Synowa zastała teściową w swojej kuchni i…
Halina Pawłowska stała pośrodku kuchni, trzymając w rękach doniczkę z fiołkiem. Fiołek należał do Igi. Iga kupiła go na targu w zeszłym kwietniu, długo wybierała między trzema, w końcu wzięła ten, który miał najładniejsze liście. Postawiła na parapecie, podlewała co niedzielę. A teraz teściowa trzymała tę doniczkę obiema rękami, jakby było to coś podejrzanego, co powinno się obejrzeć przed wyrzuceniem.
Pani Halino, co pani robi? zapytała.
Iga weszła do kuchni w koszulce i domowych spodniach. Alicja właśnie zasnęła po obiedzie, liczyła na choć pół godziny ciszy. Zamiast tego usłyszała kroki, brzęk naczyń i szeleszczenie reklamówek.
Sprzątam rzuciła Halina Pawłowska przez ramię. Znowu źle ją postawiłaś. Zasłania tu światło, Igo.
Ona stoi tam, gdzie ją postawiłam. Ten parapet wybrałam specjalnie.
No i źle. Wschodnia strona. Fiołki nie lubią ostrego, porannego słońca.
Ale przecież rośnie bardzo dobrze. Patrz, pąki już są…
Bo młoda jeszcze. Potem uschnie. Przestawię ją do lodówki, tam jest półeczka.
Iga podeszła, odebrała spokojnie doniczkę z rąk teściowej i ustawiła z powrotem na parapecie.
Proszę nie przestawiać moich rzeczy, pani Halino.
Teściowa spojrzała na nią nie ze złością, raczej z zaskoczeniem, jak ktoś, komu wytłumaczono zasadę, którą dotąd uznawał za absurdalną.
Igo, ja nie rzeczy przestawiam. Chcę ci pomóc.
Wiem. Ale to moja kuchnia, sama zdecyduję, co gdzie stoi.
Twoja kuchnia… Halina Pawłowska uniosła brwi i odwróciła się do zlewu. Jak chcesz.
Wzięła gąbkę, zaczęła szorować kran z iście aptekarską dokładnością. Iga patrzyła na jej szerokie plecy w musztardowym swetrze. Myślała: po co przyszłaś w środę, bez telefonu, bez zapowiedzi? Masz klucz, otwierasz drzwi, stoisz tu pomiędzy czyimiś rzeczami, tłumaczysz, gdzie i co powinno stać.
Nie powiedziała tego na głos.
Kiedy Alicja się obudzi? zapytała teściowa, nie odwracając głowy.
Pewnie za półtorej godziny.
To ja tu posprzątam trochę, dobrze? Ty odpocznij.
Iga otworzyła usta, zamknęła. Odparła spokojnie:
Pani Halino, ja tu mam porządek.
Tak, widzę odpowiedziała po chwili Pawłowska. Po prostu kran był w zaciekach.
Iga nalała sobie wody, wypiła ją stojąc przy oknie i patrząc na fiołka. Jeden pąk miał się właśnie rozwinąć fioletowy z białą obwódką. Alicja codziennie dotykała go paluszkiem, mówiąc: fiłek. Iga poprawiała: fiołek. Alicja znowu: fiłek i śmiała się.
Wróciwszy do pokoju, nie zamknęła drzwi. Zamknięcie byłoby manifestacją, a ona nie chciała kłótni. Wolała, by teściowa sama zrozumiała, że przyszła nie w porę, że tu żyją inni ludzie i mają własne układy. Ale Halina Pawłowska najwyraźniej nie widziała w tym nic niewłaściwego.
Po dwudziestu minutach z kuchni zaczęło pachnieć. Znała ten zapach bulionowy, mocny, domowy.
Iga wyszła.
Na kuchence gotował się rosół w jej garnku.
Co to? zapytała.
Zrobiłam zupę. Rosół z makaronem. Andrzejek z pracy przyjdzie głodny, a w lodówce pusto.
Miałam kaszę gryczaną. I kotlety.
Kotlety stare. Wyrzuciłam.
Iga zatrzymała się.
Wyrzuciła pani moje kotlety?
Stały od wczoraj, Igo. Jeszcze się zatrujecie.
Były dobre. Chciałam je dziś odgrzać. Sama je zrobiłam.
Kotlety za parę złotych… A tu proszę, zupa świeża.
