztardowym swetrze i myślałam: “Po co przychodzisz w środku tygodnia bez zapowiedzi? Wchodzisz kluczem i od razu urządzasz świat po swojemu…”

Na głos już nic nie powiedziałam. Po kilku minutach usłyszałam jej głos:

Kiedy Ala wstanie?

Za półtorej godziny, może później.

To ja tu chwilkę posprzątam, a ty odpoczywaj.

Milczałam chwilę, potem tylko stwierdziłam:
Pani Halino, tu jest porządek.

Widzę odparła, susząc ściereczkę. Po prostu kran był w zacieku.

Zrobiłam sobie wodę i stałam przy oknie, patrząc na moją fiołek. Pierwszy pączek już prawie się rozwijał fioletowy, obsypany białą koronką. Ala co dzień zerkała przez okno, pokazywała paluszkiem i mówiła: Fiołek!, a ja poprawiałam: Fiołek, nie fiok. Śmiała się i powtarzała swoje.

Nie zamknęłam jednak za sobą drzwi, choć miałam ochotę. Chciałam, żeby wyszła sama, żeby poczuła, że nie jest u siebie tu mieszka ktoś inny, ze swoimi nawykami. Ale ona chyba tego nie czuła albo nie widziała w tym niczego złego.

Po dwudziestu minutach zapach unosił się po domu. Typowy, kurzy, głęboki.

Wróciłam do kuchni.

W moim garnku gotowała się zupa.

Co tu jest? zapytałam.

Rosół. Ugotowałam, bo Krzysiek z pracy wróci głodny, a lodówka pusta.

Miałam w lodówce kaszę gryczaną i kotlety.

Kotletów nie liczę. Były wczorajsze wyrzuciłam.

Zastygłam.

Wyrzuciła pani moje kotlety?

Wczorajsze były, nie ma co się truć, Igo.

Pani Halino, były świeże. Chciałam dziś je odgrzać. Sama je zrobiłam.

Są za grosze, już ci rosół jest.

Patrzyłam na zupę była gotowa, makaron się rozpływał, bulion pachniał aż za dobrze… Co gorsza, miałam ochotę podziękować, a jednocześnie złościło mnie, że wszystko robi w moim garnku, z własnych zakupów, co je przyniosła, a potem muszę jakoś zadecydować, jak się z tym wszystkim czuję.

Dziękuję powiedziałam. Ale proszę już nie wyrzucać mojej jedzenia.

Nie ze złej woli. Chciałam pomóc.

Wiem. Ale nie róbcie tego więcej, dobrze?

Nie odpowiedziała, tylko zamieszała rosół.

Usiadłam do stołu, patrzyłam jak sprawnie ogarnia kuchnię, jakby była na własnym terenie nawet nie zawahała się przy szafkach, wiedziała, gdzie co schowane. To znaczyło, że bywała tu, kiedy mnie nie było może gdy spałam, może gdy byłam z Alą lub u mamy…

Pani Halino powiedziałam cicho jak często pani tu przychodzi?

Czasem, jak trzeba.

To znaczy kiedy?

Odwróciła się, lekko się uniosła.

Igo, co chcesz przez to powiedzieć? Przecież nie jestem tu obca. Krzysiek to mój syn.

Tak, a to także jego mieszkanie. I moje.

Więc?

Proszę możesz przychodzić, ale zawsze po uprzedzeniu i jeśli wyrazimy zgodę.

Długa pauza. Znałam dobrze to spojrzenie zmieszanie i cicha uraza, która szybko przeistacza się w rozmowę telefoniczną z synem.

W porządku powiedziała. Jak wolisz.

Rosół został na kuchence. Wyszła godzinę później Ala jeszcze spała. Przesłała buziaka wnuczce przez drzwi, zamykając cicho drzwi za sobą, zabrała też klucz.

Wieczorem Krzysiek tylko powąchał powietrze:

Mama była?

Tak.

Dobrze pachnie.

Krzysiek…

Odłożył kurtkę. Zawahał się.

