Ptakulek

Ptak szczęścia

Wando! Dlaczego tak długo?! Czekam na ciebie, czekam! Siadaj już! zawołała Anna, sąsiadka Wandy Maciejewskiej, poprawiając się na ławeczce pod wiśnią, chcąc zająć wygodniejszą pozycję.

No i co? Jaki piękny mamy wieczór! Po co siedzieć w domu? Tam tylko telewizor i Kicia, jej kotka. Nuda! A w podwórku wiosna! Niby dopiero kwiecień, a już całkiem ciepło. Nawet ta wiśnia pod oknami, którą jeszcze mąż Anny, Stefan, kiedyś tutaj posadził, już się obudziła i zalała białym kwieciem. A i ławeczka pod drzewem, którą Stefan też robił, gotowa na wieczorne plotki. Anna tydzień temu ją odmalowała teraz wygląda jak nowa! Czeka, czeka, aż sąsiadki usiądą obok siebie i popłynie zwykła kobieca rozmowa o dzieciach, o zdrowiu, o życiu i o miłości.

O czym jeszcze kobiety mogą rozmawiać? Mimo że przecież znają się na wylot, zawsze coś nowego się wyjaśni. I znów jest o czym gadać. Dzieci dorastają, chorób przybywa, a miłość? Co z tą miłością? Tyle jej nie ma. Prędzej brakuje. Więc raz po raz czekasz, aż któraś coś wyzna, rozmarzysz się i słuchasz jak oczarowana. Może opowie, jak to jest, gdy ktoś cię naprawdę kocha. Trochę wtedy lżej. Nawet jeśli na sercu cisza i pustka, ale skoro gdzieś jeszcze jest taka miłość, znaczy nie wyginęła całkiem. Jeszcze ogrzewa, daje życie, światło

Anna Aleksandrowna, choć wszyscy w bloku wołają na nią Anka, zna Wandę tyle, ile pamięta siebie. Pół wieku razem na tej samej klatce schodowej. Jako małe dziewczynki ich mamy nie zamykały drzwi na klucz, żeby nie ganiać niepotrzebnie za dziećmi z mieszkania do mieszkania. Wiadomo jeśli nie w jednym lokalu, to w drugim na pewno się bawią. Dopiero jak obie ruszyły szukać szczęścia, to o zamkach sobie przypomniały.

Miały wtedy ze sześć lat.

Do Anki przyjechała babcia w odwiedziny i opowiadała dziewczynkom, że główną rzeczą w życiu jest złapać ptaka szczęścia za ogon i utrzymać go przy sobie. Wtedy wszystko się ułoży, życie stanie się łatwiejsze, a ludziom wokół będzie lepiej.

Samo życie dziewczyny nie rozumiały do końca, ale o innych zapamiętały dobrze. Bo kto nie chciałby, by rodzice się nie kłócili, tylko żyli zgodnie? Postanowiły więc złapać tego cudownego ptaka.

Tym bardziej, że Anka zapewniała, że wie, gdzie on mieszka. W bloku obok. U takiego złośliwego pana, który miał skrzypiący głos. On czasem wystawiał ptaka na podwórko, do klatki. Piękny! Kolorowy! Krzyczał jakoś dziwnie, ale to musiał być on! Ptak szczęścia! Bo nawet w zoo, gdzie czasem chodziły z rodzicami, takiego nie było.

Przygotowały się do wyprawy bardzo dokładnie.

Znalazły u Anki na balkonie starą klatkę, w której kiedyś babcia przywiozła króliczka ze wsi.

A gdzie wsadzić ptaka? Nie będziesz go przecież cały czas trzymać za ogon. Ręce się zmęczą i jak wtedy lody jeść, które na pewno im się pojawią, gdy już będą szczęśliwe?