Iga patrzyła na garnek. Rosół prawie gotowy, makaron już pęczniał w bursztynowym bulionie. Pachniało wspaniale to denerwowało najbardziej. Było pysznie, była w jej garnku, z produktów przyniesionych przez Halinę Pawłowską, a ona musiała coś z tym zrobić.
Dziękuję Iga powiedziała tylko. Ale proszę nie wyrzucać już moich potraw.
Nie chciałam źle. Po prostu chciałam pomóc.
Rozumiem. Ale proszę. Nie wyrzucajcie już, dobrze?
Teściowa zamieszała zupę, nie odpowiedziała.
Iga usiadła przy stole i patrzyła, jak teściowa sprawnie ogarnia, zmywa łyżkę, wyciera brzeg kuchenki. Poruszała się jak u siebie widocznie bywała tu już pod nieobecność Igi.
Pani Halino zaczęła Iga jak często pani tu przychodzi?
Zdarza się, jak trzeba.
A jak to jest, jak trzeba?
Teściowa odwróciła się, twarz miała otwartą, nawet nieco dotkniętą.
Igo, co masz na myśli? Przecież nie jestem tu obca. Andrzejek to mój syn.
Tak, i to też jego mieszkanie. I moje.
To co z tego? Nie mogę wejść?
Można, ale po uprzedzeniu, za naszą zgodą.
Długa cisza. Halina Pawłowska patrzyła na Igę tym spojrzeniem, które Iga już znała mieszanka zdziwienia i cichej urazy, z której zrobi się potem rozmowa telefoniczna z Andrzejem.
Dobrze powiedziała w końcu jak wolisz.
Rosół zostawiła na kuchence. Wyszła po godzinie, zanim Alicja zdążyła się obudzić. Pocałowała wnuczkę przez drzwi, szepnęła: cicho, ona śpi i poszła. Klucze zabrała.
Wieczorem Andrzej wrócił z pracy. Wyraźnie poczuł zapach rosołu.
O, mama była?
Tak.
Ładnie pachnie.
Andrzej.
Zdjął kurtkę, zawiesił w przedpokoju, odwrócił się.
Co?
Przyszła bez uprzedzenia. Wyrzuciła moje kotlety. Przestawiała moje rzeczy. Chodziła po mieszkaniu.
Igo, chciała pomóc.
Wiem, mówiłeś już. Ale chcę, żebyś z nią porozmawiał. By wytłumaczyć, że ma dzwonić przed wizytą.
Andrzej wziął chleb, urwał kawałek. Przeżuł.
Porozmawiam.
Zawsze tak mówisz.
To porozmawiam jeszcze raz.
Iga nalała zupę, podała Andrzejowi. Spróbował.
Dobrze robi.
Iga jadła już bez słowa.
Kilka dni później Halina Pawłowska przyszła znowu. Tym razem w piątek, około drugiej. Akurat gdy Alicja się budziła, krzyczała w łóżeczku, a Iga szła ją wyjąć, usłyszała klucz w drzwiach.
Obudziłaś się, moja kochana! rozległ się głos teściowej w korytarzu. Babcia przyszła!
Alicja przestała płakać. Zawsze przestawała, gdy przychodziła Halina Pawłowska. Iga nie była pewna, czy się z tego cieszyć.
Weszły do kuchni. Iga zaparzyła herbatę. Alicja siedziała na kolanach babci i jadła chleb z masłem, które Pawłowska przyniosła, ukryte w torbie wraz z czymś jeszcze, czego Iga jeszcze nie zobaczyła.
Przyniosłam torcik, z cukierni, biszkoptowy. Alicja lubi słodycze.
Alicja nie je tortu.
Dlaczego?
Ma dwa i pół roku. Nie wprowadzam jeszcze tylu słodyczy. Miała reakcję na krem czekoladowy.
Na krem. Tu jest waniliowy, bez czekolady.
Pani Halino, proszę…
Igo, kawałek nie zaszkodzi teściowa mówiła łagodnie, spokojnie, a właśnie to było trudniejsze do zniesienia, niż gdyby była zła. Swojego wychowałam, nic nie było.
Pani dziecko i moje dziecko to różne dzieci. Alicja ma swoje reakcje.
Przesadzasz.
Może. Ale to moje dziecko, proszę nie dawać jej ciasta.
Pauza. Alicja wyciągnęła rękę po siatkę. Teściowa schowała ją pod stół.