Co się stało?

Wpadła bez zapowiedzi. Wyrzuciła moje kotlety, poprzestawiała rzeczy. Chodziła po mieszkaniu.

Iga, chciała tylko pomóc.

Wiem. Proszę, porozmawiaj z nią wytłumacz, że musi dzwonić, zanim przyjdzie.

Porozmawiam.

Zawsze tak mówisz.

Porozmawiam jeszcze raz.

Podałam zupę. Skosztował.

Dobrze gotuje powiedział i od razu spojrzał niepewnie.

Zjadłam w milczeniu, zaciskając zęby.

***

Minęło kilka dni i znów w piątek, około drugiej klucz w drzwiach. Ala dopiero się budziła, ja szłam do niej, gdy drzwi się otworzyły i usłyszałam ten znajomy głos:

Obudziłaś się, kochanie? Babcia przyszła!

Ala przestaje płakać za każdym razem, gdy przychodzi Halina. Nie wiem, czy powinnam się z tego cieszyć.

Weszłam do pokoju. Halina już czule ją obejmowała.

Cześć powiedziałam.

Cześć, cześć odparła, biorąc wnuczkę na ręce. Stęskniłam się. Zadzwoniłaś?

Nie. Byłam obok.

Cicho wejdę, nie przeszkadzam.

W kuchni zaparzyłam herbatę, Ala jadła chleb z masłem, który babcia przyniosła w reklamówce. Okazało się, była tam jeszcze coś.

Mam tu torcik, z cukierni. Biskwitowy. Ala lubi słodkie.

Ala nie je tortów.

Jak to?

Ma dwa i pół roku. Nie daję jej teraz słodkiego. Miała reakcję na krem.

Ale to krem czekoladowy. Tu waniliowy, bez czekolady.

Pani Halino, proszę…

Jeden kawałeczek jej nie zaszkodzi łagodnie, prawie śpiewająco odpowiedziała. Swojego wychowałam, nic mu nie było.

Pani dziecko i moje dziecko to dwa różne dzieci.

Za bardzo się przejmujesz.

Może. Ale to moje dziecko i proszę, żeby nie dawać jej tego tortu.

Ala wyciągnęła rączki po reklamówkę, Halina schowała ją pod stół.

W porządku powiedziała cicho. Bez tortu.

Po chwili Ala bawiła się garnkiem i drewnianą łyżką Halina dała jej bez słowa. Przemilczałam. Łyżka była czysta.

Jak Krzysiek w pracy?

Pracuje dużo. Zmęczony.

Zawsze był taki. Od dziecka się zatracał. Na urlop byście pojechali. Może bym Alę wzięła na działkę. Spokój, powietrze.

Pomyślę.

Po co myśleć. Załatwione. W lipcu?

Pani Halino, powiedziałam pomyślę.

Spojrzała na mnie, trzymałam kubek mocno, patrząc jej prosto w oczy. Po chwili zawołała do Ali. Kiedy wróciłam po odebraniu telefonu, zastałam Alę z kawałkiem biskwitu w dłoni.

Pani Halino.

Mały kawałeczek, Igo. Sama wyciągnęła rączkę.

Sięga po to, co jej się daje. Jest dzieckiem.

Wzięłam ciasto z jej rączki, podałam jabłko. Ala spokojnie wróciła do zabawy, nie płacząc. Powiedziałam:

Prosiłam, żeby nie dawać jej tortów.

Ale sama sięgnęła

Następnym razem proszę powiedzieć nie zamiast ustępować.

Wstała, wzięła torbę.

Już pójdę.

Dobrze.

Gniewasz się.

Nie. Proszę tylko o respektowanie moich zasad w moim domu.

Twoje zasady mruknęła i wyszła. Ala pomachała: Pa, pa!, Halina zza drzwi odpowiedziała: Pa, słoneczko.

Schowałam ciasto do reklamówki, zostawiłam przy drzwiach.

Wieczorem Krzysiek powtórzył: Ona po prostu kocha Alę.