Zabrały też chleb i herbatniki. Kto wie, co ptaki lubią najbardziej? Wanda, po namyśle, dorzuciła jeszcze pyszną krówkę. Nigdy nie wiadomo! Przecież wszyscy kochają słodycze. Obrazić by było szkoda, gdyby okazało się, że ptakowi nie przypadną do gustu ich kanapki.

Nie spieszyły się zanadto. Sprawa była poważna! Babcia Anki już wróciła do siebie, obiecując zabrać wnuczkę na całe lato. Rodzice szykowali się do urlopu. Jechali jedną rodziną z sąsiadami, jedną łazikiem, żeby taniej wyszło. Dobrze, że do Bałtyku tylko kilka godzin. Można nawet się nie wyspać do końca. Ale za to super! Dom nad morzem, choć stary, ale solidny. Podwórko z huśtawkami. I do plaży rzut beretem. Pięknie!

Ania na ten wspólny wyjazd bardzo czekała, no i do babci chciała jechać w lipcu.

A jeszcze żal jej było przyjaciółki. Wanda nie miała babci. Ani jednej! Jak to dziecko i bez babci? Kto będzie rozpieszczać po kryjomu przed rodzicami? Kto czytać bajki przez pół wieczoru, a nie popędzać, bo trza zmywać gary i pranie na jutro ogarnąć? Kto zrobi czapeczkę szydełkiem z piękną wstążką, że z daleka wygląda jak kapelusz?

Anka myślała sobie złapią ptaka to może i Wanda będzie miała babcię. Może nawet taką z tej samej wsi co jej. Nie trzeba się będzie rozstawać na lato. Dla takiej sprawy warto się postarać!

Dzień przed wyjazdem zawołały do matek, że idą bawić się do koleżanki i wymknęły się z domu. Cicho zamknęły za sobą drzwi, żeby przeciąg nie huknął, syknęły na siebie, żeby się nie wybuchać śmiechem i zeszły po schodach.

Znajomy blok, podwórko, a za chwilę już szary, ponury dom, gdzie żyje ich ptak.

Podwórko było puste i cicho. Gorąco, więc nikt nie siedzi wszyscy w domach albo w pracy.

Dziewczyny spojrzały na siebie. I co teraz? Kogo pytać o ptaka? Nawet zapytać nie ma kogo Wandzie już usta drżały, zaraz się popłacze. Ale Anka do płaczu nie była skora. Trzeba działać! Inaczej wszystkie ich marzenia przepadną babcia dla Wandy, pudło lodów, nowe sukienki w grochy. Takie same! Żeby każdy widział, że to przyjaciółki! A najważniejsze rodzice Znowu będą się kłócić, jak Ania z Wandą nie znajdą tego okropnego ptaka!

Dlaczego okropnego? Bo gdyby był dobry, to by siedział na drzewie przed blokiem i nie trzeba by go szukać! A nie ma go nigdzie!

Anka rozglądnęła się wokół, złapała Wandę za rękę i ruszyły pod klatkę schodową. Po co stać bez sensu? Trzeba zapytać w którymś mieszkaniu.

Tyle tych mieszkań… A one weszły dopiero do pierwszej klatki! Czasem nikt nie otwiera widać, nie ma nikogo w domu. Czasem ktoś krzyczy, że się wygłupiają.

A Anka z Wandą dzwonią dalej, gdzie się niegną do dzwonka, pukają.

Gdzie żyje ptak szczęścia?

Co za dziwni ci dorośli? Proste pytanie! A oni, zamiast odpowiedzieć, krzyczą, wymachują rękami. Jedna pani nawet zagroziła, że je zleje. Anka z Wandą uciekły od niej jak tylko mogły, ale zielone drzwi z dziwną klamką dobrze zapamiętały. Tam więcej już nie zapukają. Tacy źli ludzie na pewno nie mają ptaka szczęścia.

I tylko w jednym mieszkaniu się powiodło. Otworzył chłopak, starszy trochę, i na pytanie dziewczynek po prostu wzruszył ramionami:

Wchodźcie!