Dobrze powiedziała. Bez ciasta.
Dziękuję.
Piły herbatę. Alicja bawiła się na podłodze garnkiem i drewnianą łyżką, którą Halina Pawłowska znalazła i podała wnuczce nawet nie pytając. Iga spojrzała, ale nie powiedziała nic. Łyżka była czysta.
Jak Andrzejek w pracy? spytała teściowa.
Dobrze. Zmęczony.
Zawsze tak miał, od dziecka. Angażuje się całym sobą. Zamieszała herbatę. Powinien odpocząć. Nie wybieracie się nigdzie latem?
Jeszcze nie wiemy.
Zabrałabym Alicję do siebie, odpoczęłabyś. Na działce cisza, powietrze, ogród.
Pomyślę.
Nie ma co myśleć. Ustalmy, lipiec.
Pani Halino, powiedziałam: pomyślę.
Teściowa spojrzała. Iga trzymała kubek w obu dłoniach, patrzyła w oczy. Wzrok nie odsuwał się przez chwilę. Halina Pawłowska odwróciła się do Alicji.
Aluś, chodź do babci.
Alicja podreptała po linoleum. Teściowa przytuliła ją mocno, przyłożyła nos do jej włosów.
Moja kochana.
Iga myła kubki. Fiołek stał na swoim miejscu. Drugi pąk miał się rozwinąć.
Torcik Halina Pawłowska wyjęła wtedy, kiedy Iga wyszła do telefonu. Po powrocie zobaczyła jak Alicja trzyma fragment biszkoptu, a babcia patrzy na nią z cichą satysfakcją.
Pani Halino…
Kawałeczek, Igo. Sama wyciągnęła rączkę.
Wyciągnie rękę po wszystko, co jej się poda. To dziecko.
Iga ostrożnie odebrała biszkopt Alicji. Dziecko nie rozpłakało się, tylko zaskoczone spojrzało na mamę. Iga podała jej kawałek jabłka z miseczki. Alicja zjadła jabłko, wróciła do garnka.
Prosiłam nie dawać ciasta powiedziała Iga spokojnie.
Sama chciała.
Następnym razem, gdy będzie chciała, proszę odmówić. To dorosły mówi dziecku nie.
Pawłowska wstała, wzięła torebkę.
To pójdę.
Dobrze.
Złościsz się.
Nie. Proszę tylko o przestrzeganie moich zasad w moim domu.
Twoje zasady… Teściowa zapięła torbę. Rozumiem
Wyszła. Alicja pomachała: Papa! Pawłowska odparła już z korytarza: Pa, słoneczko. Drzwi się zamknęły.
Iga włożyła tort do torby. Położyła ją przy drzwiach, żeby oddać.
Wieczorem Andrzej znowu powiedział: Ona po prostu kocha Alicję.
Wiem odpowiedziała Iga.
To w czym problem?
Iga długo milczała. Potem powiedziała:
Andrzej, rozumiesz, że ona przychodzi kiedy chce, robi co chce, nawet mnie nie pyta? To nasz dom. Nie muszę walczyć, by decydować, co je moje dziecko.
Siedział w salonie. Patrzył w telefon. Po chwili odłożył.
Pomogła nam z mieszkaniem, Igo.
Ot i wszystko.
Iga złożyła ręce na kolanach.
Pamiętam.
Bez niej dalej byśmy wynajmowali.
Pamiętam, Andrzej.
To może trochę… musisz…
Co? Znosić? Pozwalać jej wszystko, bo dała pieniądze?
Nie odpowiedział.
To tak nie działa powiedziała cicho. Pomoc to pomoc. Nie bilet wstępu bez ograniczeń.
Podniósł telefon.
Porozmawiam z nią.
Już dwukrotnie rozmawiałeś.
Porozmawiam jeszcze raz, Igo. Czego ode mnie oczekujesz?
Chciała, żeby sam zrozumiał. Bez wyjaśnień. Ale widziała, że nie rozumie albo nie chce zrozumieć, bo rozumieć znaczyłoby coś zrobić, a to oznaczało konflikt z matką, czego bał się bardziej niż jej milczenia.
Nic powiedziała. Dobranoc.
Poszła sprawdzić Alicję. Córka spała rozrzucona, twarzą w poduszkę. Iga przewróciła ją ostrożnie na plecy. Alicja coś bąknęła, nie obudziła się. Iga stała, słuchała jej oddechu w ciemności.
