Przypadkowe spotkanie
Kurtka puchowa Anny grzała ją jedynie od pasa w dół. Puch zbiegł się, a góra zamieniła się w cienką, przewiewną wiatrówkę, przez którą przenikał zimny wiatr. Na dole ratowały ją wełniane spodnie i filcowe buty, a gruby szal poprawiała na ramionach, by nie zamarznąć.
Auto, które miała załatwić jej koleżanka z bazaru, Bożena, nie przyjechało. Stały więc teraz otoczone worami z towarem, próbując złapać okazję. Wory nie zmieściłyby się do jednej osobówki, więc rozeszły się każda w inną stronę każda musiała radzić sobie sama.
Dopóki Anna pracowała u szefowej, nie miała takich problemów. Ale pieniędzy wciąż brakowało sama utrzymywała dwójkę dzieci, więc ostatnio ruszyła w jeden z kursów handlowych razem z Bożeną.
Pieniędzy nie przybyło, towar jeszcze się nie sprzedał, za to kłopotów przybyło.
Teraz trzeba było rano dowieźć rzeczy na rynek na Stadionie Dziesięciolecia, wieczorem zabrać wszystko z powrotem do domu i wnieść na czwarte piętro, kursując kilka razy po schodach o ile oczywiście syn nie był w domu.
Jeszcze niedawno sama śpiewała pełnym głosem Chcemy być sobą, a teraz te zmiany nieproszonym gościem weszły w jej życie: zakład, w którym pracowała, zamknęli, została zwolniona. Mąż już dawno rozpłynął się gdzieś w świecie i Annie nie pozostało nic innego, jak łapać się handlu. Choć zawsze powtarzała, że się do niego nie nadaje.
I tak stała dziś na wale Zawadowskim, w śnieżnym błocie pod butami, niby młoda jeszcze kobieta, lecz usta miała spierzchnięte, twarz zaognioną od codziennego wystawania na przeciągach targowiska, a w oczach łzawił ból.
Samochody ochlapywały ją szarym błotem, pędząc dalej. Anna starała się nie patrzeć na ten brud wolała patrzeć na białe dachy i drzewa, tam śnieg był czysty. Tyle tego błota w życiu lepiej czasem nie patrzeć w jego stronę.
Kolejny raz machnęła ręką łapiąc auto i wreszcie przy niej się zatrzymało: zagraniczny, poszarzały volkswagen jak cała ta okolica.
Do Mokotowa, za rozsądną cenę? rzuciła do uchylonych drzwi, lecz w jednej chwili oniemiała.
Poznała go natychmiast. Jakby nie minęły te wszystkie lata. Wydał się jej taki sam jak dawniej, może jeszcze przystojniejszy ten sam poważny, tajemniczy wyraz twarzy, lekko uniesione brwi, uśmiech ukryty w kącikach warg.
Zanim się otrząsnęła, on już wysiadł, wrzucił jej worki do bagażnika.
Osiadła na przednim siedzeniu, poprawiła szal i tłumaczyła się we własnych myślach przygotowana, by wyjaśnić mu, dlaczego dziś wygląda tak mizernie. Przecież on też powinien ją rozpoznać.
Albo i nie…
Tyle lat minęło. Ile?
***
Miała wtedy dwadzieścia dwa lata. Na praktykę przed dyplomem skierowano ją do starego nadleśnictwa. W Warszawie czekał na nią narzeczony Andrzej. Wszystko szło zgodnie z planem: praktyka, dyplom, ślub.
Czy trzy miesiące gdzieś na Mazurach mogłyby coś zmienić? Pewnie nic…
Zamieszkała u starszej kobiety, pani Weroniki, która pracowała w nadleśnictwie i żyła z głuchawym teściem. Anna, zawsze otwarta i serdeczna, szybko się z Weroniką zaprzyjaźniła.
Pewnego dnia przy niej teść nagle zasłabł. Anna pobiegła po pomoc do sąsiadów, ale dom był pusty. Na szczęście ulicą przejeżdżał traktor. Zatrzymała go ruchem ręki. Wysiadł z niego chłopak: wysoki, przystojny, o poważnym i jakby tajemniczym spojrzeniu.
Przybiegli razem, chłopak podniósł staruszka na ręce i wsadzili go do traktora. Anna bardzo się martwiła, czy dowiozą starszego do lekarza na czas. Na szczęście zdążyli u feldszera już czekała karetka.
Dopiero gdy staruszek był pod opieką lekarzy, rozmawiali spokojnie.
Okazało się, że pracują w tej samej firmie i mieszkają po sąsiedzku. On miał na imię Paweł.
Tylko jak tu wracać do wsi, gdy karetką nikt ich nie cofnie?
Chodź, blisko mieszka mama mojego przyjaciela. Przenocujesz, rano wrócimy z chłopakami do pracy.