Ptaka tam nie było. Ale za to tyle ciekawostek, że dziewczyny zapomniały o czasie i o tym, po co przyszły.

Oglądały straszne maski wiszące na ścianach. Przykładały do ucha wielkie muszle, w których szumiało wyraźnie morze. Podziwiały ogromny model żaglowca z żaglami i marynarzami na rejach.

Składaliśmy z tatą. Święta Anna.
O! Jak ja! Anka aż odsunęła dłoń od żagla i rozświetliła się uśmiechem.

Też masz na imię Ania? Piękne imię! Tak się nazywa moja mama.

A gdzie jest twoja mama?

Mama? W pracy. Zaraz wróci. A wy czemu same się bawicie? Nie dostaniecie burę w domu?

Dopiero wtedy dziewczynki przypomniały sobie o ptaku i o tym, że pora już być na obiedzie, bo pewnie już ich szukają, a potem dostaną karę za karę.

Wanda! Spadamy!

Anka złapała koleżankę i wybiegły z mieszkania, zapominając nawet o klatce.

Poczekajcie! chłopak dogonił je w drzwiach. Proszę!

Pióra były tak piękne, że dziewczynki zamarły z zachwytu, otworzywszy buzie, bo aż bały się je dotknąć.

Co to?

To pióra pawia! Mama mi je przynosi. Pracuje w zoo. Weźcie!

Nic nie mówiąc, dziewczyny ostrożnie przyjęły delikatny skarb i poleciały do domu, nie żegnając się nawet.

A w domu czekała już burza!

Zapłakane mamy biegały po boisku, nawołując swoje córeczki. Ojcowie nerwowo palili pod blokiem, czekając na dzielnicowego, który kazał nie wychodzić, aż powie, co i jak.

Widząc dziewczęta, mama Wandy zemdlała na środku piaskownicy.

Znalazły się

Były łzy, całusy i pas. Dobrze, że rodzice nie mieli czasu na wielkie kary.

I siedząc potem już w kilka dni później na huśtawce na letniej działce, którą rodzice wynajęli na urlop, dziewczyny rozmawiały szeptem:

Wiesz co, Wando? Nie potrzebny nam żaden ptak szczęścia!

Dlaczego?

Bo babcia mówiła, że prawdziwe szczęście jest wtedy, kiedy ktoś cię kocha.

I co?

No właśnie! Gdyby nas nie kochali, to by tak nie płakali, gdy się zgubiłyśmy. Prawda? I tak by się nie bali, że odejdziemy na zawsze. Tak?

Tak

Czyli jesteśmy szczęśliwe, co?

Nie wiem

Ja wiem!

A co z rodzicami?

A czy kłócili się przez te dwa dni choć raz?

Nie…

Widzisz! Potrafią nie kłócić się. Tylko czasem nie chcą. I żaden ptak im w tym nie pomoże. Rozumiesz?

No jasne.

To lato było najpiękniejszym wspomnieniem ich dzieciństwa.

Anna Aleksandrowna, gdy wraca pamięcią do swojego życia, cieszy się, że ma z kim się nim dzielić. I nie tylko wspominać, ale dopytać, gdyby coś jej umknęło. We dwójkę łatwiej przechować pamięć.

A Wanda zawsze pamiętała lepiej niż Anka. Może dlatego, że była spokojniejsza? Tego nikt nie wie. Anka to żywe srebro. Wiecznie w ruchu, gdzieś leci, biegnie. Wanda nie przysiądzie, przemyśli, nim zrobi krok, jeszcze raz poukłada sobie wszystko w głowie. Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. I pamięta wszystko, jakby wczoraj się działo.

Gdy Anka poznała swojego przyszłego męża, nie od razu go rozpoznała. Spotykała się z nim ponad miesiąc, aż zaprosił ją do siebie.