Minął tydzień. Potem kolejny.
W sobotę rano Halina Pawłowska zadzwoniła:
Igo, chciałam przyjść w niedzielę. Jak tam?
W niedzielę mamy plany.
Jakie plany? Andrzejek mówił, że będziecie w domu.
Jesteśmy, ale mamy swoje zajęcia. Może innym razem?
Pauza.
Kupiłam Alicji zabawkę. Chciałam przynieść.
Można przekazać przez Andrzeja.
Druga pauza, dłuższa.
Rozumiem głos Pawłowskiej był nieco inny. Nie obrażony, po prostu inny. No dobrze.
Wieczorem Andrzej powiedział:
Mama jest zła.
Wiem.
Mówi, że nie wpuszczasz jej do domu.
Nie wpuszczam bez zapowiedzi. To nie to samo.
Dla niej to to samo.
Iga składała czyste pranie na łóżku. Wyciągnęła prześcieradło, rozprostowała.
Andrzej, po czyjej jesteś stronie?
Nie jestem po stronie. Chciałbym, żebyście…
Nie. Tu nie chodzi o zrozumienie między nami. Chodzi o to, kto podejmuje decyzje w tej rodzinie. Ona czy my?
Siedział na brzegu łóżka, patrzył jak składa.
My.
Więc porozmawiaj z nią naprawdę. Tak, by zrozumiała. Ma dzwonić przed wizytą. Moje uwagi w sprawie Alicji są do przestrzegania. Klucz ma oddać.
Podniósł głowę.
Klucz?
Tak. Klucz.
To dla niej…
Co?
Wstał, powędrował do okna. Odwrócił się.
Bardzo ją to zaboli.
A mnie jej najścia nie bolą?
To nie to samo.
Dlaczego?
Cisza.
Bo to matka powiedział wreszcie.
Ja jestem matką Alicji i żoną w tym domu Iga odłożyła złożone prześcieradło na półkę. Nie mówię, że nie może przychodzić. Mówię: niech dzwoni. Pyta. Szanować prośby. To niewiele.
Nie odpowiedział. Poszedł do kuchni. Słyszała, jak włączył czajnik.
Wyjęła z kosza następną rzecz. Mała bluzka Alicji, z kaczuszkami. Jednemu guziczkowi już kończyła się nitka trzeba przyszyć. Odłożyła osobno.
Dwa tygodnie później Halina Pawłowska zadzwoniła do Andrzeja i powiedziała, że jest urodziny bratanka, nie może przyjść w piątek, ale w sobotę by chciała, jeśli można. Andrzej powiedział: Śmiało. Idze nic nie przekazał.
W sobotę Iga otworzyła drzwi i zobaczyła teściową z ciężkimi siatkami.
O, witaj. Andrzej mówił, że przyjdziesz.
Przyszłam.
Dobrze. Wejdź.
Pomogła jej z zakupami. Były tam ziemniaki w siatce, cebula, słoik ogórków, kawałek schabu w folii, jabłka, mąka.
Chciałam zrobić pierogi, Andrzejek lubi z kapustą.
Pani Halino, czy mogę prosić…
Masz wałek? Swojego nie wzięłam.
Mam, ale…
No to dobrze. Zaraz zarobię ciasto, póki Alicja śpi.
Już myła ręce, już otwierała szafkę, znała kuchnię na wylot.
Iga wyszła, znalazła Andrzeja w sypialni z telefonem.
Pytałeś mnie, czy może przyjść?
Podniósł wzrok.
No, chciała…
Nie zapytałeś mnie.
Powiedziałabyś nie.
I tu zawierało się wszystko.
Iga stała chwilę bez słowa. Za ścianą brzęczała teściowa. Pachniało cebulą, potem lekko spalenizną, potem znów cebulą.
Następnym razem pytaj Mnie. Zawsze. Zrozumiałeś?
Coś odpowiedział, ale już nie słyszała szła do Alicji, która właśnie się budziła.
Pierogi zrobiła, były smaczne: chrupiące, z kapustą. Alicja zjadła całą i prosiła jeszcze. Teściowa promieniała. Iga jadła w milczeniu i myślała o kotletach, torcie, fiołku.
Przy wyjściu Pawłowska zatrzymała się w korytarzu, spojrzała na ścianę.