Odpowiedziałam: Wiem.

To gdzie problem?

Długo milczałam. Potem powiedziałam: Krzysiek, rozumiesz, że ona przychodzi kiedy chce, robi co chce i nie uważa, że musi mnie pytać? To NASZ dom. Nie chcę walczyć o prawo decydowania, co je moje dziecko.

Usiadł, popatrzył na telefon, odłożył go.

Pomogła nam z mieszkaniem, Igo.

No właśnie…

Pamiętam.

Bez niej wynajmowalibyśmy jeszcze lata.

Pamiętam, Krzysiek.

Więc może trochę…

Co? Mamy znosić wszystko, bo dała nam pieniądze?

Nie odpowiedział.

Tak to nie działa stwierdziłam. Pomoc to nie bilet wstępu bez zaproszenia.

Porozmawiam z nią.

Już mówiłeś. Dwa razy.

Powiem jeszcze raz, Igo. Czego chcesz ode mnie?

Chciałam, żeby sam zrozumiał. Ale widziałam, że nie rozumie, a może woli nie rozumieć bo to wymagałoby czegoś więcej niż wygodne milczenie.

Nic odparłam. Dobranoc.

Poszłam sprawdzić Alę.

Spała z ramionami rozrzuconymi na boki. Ostrożnie przekręciłam ją na plecy. Szeptała przez sen. Stałam dłuższą chwilę wsłuchana w jej oddech.

***

Minęło kilka dni.

Halina zadzwoniła w sobotę rano:

Iga, chciałam przyjść jutro. Jak u was?

Niedziela zajęta, mamy swoje plany.

Krzysiek mówił, że będziecie w domu…

Tak, ale mamy coś zaplanowane. Może innym razem?

Pauza.

Kupiłam Ali zabawkę. Chciałam dać osobiście.

Może pani dać przez Krzyśka.

Jeszcze dłuższa cisza.

Rozumiem odpowiedziała w innym tonie. No trudno.

Wieczorem Krzysiek westchnął:

Obraziła się.

Wiem.

Mówi, że nie wpuszczasz jej do mieszkania.

Nie wpuszczam bez zapowiedzi to nie to samo.

Dla niej to jedno i to samo.

Złożyłam pranie na łóżku. Roztrzepałam prześcieradło.

Krzysiek, czyją stronę bierzesz?

Nie biorę żadnej. Chcę, żebyście się dogadały…

Nie o to chodzi. To pytanie: kto podejmuje decyzje w naszej rodzinie? Ona czy my?

Siedział na brzegu łóżka, patrzył jak składam pranie.

My.

To porozmawiaj z nią na serio. Poproś o oddanie kluczy do mieszkania.

Podniósł brwi.

Kluczy?

Tak. Kluczy do mieszkania.

Ale…

Co?

Wstał, podszedł do okna.

Bardzo ją to zaboli.

A mnie jej wizyty bez pytania nie bolą?

To nie to samo.

Czemu nie?

Milczał.

Bo jest matką szepnął.

A ja jestem matką Ali. I żoną. Włożyłam prześcieradło do szafy. Nie mówię, żeby nie mogła przychodzić. Chcę tylko, żeby dzwoniła i pytała. To niewiele.

Nie odpowiedział. Wyszedł do kuchni. Słyszałam, jak wstawia czajnik.

Wyjęłam z kosza sweterek Ali, zobaczyłam, że jeden guziczek się trzyma na włosku muszę przyszyć.

***

Dwa tygodnie później Halina zadzwoniła do Krzyśka mówiła, że nie będzie mogła w piątek, bo są urodziny kuzyna, ale w sobotę chętnie by przyszła. Krzysiek bez pytania mnie, odparł: Pewnie, mama, zapraszamy. Dowiedziałam się po fakcie.

Otworzyłam drzwi teściowa z torbami. W środku ziemniaki w siatce, cebula, słoik ogórków, kawałek schabu, jabłka, mąka.