Święta Anna…

Żaglowiec stał dokładnie tam, gdzie kiedyś oglądały go dwie małe dziewczynki. I choć dziewczynki miały już po dwadzieścia trzy lata, a Wanda była już zamężna, Anka poczuła się jak tamta mała, bojąc się dotknąć figurki marynarza, żeby nie zepsuć.

Po ślubie wyjęła z ulubionej książki starannie zachowane pawie pióro i pokazała mężowi.

Poznajesz?

I śmiały się razem, gdy jej mąż próbował sobie przypomnieć, co wtedy było.

I przyszło szczęście. Długie, rozciągnięte niemal na trzydzieści lat. Z troskami i radościami. Z pierwszymi krokami córki, potem syna. Z chorobą, którą Stefan odebrał Ani, szukając najlepszych lekarzy, trzymając ją za rękę, podczas gdy przyszłość nieśmiało stała za progiem, bojąc się wejść. I przyszedł ten dzień, kiedy czas się zatrzymał, a Ania przestała oddychać, bo powietrze razem z życiem odeszło ze Stefanem. I Wanda gdy była przy niej, nie pozwoliła jej utonąć w rozpaczy ocuciła ją i tuliła jak dziecko.

Trzymaj się, Aniu! Masz dzieci…

I Ania wróciła do siebie. Bo szczęście wciąż było obok. Już nie tak pełne, tylko w połowie, ale to, co dał jej Stefan. I choć dzieci dorosły, matki nie można stracić zaraz po ojcu. Tak być nie powinno! Bo kto wtedy będzie podporą? Babcia zawsze mówiła:

Dopóki jest ktoś między dzieckiem a niebem to dziecko nie jest sierotą! Szczęśliwe to dziecko

Trafiła w sedno! A więc trzeba żyć być pomocą dzieciom, radością wnukom. I chociaż z biegiem czasu wszyscy się rozjechali, bo praca i życie własne, Anka wiedziała, że jest potrzebna, że ją kochają. Może spakować walizkę, nabić prezenty i jechać z wizytą. Czy do syna, czy do córki wszędzie mile widziana. Albo poczekać na ferie wtedy wnuki znowu jej dom zapełnią, wrzawa, zamieszanie, bezsenne noce nad ich główkami. I łóżko, to wielkie, gdzie spała z mężem, nie będzie puste. Najstarsza wnuczka będzie się kręcić nieśmiało, a nakoniec usiądzie przy reszcie i będzie słuchać bajki, udając zdumienie, choć zna ją od lat na pamięć.

I wróci spokój. I radość cicha, lekka jak piórko. Może już nie tak barwna, jak to od męża, ale równie ciepła i upragniona.

A przecież nie każdemu tak się w życiu daje. Czasem człowiek prosi nieba o szczęście i nie dostaje. To one z Wandą były szczęściarami. Chociaż nie złapały wtedy wymarzonego ptaka, swojego szczęścia nie przegapiły. Nauczyły się zrozumieć, czym ono dla kobiety jest. Każda ma swoje, a one wymyśliły je już jako dzieci. By dzieci były zdrowe, to reszta dojdzie, jeśli się mocno chce.

Wanda też tego bardzo pragnęła i się postarała. Mogła przecież nie mieć dzieci. Ze swoim mężem nigdy nie doczekali się własnych. A kochali się niezwykle, wszyscy sąsiedzi się dziwili. Zawsze razem, zawsze blisko, tęsknią, gdy osobno. Kobiety narzekały na swoich, a Wanda milczała. Nie dlatego, że nie chciała się dzielić, choć trochę też, ale mówić o swoim mężu źle po prostu się nie dało.

Żyli ze sobą jak dwie połówki jednej duszy.

Anka dawniej myślała, że ludzie zmyślają tak się nie da. Aż spotkała Stefana. I wystarczyło spojrzeć na Wandę, żeby wiedzieć tu mieszka miłość.