Tu by się przydała półka na buty pokazała róg. Na podłodze niewygodnie.
Pomyślimy powiedział Andrzej.
Widziałam takie na rynku, mogę kupić.
Nie trzeba ucięła Iga. Jeśli zechcemy, kupimy sami.
Teściowa spojrzała na nią, potem na Andrzeja, założyła buty i wyszła.
Drzwi się zamknęły.
Po co tak? rzucił Andrzej.
Jak?
Chciała pomóc.
Chciała powiesić półkę w moim korytarzu bez zgody. To co innego.
Wyszedł do kuchni. Słyszała, jak zjada ostatnią pierogę.
Była zimna połowa kwietnia. Iga z Alicją wychodziły na spacer do południa, potem wracały, dziecko spało, a ona sprzątała, gotowała. Czasem czytała, jeśli miała szczęście i Alicja spała długo. Proste życie, ale ich własne.
I któregoś popołudnia, kiedy Alicja spała, a Iga czytała przy oknie, znów kliknął zamek.
Odłożyła książkę.
Halina Pawłowska weszła i zobaczyła Igę:
O, jesteś, dobrze. Szybko się uwinę.
Pani Halino…
Tylko zmienię zasłonki, przywiozłam nowe, ładne, te już nie świeże.
W rękach trzymała zwitek materiału. Rozwinęła beżowe zasłonki z drobnym wzorem, gęste.
Proszę się zatrzymać powiedziała Iga.
Teściowa popatrzyła.
Co?
Nie chcę nowych firanek. Te mi się podobają.
Są zwyczajne. Te są śliczne, kupiłam w promocji.
Pani Halino Iga podeszła bliżej mówiłam, że proszę dzwonić przed przyjściem. Dzwoniła pani?
No, mówiłaś.
Przyszła pani bez zapowiedzi.
Myślałam, że jesteś w domu.
To nie ma znaczenia. Proszę zadzwonić. Zrobiła krok do przodu. I nie chcę zmieniać firanek. Proszę je zabrać.
Halina Pawłowska długo patrzyła, potem powoli zwinęła firanki.
Dobrze powiedziała. Ty gospodyni.
Ton sugerował coś innego może uparta, może niewdzięczna.
Tak przytaknęła spokojnie Iga. Gospodyni.
Teściowa wyszła bez herbaty. Pierwszy raz od miesięcy.
Wieczorem Andrzej powiedział:
Mama dzwoniła. Była roztrzęsiona.
Wiem.
Mówiła, że byłaś niegrzeczna.
Nie byłam. Prosiłam, by przestrzegała zasad, które już omawialiśmy.
Chciała pomóc.
Andrzeju spojrzała mu prosto w oczy powiedz mi jedno. Naprawdę uważasz, że chęć pomocy pozwala łamać wszystkie zwyczaje w czyimś domu?
Milczał.
Bo jeśli tak myślisz, to nigdy się nie dogadamy. Ale jeśli nie stań po mojej stronie. Ja jestem twoja żona.
Wziął jej dłoń po drugiej stronie stołu. Po chwili puścił.
Porozmawiam z nią.
Już pięć razy mówiłeś.
Igo…
Pięć, Andrzej.
Wstał, wyszedł. Zmyła naczynia, przetarła blat, przesunęła fiołka bliżej światła. Trzeci pąk był już blisko.
Nadeszła końcówka kwietnia. Andrzej miał urodziny, kończył trzydzieści lat.
Iga przygotowywała się z przyjemnością znalazła przepis na miodownik z masą śmietanową i kajmakiem, zrobiła wszystko sama, wieczorem upiekła placki, w nocy przełożyła kremem, rano schowała do lodówki.
Gości miało być niewielu: dwóch kolegów Andrieja z żonami, jego siostra Natalia z mężem i oczywiście Halina Pawłowska.
Iga nakryła stół: sałatka jarzynowa, pieczona ryba, własne ogórki, półmiski. Wszystko starannie.
Halina Pawłowska przyszła pierwsza. Zadzwoniła, zapowiedziała się. Iga powiedziała: wszystko gotowe, tylko przyjeżdżajcie. Teściowa weszła prosto do kuchni.
O, jak pięknie wszystko. To ryba?
Tak, łosoś.
Andrzejek woli pstrąga.
Dziś mamy łososia.