Upiekę pierogi, Krzysiek lubi z kapustą rzuciła rozpakowując siatki.

Pani Halino, czy mogłabym…

Igo, masz wałek? Swojego nie wzięłam.

Mam, ale…

To dobrze. Zaraz powyrabiam ciasto, Ala śpi.

Już myła ręce, już znalazła sama mąkę, bo znała kuchnię niemal jak własną.

Wyszłam. Znalazłam Krzyśka z telefonem w sypialni.

Powiedziałeś jej, że może przyjść?

Tak. Chciała…

Nie zapytałeś mnie.

A co, powiedziałabyś nie?

W tej jednej jego odpowiedzi było wszystko.

Milczałam dłuższą chwilę, a zza ściany dobiegał szum sprzętów i zapach smażonej cebuli.

Następnym razem pytasz mnie zawsze powiedziałam cicho.

Chyba odpowiedział, nie dosłyszałam. Poszłam do Ali, bo już się budziła.

Pierogi wyszły pyszne chrupiące, lekko rumiane, pachnące kapustą. Ala zjadła jednego i poprosiła o następnego. Teściowa się rozpływała, ja jadłam w milczeniu, myślami przy kotletach i fiołku na parapecie.

Przy pożegnaniu Halina spojrzała na ścianę:

Tu by się przydała półka na buty. Niewygodne na podłodze.

Pomyślimy rzucił Krzysiek.

Mogę kupić, widziałam dobre na rynku.

Nie trzeba powiedziałam stanowczo. Jak zdecydujemy, to sami kupimy.

Zerknęła na mnie dziwnie, pożegnała się i wyszła.

Po co tak? spytał Krzysiek.

Jak?

Chciała tylko pomóc.

Chciała zawiesić półkę bez mojej zgody. To nie to samo.

Odszedł, słyszałam jak podjada ostatniego pieroga.

***

Kwiecień był chłodny. Brałam Alę na spacery przed południem, potem kładłam ją spać i zajmowałam się domem. Mały, cichy świat mój.

Któregoś dnia, gdy odpoczywałam z książką, znów kliknął zamek. Halina weszła bezceremonialnie, z paczuszką.

O, jesteś w domu! Dobrze, wymienię tylko firanki. Przywiozłam nowe, te już wyblakły.

Błyskawicznie rozwinęła paczkę były tam beżowe, mięsiste firanki z drobnym wzorem.

Proszę przestać powiedziałam stanowczo.

Spojrzała na mnie zaskoczona.

Słucham?

Proszę przestać. Nie chcę żadnych nowych firanek. Te są moje, sama je wybrałam.

Ależ, Igo, te stare są takie zwyczajne…

Pani Halino. Mówiłam, by dzwonić przed wizytą, prawda?

Mówiłaś…

Znowu przyszła pani bez zapowiedzi. A firanki są moje, nie zmieniamy.

Długo patrzyła na mnie, w końcu wrzuciła firanki do torby.

Proszę bardzo. Jesteś gospodynią.

Sposób, w jaki wymówiła to słowo, pokazywał wszystko upór, urazę, nawet żal.

Tak, jestem gospodynią zgodziłam się.

Wyszła bez herbaty. Pierwszy raz od miesięcy bez żadnego domowego komentarza.

Wieczorem Krzysiek wrócił:

Mama dzwoniła. Rozżalona.

Wiem.

Mówi, że byłaś nieuprzejma.

Nie byłam. Prosiłam o respektowanie naszych wspólnych ustaleń.

Ona tylko chciała pomóc.

Krzysiek, powiedz mi szczerze czy jeżeli ktoś chce pomóc, to może robić wszystko w czyimś domu?

Nie odpowiedział.

Jeśli naprawdę tak myślisz, mamy odmienne poglądy. A jeśli nie, powinieneś stanąć po mojej stronie. Ja jestem twoją żoną.

Ujął moją rękę. Przytrzymał.

Pogadam z nią powiedział.

Mówiłeś już pięć razy.

Igo

Pięć razy.