A w rodzinie Wandy też nie było łatwo. Teściowych, szwagierek, ciotek do wyboru, do koloru! Dwie rodzone siostry Antoniego jeszcze, złośliwe jak mało kto! Wszyscy chcą wszystko wiedzieć: gdzie szli, co kupili do herbaty Ciągle wścibiają nos w nie swoje sprawy. I ciągle Wanda jest nie taka! Stoi źle, siada źle, spojrzy za mało serdecznie.

Na szczęście teściowa Wandy, Maria, okazała się bardzo dobrą kobietą. Jedyna z całej rodziny od razu ją przyjęła i nigdy nie robiła wymówek przez lata. Dlaczego córki jej takie wyszły zagadka. Za to syna wychowała na medal.

Była, prawda, bardzo łagodna. Nikomu nie potrafiła odmówić i nie umiała się gniewać. Było coś nie tak od razu w płacz! Wanda nazywała ją mamą od pierwszego poznania.

I wszyscy razem, wszyscy blisko.

Ale była panika, gdy mama Antoniego sprzedała swoje mieszkanie i przeprowadziła się tuż obok syna. Córki się buntowały. Z Wandą Maria nie chciała mieszkać, choć syn namawiał kupiła sobie kawalerkę w bloku obok. Mówiła, że nie chce ich gnieść w maleńkim mieszkaniu. Plany Wandy i Antoniego dobrze znała, ale nie wspomniała o niczym rodzinie.

Dobrze wiedziała, jak trudno pokój w rodzinie zachować. Sama przez to przeszła, gdy mąż ją zostawił z trójką dzieci. Pomagał, owszem i finansowo, i jak mógł ale to nie życie, gdy najbliższy człowiek odejdzie i nie powie nawet, dlaczego. Dopiero potem porozmawiali szczerze. Wanda wtedy bardzo pomogła. Widziała, jak ciężko jej teściowej. Po tylu latach wspólnego życia człowiek odchodzi dokąd? Po co? Czym ona taka nagle zła się stała?

A niczym. Po prostu druga miłość. Która, w jego głowie, w niczym nie przeszkadzała tej starej. Ot, sułtan jakiś!

Maria życia w haremie sobie odmówiła, ale przynajmniej znów poczuła się kobietą. Pogodziła się z sobą, Wandzie podziękowała i zaczęła organizować życie od nowa.

To ona pomogła Wandzie i Antoniemu znaleźć syna. Sama odeszła z wojewódzkiego szpitala, zaczęła pracę jako położna w porodówce. I tam upatrzyła sobie wnuka.

Wtedy z Wandą wszystko dobrze przemyślały, zrobiły z głową. Wanda inaczej nie umiała, ale bez teściowej by nie podołała. Jak rodzinie wyjaśnić, gdzie zniknęła niemal na rok? Musieli z mężem wyjechać, bo wiedzieli, że rodzina nigdy nie zaakceptuje obcego dziecka. A tak wrócili po roku z dzieckiem. Gdzie, kiedy Wanda urodziła nie tłumaczyli się. Anka wiedziała, że to był pierwszy raz, gdy Wanda odcięła wszelkie pytania. Rodzina trochę pogadała, ale widząc, jak teściowa kocha wnuka, ucichli. Znaczy swój.

Szwagierki coś podejrzewały, ale nie śmiały jej już dokuczać. Nie ze względu na Wandę, ale na Marię. Bały się. Matka dziwnie się zmieniła. Czasem aż rzucała słuchawką. Gdzie się podziała jej łagodność?

A ona nigdzie nie przepadła. Po prostu wiedziała, że sierocie jeszcze więcej trzeba czułości, żeby się przyzwyczaił. I całą swoją miłość skierowała na niego. Niańczyła, Wandzie pomagała, wiedziała, że dzięki temu zachowa rodzinę synowi, ocali ich szczęście. A co za kobieta i matka nie rozpozna takich prostych rzeczy?

Tak żyli. Wanda przy mężu, przy synu. Anka także.

Dobrze im było!