No trudno. Teściowa przesunęła widelec na stole. Ot, bez powodu. Tort sama robiłaś?
Sama. Miodownik.
Andrzejek nie przepada za miodownikiem. Woli napoleon.
Nic mi nie mówił.
Wiem, ale ja wiem.
Iga kroiła chleb, milczała.
Ja bym napoleon zrobiła. Dałabym radę.
Już upiekłam tort. Jest dobry.
Zobaczymy.
Goście przecięli hałas. Alicja biegała wśród dorosłych, wszyscy ją głaskali i dawali ciasteczka. Iga kątem oka pilnowała, by nie za dużo. Andrzej był zadowolony, śmiał się, żartował, pił trochę wina. Iga patrzyła na niego: życzliwy, pogodny tylko utknął pomiędzy nią a matką i nie wie, że to jego zadanie, nie ich.
Przy stole teściowa siedziała naprzeciw Igi.
Gdy podano tort, krojony już na porcje, Pawłowska powiedziała do żony przyjaciela Andrzeja:
Miodownik. Iga upiekła.
Pachnie cudownie odpowiedziała kobieta.
Ale to tort specyficzny, nie każdy lubi. Ciężki trochę.
Ktoś sięgnął po kawałek. Iga postawiła talerz, stała chwilę obok.
Andrzej woli napoleon dodała teściowa już do ogółu. No ale, skoro nie ma innego…
Zapadła mała cisza. Po dwóch sekundach ktoś skomentował: Dobre; rozmowa znów popłynęła.
Ale Iga słyszała każde słowo.
Usunęła się do kuchni, zdjęła talerze, odetchnęła i wróciła.
Na koniec wieczoru, gdy Alicja marudziła i przysypiała, Iga wzięła ją na ręce. Teściowa wstała.
Położę ją.
Sama położę.
Jesteś zmęczona, ja to zrobię.
Sama, pani Halino.
Teściowa przystanęła. Za Igą w salonie trwały rozmowy, ktoś zaśmiał się, zadźwięczała szklanka.
Ty zawsze tak powiedziała cicho. Chcę pomóc, a ty zawsze odrzucasz. Przykro.
Iga odwróciła się. Alicja już drzemała, głowa na ramieniu mamy.
Pani Halino powiedziała bardzo spokojnie Iga położę swoje dziecko sama. To nie niechęć, to mój obowiązek.
Położyła Alicję, pogłaskała po głowie. Alicja natychmiast usnęła. Iga zamknęła drzwi, wróciła do salonu.
Goście już się żegnali. Natalia całowała brata w policzek, żona przyjaciela Andrzeja szukała torebki. Wszystko szło do końca.
Teściowa pakowała coś do pojemnika w kuchni. Iga zajrzała: sałatka jarzynowa.
Co pani robi?
Zabiorę resztkę, bo się zmarnuje.
Nie zmarnuje się. Zjemy jutro.
No przecież tam jeszcze pół miski.
Sama wezmę, pani Halino.
Ale już spakowałam…
Proszę oddać pojemnik.
Ton miała spokojny, aż teściowa spojrzała inaczej, uważniej. Zatrzymała się.
Co się z tobą dzieje? zapytała.
Nic. Proszę oddać pojemnik.
Teściowa odłożyła go na stół. Chwili nie przerywała.
Iga, nie jestem ci wrogiem.
Wiem.
Kocham Andrzejka. Kocham Alicję.
Wiem. Iga schowała pojemnik. Ale mam swoją rodzinę. Andrzej ma żonę i córkę. Potrzebujemy przestrzeni.
Jakiej przestrzeni? O co chodzi?
Chodzi właśnie o to Iga spojrzała jej w oczy. Za drzwiami gwar, ale tu były same. Przychodzi pani bez zapowiedzi. Robi pani w moim domu to, co sama uważa. Wyrzuca moją żywność, przestawia moje rzeczy, przywozi dekoracje bez pytania, karmi Alicję tym, czego nie chcę. Dziś przy gościach powiedziała pani, że mój tort nie taki, bo Andrzej lubi inny. Nawet gdyby to była prawda, to nikomu nie trzeba było tego mówić.
Teściowa milczała.
Nie jestem pani wrogiem mówiła Iga. Jestem matką pani wnuczki. Żoną pani syna. Chciałabym mieć dobre relacje, ale są potrzebne zasady. Jedne dla wszystkich.