Odsunął się, wyszedł.

Umyłam naczynia, postawiłam fiołek bliżej okna. Pąki rozwinęły się już prawie wszystkie.

***

Koniec kwietnia. Krzysiek miał urodziny trzydzieste. Przygotowywałam się z radością, znalazłam przepis na miodownik ze śmietanowym kremem i masą kajmakową. Wszystko zrobiłam wieczorem, w nocy przełożyłam kremem.

Gości miało być mało: dwóch kolegów z żonami, jego siostra Natalia z mężem, no i oczywiście teściowa.

Przyszła pierwsza zadzwoniła wcześniej, zapowiedziała się, chciała pomóc. Odpowiedziałam, że wszystko gotowe.

O, jak ładnie. Ryba?

Tak, łosoś.

Krzysiek bardziej za sandaczem.

Dziś łosoś.

No dobrze. Poprawiła widelec. Torta sama robiłaś?

Sama. Miodownik.

Krzysiek woli napoleonki.

Nie mówił mi o tym.

Może ci nie mówił, a ja wiem.

Kroiłam chleb i milczałam.

Sama bym wyrobiła napoleonki mruczała. Zdążyłabym.

Już upiekłam swój, jest dobry.

Zobaczymy…

Przyszli goście, zrobił się gwar, Ala biegała między fotelami, wszyscy ją częstowali swoimi słodkościami, a ja jednym okiem pilnowałam, żeby za dużo nie zjadła. Krzysiek był szczęśliwy, uśmiechnięty, rozbawiony.

Przy torcie Halina zwróciła się do żony przyjaciela Krzyśka:

Miodownik. Iga robiła.

Pachnie cudnie zachwyciła się tamta.

Miodownik to specyficzne ciasto. Nie każdemu smakuje. Ciężkie.

Ktoś sięgnął po kawałek. Ja odłożyłam talerz. Usłyszałam jeszcze:

Krzysiek woli napoleonki. No, ale trudno, skoro nie ma.

Pół sekundy ciszy, potem ktoś rzucił Smaczne!, atmosfera wróciła do normy.

Ale ja słyszałam.

W kuchni zabierałam naczynia, łapałam głęboki oddech, aż w końcu wróciłam do stołu.

Pod koniec wieczoru Ala zaczęła przysypiać. Wzięłam ją na ręce, zaniosłam do pokoju dziecięcego. Halina ruszyła za mną.

Ja ją położę zaproponowała.

Sama ją położę.

Igo, przecież padniesz z nóg. Pozwól…

Sama, pani Halino.

Stanęła. Z pokoju słychać było śmiechy i brzęk szkła.

Zawsze tak rzuciła cicho. Chcę pomóc, a ty zawsze odmawiasz. Przykro mi.

Obróciłam się do niej z Alą na rękach, która już zasypiała.

Pani Halino, sama położę moją córkę. To nie przykrość to moje prawo.

Położyłam Alę, pogłaskałam po włosach. Od razu zasnęła.

Gdy wróciłam do kuchni, Halina pakowała sałatkę jarzynową do pojemnika.

Co pani robi?

Biorę resztki, bo się zmarnują.

Nie zmarnują się. Zjemy jutro.

Ale jeszcze pół miski zostało.

Sama ją zabiorę, pani Halino.

Ale już zapakowałam…

Proszę oddać pojemnik.

Patrzyła na mnie uważnie, przez chwilę, po czym oddała pojemnik.

Iga, ja nie jestem twoim wrogiem.

Wiem.

Kocham Krzyśka. Kocham Alę.

Wiem. Ale mam swoją rodzinę, a Krzysiek ma żonę i córkę. My też potrzebujemy przestrzeni.

Jakiej przestrzeni? Co masz na myśli?

Tego, że przychodzisz bez zapowiedzi, robisz, co chcesz, wyrzucasz moje jedzenie, przesuwasz rzeczy, przywozisz rzeczy bez pytania, karmisz Alę wbrew mojej woli, robisz przy gościach uwagi na temat mojego ciasta. Tego nie powinno być.