Przyjaźniły się, jeździły razem na wakacje. Dzieci dorastały obok siebie. Znowu otwarte drzwi, bo nie nadążysz zamykać, choć pilnowały, żeby historia z ptakiem się nie powtórzyła.

A potem Stefan odszedł, zostawiając pustkę i żal za niespełnioną wspólną starością.

A niedługo później i Antoniego zabrakło. Nigdy się nie skarżył na zdrowie. A tu zakrzep. Skąd się wziął, zły los! Przecież pracował w szpitalu, badań miał po kokardę. Przegapili…

Wtedy Wanda się załamała. I teraz to Anka stanęła u jej boku i nie dopuściła, by Wanda spadła w przepaść rozpaczy.

Masz syna, Wando! Rodziców! Marię Kuczyńską! Nie możesz się tak pogrążać! Kto ich wesprze? Co by powiedział Antoni, gdyby zobaczył, jak już od miesiąca tylko płaczesz? Nie wolno! Kochał cię jak własną duszę. A ty chcesz, żeby twoją miłość zwiało? Tak nie można, Wando! Antoni by tego nie zaakceptował…

Może te słowa, a może to, że Wanda czuła, ilu ludzi od niej zależy, sprawiły, że się podniosła. I, jak Anka, nauczyła się żyć na nowo, mając miłość w sercu.

Syna wychowała jak należy. Pawełek skończył studia, został oficerem. Kręci się po garnizonach, ale o matce nie zapomina. Dwa razy w roku przywozi wnuki. Jak nie sam, to jego żona, Svetlana. Wanda z nią ma świetne relacje. To Wanda wyciągnęła wnioski, jak być mądrą teściową i zaakceptowała wybór syna bez szemrania.

A były pogłoski.

Jakże by nie, skoro z synem przyszedł do domu, cóż, nie tylko z żoną, ale i jej dzieckiem z poprzedniego związku. Svetlanę zostawił mąż, gdy była w ciąży. Wyjechał za pracą i już nie wrócił. Na szczęście potem zachował się po ludzku dał zgodę na adopcję przez Pawła.

A Wanda? Nic, tylko odsunęła syna, podbiegła do malucha, wtedy ledwie dwuletniego:

Cześć! Jestem twoją babcią Wandą! Chcesz ciasteczko? Nie? To może pod choinką znajdziesz jakieś prezenty od świętego Mikołaja? Ja sama widziałam, jak coś ukrywał! Chodź, zobaczymy?

Czego trzeba kobiecie, by jej serce stopniało? Nie wiele. Przyjmij jej dziecko jak swoje i już masz człowieka, który cię z całego serca pokocha.

Wanda już dawno to zrozumiała i umiała zastosować.

Dlatego Svetlana jest teraz dla niej jak córka, a wszystkich wnuków Wanda liczy od najstarszego, choć nie jest jej biologicznym, ale pierwszym i najbardziej ukochanym.

Wando, kiedy na działkę zaczniemy się pakować? Czas już chyba! Jak się nagrzało! Anka odchyliła głowę, patrząc na kwiaty wiśni nad sobą.

W weekend. Jeszcze trzeba okna porządnie umyć i jedziemy.

O rany! Zupełnie zapomniałam, że w tym roku Wielkanoc wcześnie. Czas już robić porządki, prawda?

Prawda! I z gotowaniem się wyrobić…

Twoi przyjeżdżają?

Na dwa dni. Przejazdem. Najstarszy ogląda Warszawę, zostawią młodsze dzieciaki na parę tygodni, może, jeszcze nie zdecydowali. A twoi?

Moje dopiero na wakacje. Już nie przedszkole, tylko szkoła. Zajęcia się nie skończyły. Jeszcze trochę trzeba poczekać.

Tylko półtora miesiąca!

A dla mnie to wieczność…

Tak już jest, jak się na coś dobrego czeka. Ciągnie się jak makaron, końca nie widać. A jak przyjdzie, mija w sekundy, zamieni się w ciepły moment i zaraz znowu trzeba tęsknić. Ale wiesz co, Anka?