Wyrzucasz mnie? spytała teściowa cicho. Bez gniewu, raczej jakby się zgubiła.
Proszę, by pani szanowała ten dom.
Szanowałam zawsze.
Nie. Tak nie wygląda szacunek. Iga nabrała tchu. Proszę pożegnać się z gośćmi i wrócić do siebie. Jutro chcę porozmawiać z Andrzejem.
Halina Pawłowska wzięła torbę, długo patrzyła na Igę.
No dobrze powiedziała.
Wyszła do gości, pożegnała się, pocałowała Andrzeja w policzek, pośmiała się, zajrzała do pokoju Alicji (ciemno), ubrała się i wyszła.
Andrzej zamknął drzwi, wrócił do kuchni.
Padam z nóg wyznał, przecierając czoło.
Siadaj. Muszę pogadać.
Usiadł, spojrzał na nią.
Naprawdę?
Tak.
Postawiła dwa kubki z herbatą na stole.
Andrzej, chcę, żebyś odebrał matce klucz.
Odłożył kubek.
Co?
Klucz od naszego mieszkania. Chcę, żebyś go wziął.
Długo milczał, patrzył na kubek.
Iga, to…
Wiem, co powiesz. Że się obrazi. Że będzie jej przykro. Że jesteśmy jej winni, bo pomogła z mieszkaniem. Iga mówiła normalnie, spokojnie. Więc odpowiadam: weźmy kredyt. Niewielki, damy radę. Oddamy jej wkład. Potem nie będzie miała moralnego prawa wchodzić, kiedy tylko chce.
Przecież normalnie spłacimy kredyt.
Chcę, żeby nasz dom był naszym domem, za nasze pieniądze. Nie z przysługą w tle.
Już jest nasz.
Ale ona ma klucz to nie to samo.
Podszedł do okna. Było ciemno, jedno okno świeciło się w bloku naprzeciwko.
Mama trudna jest… Całe życie trzymała wszystko w rękach, po ojcu została sama z nami z Natalką. Wszystko przez nią.
Rozumiem.
Nie chce źle.
Wiem. Nie chcę, byś kochał ją mniej. Chcę tylko innych zasad. Jesteśmy dorośli, mamy rodzinę. Powinna znać granicę.
O kluczu będzie jej przykro.
Może. Ale albo szanuje zasady, albo nie ma klucza. To nie okrucieństwo. To porządek.
Odwrócił się.
Dziś ją wyprosiłaś.
Poprosiłam, by poszła po rozmowie. To nie to samo.
Będzie ją boleć.
Mnie też bolało wiele razy. Kiedy wyrzuciła moje kotlety, kiedy podała Alicji tort, kiedy powiedziała przy gościach, że mój tort jest nie ten. Iga wstała. Mam dość tłumaczenia. Proszę, zrób to.
Długo milczał.
Powie, że jesteśmy niewdzięczni.
Może.
Że wybrałem ciebie.
Może.
Będzie mi ciężko.
Wiem.
Trwali w ciszy. Za ścianą spała Alicja.
Naprawdę chcesz kredyt?
Chcę, żeby to naprawdę był nasz dom.
Już jest.
Bo ona ma klucz jeszcze nie.
Wziął kubek, upił łyk.
Daj mi kilka dni.
Dobrze.
Porozmawiam z nią.
Dobrze.
O kluczu i o wszystkim.
Dobrze.
Popatrzył na nią.
Tort był pyszny powiedział. Naprawdę.
Nie odpowiedziała. Umyła kubki.
Trzy dni spokoju. Halina Pawłowska nie dzwoniła. Andrzej chodził do pracy, wracał, odrabiał z Alicją. Był cichy.
Czwartego dnia wieczorem powiedział:
Zadzwoniłem do niej.
Iga patrzyła na niego.
I?
Ciężko było. Płakała.
Wiem.
Powiedziała, że nas nie obchodzę.
Zawsze tak mówi.
Tak. Dłużej milczał. Wytłumaczyłem o kluczach, o dzwonieniu, o rzeczach, o zasadach dla Alicji.
Zgodziła się?
Nie od razu. Powiedziała, że wymyślasz. Że ją wyganiasz.
A ty?
Że to wspólna decyzja.
Iga westchnęła.
Dziękuję.
Kwestia klucza prosi tydzień czasu. Odda, tylko nie od razu. Chce się przyzwyczaić.