Milczała.

Nie jestem pani wrogiem powtórzyłam. Chcę dobrych relacji, ale musimy mieć wspólne zasady.

Wyganiasz mnie? Spytała cicho.

Proszę tylko o szacunek do domowych zasad.

Szanuję.

Nie, nie szanujesz. Westchnęłam. Proszę pożegnać się z gośćmi i wrócić do domu dzisiaj. Jutro chcę porozmawiać z Krzyśkiem.

Wzięła torbę, długo patrzyła, po czym wyszła na korytarz, pożegnała Krzyśka i resztę. Zerknęła do pokoju dziecięcego cicho zamknęła drzwi. Wyszła.

Kiedy Krzysiek zamknął drzwi za ostatnimi gośćmi, usiadł przy kuchennym stole.

Padam z nóg powiedział.

Usiądź. Musimy porozmawiać.

Nalałam herbatu, postawiłam kubki.

Krzysiek, chcę, byś odebrał matce klucze do mieszkania.

Odłożył kubek.

Co?

Chcę, żeby oddała klucz.

Długo milczał.

Iga, ona się obrazi…

Wiem, co powiesz. Że się obrazi. Że wspomogła nas finansowo że musimy być wdzięczni. Jeśli o pieniądze chodzi: weźmiemy kredyt, spłacimy jej udział. Wtedy nie będzie mogła tłumaczyć, że to dzięki niej mamy to mieszkanie.

To…

Inaczej już nie chcę tego tłumaczenia. Żadnych bo ona nam pomogła.

Podszedł do okna, patrzył w ciemność. W końcu powiedział:

Mama jest trudna. Odkąd zmarł tata, musiała wszystko dźwigać sama. Przez nią wszystko szło.

Rozumiem.

Nie umie inaczej.

Nie oczekuję, byś ją przestał kochać. Ale dorosłe życie to własna rodzina. Musi zrozumieć, że są granice.

Obrazi się za klucze.

Może. Ale musi przestrzegać naszych zasad albo nie będzie miała kluczy.

Dziś ją wygoniłaś.

Poprosiłam, by wyszła po rozmowie. To nie to samo.

Będzie roztrzęsiona.

Ja byłam wiele razy roztrzęsiona. Kiedy wyrzuciła moje jedzenie, kiedy nakarmiła Alę biskwitem, mimo moich próśb, gdy przy gościach powiedziała, jakie ciasto Krzysiek woli. Mam dość owijania w bawełnę.

Stał długo cicho. Wreszcie:

Powie, że jesteśmy niewdzięczni.

Możliwe.

Powie, że ją zostawiłem przez ciebie.

Możliwe.

Będzie mi źle.

Wiem.

Przez chwilę było bardzo cicho. Za ścianą spała Ala.

Na pewno chcesz kredyt?

Chcę mieć swoje mieszkanie, nie na cudzych pieniądzach. Swoje.

Już jest nasze.

Dopóki ona ma klucz, nie.

Podszedł, upił łyk herbaty.

Daj mi trochę czasu.

Dobrze.

Porozmawiam z nią.

Dobrze.

O kluczach i wszystkim.

Dobrze, Krzysiek.

Poukładał kubki. Rzekł:

Ciasto było dobre. Naprawdę.

Nie odpowiedziałam. Pozmywałam.

***

Minęły trzy dni. Halina nie dzwoniła. Krzysiek był cichy, pracował, bawił się z Alą wieczorami.

Czwartego dnia powiedział:

Rozmawiałem z mamą.

Popatrzyłam na niego.

I?

Było ciężko. Płakała.

Wiem.

Powiedziała, że nie kochamy jej.

Tak zawsze mówi.

Tak. Zamilkł. Wytłumaczyłem o kluczach, o telefonie przed wejściem, o tym, że nie może karmić Ali bez zgody.

Zgodziła się?

Nie od razu. Powiedziała, że jesteś przeciwko niej.

A ty?