No co?

Dla tej jednej sekundy gotowa byłabym oddać wszystko. Taka mała, a człowiek nią żyje potem miesiącami, wspomina, przewija w głowie jak koraliki na nitce. Szczęście właśnie takie jest nie mierzy się miarą, a bywa małe, bo się nie widzi, ile go się ma.

To prawda! Pamiętasz, jak szukałyśmy ptaka szczęścia?

Pewnie, że pamiętam! Wanda zarechotała, krzyżując ręce na obfitym biuście. Potem przez tydzień nie mogłam normalnie usiąść. Mama się tak martwiła, że tata zafundował mi nauczkę. Ale sama biegałaś taka sama!

Było, było! Ale powiem ci jedno, Wandziu…

No co?

Wydaje mi się, że tego ptaka szczęścia wtedy naprawdę złapałyśmy za ogon. Nawet nie zauważyłyśmy kiedy, a on przez cały czas latał koło nas. Jak inaczej wytłumaczyć to, że dostałyśmy wszystko, o co inne kobiety całe życie proszą. I rodziny nasze, i takich mężów, i cudowne dzieci, a o wnukach już nie wspomnę! Powiesz, że nie jesteśmy szczęśliwe?

Powiem, że masz rację! I naszej ptaszynie podziękować trzeba. Niech pomacha jeszcze skrzydełkiem i zakręci ogonkiem. By szczęśliwi byli ci, których kochamyWanda uśmiechnęła się szeroko do Anki, a w jej oczach zatańczyły złote iskierki rozbawienia i wdzięczności. W tym samym momencie nad ich głowami zadrżała gałąź wiśni, z której poderwał się mały ptaszek, tak zwyczajny, że aż śmieszny szary wróbelek. Zafurkotał skrzydełkami, okrążył przez moment ławkę, gdzie siedziały dwie przyjaciółki, i odleciał gdzieś w stronę zachodzącego słońca. Na chwilę spomiędzy białych kwiatów przemknął promień światła, zalewając kobiece twarze ciepłem i spokojem. Obie patrzyły za ptaszyną, jakby wypatrywały w niej znaku potwierdzenia, że ich szczęście, choć nie zawsze wielkie ani widowiskowe, jest prawdziwe.

Anna sięgnęła do kieszeni fartucha, wyciągnęła spraną chusteczkę w groszki tę samą, którą miała, gdy miały po sześć lat i otarła ukradkiem łzę wzruszenia. Wanda szturchnęła ją łagodnie ramieniem.

No i czego ryczysz? Jeszcze nam ptak szczęścia pomyśli, że go przeganiamy łzami!

Obie zaśmiały się prawie jednocześnie dźwięcznie, serdecznie, jak potrafią śmiać się tylko przyjaciółki, które przeżyły razem całe życie. Świat wokół zasnuł się wonią kwitnącej wiśni i rozgrzanej ziemi, a przez otwarte okna sąsiedniego bloku popłynął dziecięcy śmiech i wołanie, mieszając się z ich rozmową.

Przez chwilę milczały, chłonąc wszystko, czym los tak hojnie je obdarował. A potem Wanda, z powagą godną dorosłej kobiety, która już dobrze wie, czym jest życie, powiedziała cicho, prawie szeptem:

Tylko pamiętaj, Aniu. Ptak szczęścia nie mieszka w klatce. Jest tam, gdzie my wśród ludzi, którzy się kochają.

I trzymając się za ręce, siedziały pod tą starą wiśnią, aż wieczorny chłód zaczął pukać nieśmiało z każdej strony. Nie miały już potrzeby łapać szczęścia za ogon wystarczyło być razem i czekać na nowy dzień, gdy znowu pojawi się na podwórku zwyczajny czy niezwyczajny ptaszek.

A może przysiądzie im na ramieniu i potuli się do serca jak dawniej, jak zawsze.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Ptakulek