To nie odpowiedź.
Igo, daj jej tydzień.
Andrzej.
Tydzień. Potem sam ją odwiedzę. Dobrze?
Zastanowiła się.
Dobrze. Tydzień.
Skinął głową. Rozłożył gazetę.
Myślałem też o kredycie. Może masz rację.
Przegadamy.
Mam znajomego w banku. Zapytam o warunki.
Dobrze.
Cisza była taka codzienna. Alicja z drugiego pokoju coś sobie nuciła, stawiała klocki.
Iga zajrzała. Dziecko budowało wieżę.
Wieża powiedziała Iga.
Wieża potwierdziła Alicja i dołożyła klocek. Wieża chwiała się ale przetrwała.
Minął tydzień. Halina Pawłowska zadzwoniła w środę: czy w sobotę może przyjść, pasuje? Iga zgodziła się. W sobotę, punktualnie o trzeciej, zjawiła się.
Przyniosła mały pakunek: książeczkę obrazkową dla Alicji. Przekazała w ręce.
O zwierzątkach, bardzo lubi oznajmiła.
Dziękuję powiedziała cicho Iga.
Babcia! wołała Alicja z pokoju.
Teściowa przytuliła ją, spojrzała na Igę z czymś, co trudno było nazwać urazą. Może już czymś innym.
Piły herbatę, rozmawiały o pogodzie, o działce, o tym, że lato będzie ładne. Alicja pokazywała ilustracje lis, zając, niedźwiedź.
Misiek! wołała.
Misiek odpowiadała teściowa.
Podczas sprzątania, Pawłowska wyjęła z torebki pęk kluczy, zdjęła jeden, położyła.
Proszę. Jak się umówiliśmy.
Andrzej wziął klucz, podtrzymał, włożył do kieszeni.
Dziękuję, mamo.
Nie ma za co dopiła herbatę. Mówcie kiedy chcecie mnie widzieć, przyjdę. Jak się umawialiśmy.
Dobrze odpowiedział Andrzej.
Nie mam nic przeciwko ustalaniu wizyt. Rozumiem. Macie swoją rodzinę.
Zawsze jesteś mile widziana dodał Andrzej.
Spojrzała jeszcze raz na syna, potem na Igę.
Wiem powiedziała.
Może to była prawda. A może nie. Iga już tego nie roztrząsała.
Halina Pawłowska wyszła przed szóstą. Alicja pomachała przez okno, teściowa odwróciła się na chodniku i też pomachała.
Andrzej zamknął okno.
No powiedział.
No odpowiedziała Iga.
Alicja wróciła do książeczki. Zostali przy oknie.
Długo się nie odzywała. Ciężko to znosi.
Wiem.
Nie żałujesz?
Iga naprawdę pomyślała.
Nie. Nie żałuję.
Ja też nie.
Stali razem, patrząc przez okno. Na dole szła Halina Pawłowska w musztardowym swetrze. Zniknęła za rogiem.
Przedpokojowy regał trzeba przestawić rzucił Andrzej.
Który?
Ten co przesuwała na wiosnę. Mówiłaś, że nie pasuje.
Pamiętasz?
Pamiętam.
Iga popatrzyła.
Teraz?
Czemu nie.
Poszli do przedpokoju. Regał przysunięty był do ściany, nie tak jak lubiła wcześniej był lekko skośnie, łatwiej się otwierało drzwi.
Andrzej chwycił z jednej strony, Iga z drugiej.
Raz, dwa.
Przesunęli. Drzwiczka otwierała się łatwo.
O, tak.
Tak.
Alicja przyszła z książką.
Mamo, zobacz, lis.
Lis, sprytny.
Sprytny! potwierdziła Alicja i wróciła do swojego pokoju.
Iga poszła do kuchni, nalała wody, postawiła na stole, spojrzała na parapet.
Fiołek stał tam, gdzie go ustawiła. Trzy pąki rozkwitły: fioletowe z białą obwódką, zwarte i zdrowe. Czwarty już się szykował, jeszcze zamknięty. Liście ciemnozielone, proste. Nie uschła ani jedna.
Bo czasem prawdziwy dom zaczyna się dopiero wtedy, gdy nauczymy się stać po swojej stronie spokojnie, stanowczo, z szacunkiem. Dla siebie, drugiego człowieka, całej rodziny.