Powiedziałem, że podjęliśmy decyzję razem.

Westchnęłam.

Dzięki.

O klucz prosiła o trochę czasu. Mówi, że odda, ale nie od razu. Musi się oswoić.

To nie odpowiedź.

Daj jej tydzień.

Krzysiek.

Tydzień. Jak nie odda, sam pojadę i zabiorę. Dobrze?

Pomyślałam chwilę.

Dobrze, tydzień.

Pokiwał głową. Sięgnął po gazetę z pracy.

Kredyt… Może masz rację. Trzeba policzyć.

Policzmy.

Pogadam z kolegą w banku.

Dobrze.

Było cicho, spokojnie, zwyczajnie wieczornie. Ala w sąsiednim pokoju coś układała.

Poszłam zajrzeć. Układała wieżę z klocków.

Wieża powiedziałam.

Wieża! Uśmiechnęła się i dostawiła kolejny klocek wieża się nie przewróciła.

***

Minął tydzień. Halina zadzwoniła w środę chciała przyjść w sobotę, zapytała, czy to pasuje. Odpowiedziałam, że tak. W sobotę przyszła równo o trzeciej.

Miała w ręce paczkę książeczkę obrazkową dla Ali. Wręczyła mi, bez słowa.

O, o zwierzątkach. Lubi zwierzątka.

Dziękujemy.

Babcia! Ala podbiegła, Halina uściskała ją mocno, ale patrzyła na mnie z czymś trudnym do zdefiniowania nie żalem już, raczej… czymś nowym.

Rozmawiałyśmy łagodnie. O pogodzie, o działce, o planach na lato. Ala pokazywała obrazki lis, zając, miś.

Przy końcu spotkania Halina otworzyła torebkę. Odpięła klucz i położyła na stole.

Proszę. Jak ustaliliśmy.

Krzysiek wziął klucz, schował do kieszeni.

Dzięki, mama.

Nie ma sprawy. Dopijała herbatę. Powiedzcie tylko, kiedy mnie chcecie zobaczyć przyjdę.

Dobrze.

Nie mam nic przeciwko, żeby ustalać wizyty. Wiem, że macie swoją rodzinę.

Cieszymy się jak przychodzisz powiedział Krzysiek.

Patrzyła na niego, potem na mnie.

Wiem kiwnęła głową.

To już była inna rozmowa. Poszła tuż przed szóstą. Ala pomachała z okna, Halina z ulicy też.

Krzysiek zamknął okno.

No…

No…

Ala wróciła do swojego pokoju. My staliśmy przez chwilę przy oknie.

Długo nie dzwoniła powiedział Krzysiek. Ciężko jej.

Wiem.

Nie żałujesz?

Naprawdę się zastanowiłam.

Nie żałuję.

Ja też nie.

Patrzyliśmy przez okno Halina szła powoli, w swoim musztardowym swetrze, z torbą na ramieniu. Doszła do rogu i zniknęła.

Może czas przestawić szafę w korytarzu powiedział Krzysiek niespodziewanie.

Którą?

Tę. Mama ją przesuwała na wiosnę. Wolałaś po swojemu.

Pamiętasz?

Teraz?

Dlaczego nie.

Przenieśliśmy szafę oboje. Stała znowu jak wcześniej lekko skośnie, drzwi otwierały się jak dawniej, z łatwością.

O tak właśnie stwierdził Krzysiek.

Tak.

Ala przyszła z książeczką.

Mamo, zobacz, lis.

Lisek, spryciarz.

Spryciarz przytaknęła i pobiegła dalej.

W kuchni nalałam wody, postawiłam szklankę na stole. Spojrzałam na parapet.

Fiołek stał tam, gdzie go postawiłam. Trzy pąki rozkwitły przez ten miesiąc, wszystkie kwitły fioletowe z białym brzegiem. Czwarty pąk był jeszcze nierozwinięty, liście ciemnozielone, równe. Żadnego usychania.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Synowa zastała teściową w swojej kuchni i…