Anna ufała, że Paweł nie zrobi jej krzywdy, ale trochę się bała.
Nie, zostanę w szpitalu, rano mnie zgarniecie. Dobrze?
Na tych krzesłach? Daj spokój, ciocia Lida dobra kobieta. Dom mają duży, ja przenocuję z kuzynem w stodole.
Poddała się. Paweł miał rację spała pod grubymi kołdrami do rana, aż ciocia Lida ją obudziła. Troskliwa kobieta nakarmiła Annę śniadaniem i w czasie posiłku opowiedziała jej historię Pawła: że żona go zostawiła, synka zostawiła, a Paweł nie dość, że ogarnia wszystko w domu, to jeszcze prowadzi hodowlę świń i buduje nowy dom. Widocznie uznała Annę za potencjalną kandydatkę dla swojego sąsiada.
Anna jednak tylko się uśmiechała przecież miała już narzeczonego inżyniera, a rozwodnicy jej nie interesowali.
Ale od tego czasu spotykała Pawła coraz częściej na zrębie, w sklepie, w sąsiedztwie. Weronika dobrze go znała, a z nią Paweł odwoził dziadka do domu ze szpitala.
Pawłowi się spodobałaś, Aniu. Pytałam, aż poczerwieniał jak dzieciak. Pasujecie do siebie.
Daj spokój, Weroniko, ja mam Andrzeja.
To jeszcze nie mąż. A Paweł to porządny chłop. Ma własny interes, posadził świniarnię, kupuje sprzęt, a i dzieciak zaradny. Tylko matki mu brakuje.
A serce Anny biło coraz mocniej. Bo i ona coraz częściej wypatrywała Pawła. Miał w sobie coś wyjątkowego pewność siebie, spokój, ciepłą siłę, która budziła szacunek.
Zapytaj Paska (leśniego), słyszała od robotników.
A ona tutaj była jakby osobliwością dziewczyna z miasta, wysoka, szczupła, w beżowym płaszczu, zupełnie niepraktycznym na wiosenne błota. Nie szła, a płynęła ponad śniegiem i błotem. Mężczyźni milkli na jej widok, stawali się odrobinę bardziej uprzejmi.
Pani, cóż Pani tutaj robi?
Pani Anno, zaczekaj, podwiozę.
Niedaleko z nadleśnictwa do wsi, ale padał deszcz. Anna podeszła do Pawła w traktorze.
A z kim synek? pytała, bo dla niej facet z dzieckiem był już dorosły, choć Paweł był raptem dwa lata starszy.
Mów mi na ty. Synek z sąsiadką. Chodzi z nim do przedszkola. Dobrze się trzyma…
A jak ma na imię?
Michałek, powiedział z dumą, Spryciarz straszny. Trzeba na niego uważać. Babka walczy z nim nieustannie.
Nie podoba Ci się tu, co?
Czemu? Przecież jest w porządku…
Poczekaj, zaraz się zazieleni, wszystko będzie pięknie. Rzeka, tylko latarnie nie działają, ale to się naprawi.
Jechali ciemną już ulicą. Wieś wyłączyła oświetlenie, bo nie było za co płacić za prąd. A tym zrobimy to Paweł jakby brał odpowiedzialność za całą wieś.
Wtedy jeszcze nie rozumiała, jak ważna jest odpowiedzialność u mężczyzny.
Pawłowe zaloty stawały się coraz bardziej oczywiste. Zaczął bywać u Weroniki, przywoził drewno, leki. Anna walczyła z własnymi uczuciami.
Nie potrafiła sobie wyobrazić siebie mieszkającej tutaj. W mieście też niewiele ją trzymało prócz Andrzeja i ślubnych przygotowań. Bała się, że rozczaruje rodzinę, zawiedzie przyszłą teściową…
Wieczorami, gdy na zewnątrz wył tylko wiatr, próbowała wyobrazić sobie życie z Pawłem. Wiedziała, że ją pokocha i doceni, że będzie wdzięczny, jeśli stanie się mamą dla jego synka. Ale rozumiała, jak trudna to zmiana.
Jednak w sercu rosła słodka niepewność przeczucie jakiejś wielkiej miłości. To ono i wiosna mieszały jej w głowie.
Teraz miała wrażenie, że narzeczonego właściwie nigdy nie kochała, a Pawła pokochała naprawdę. Dramatyzm sytuacji czynił tę nową miłość jeszcze bardziej ekscytującą.
Aż wreszcie, pod wpływem chwili, ze łzami w oczach, pozwoliła sobie na bliskość z Pawłem. To był jej pierwszy raz, piękny, bez żalu.
Ale decyzji nie podjęła do końca. Głupota, naiwność czy brak doświadczenia? Sama nie wiedziała.
Pewnego razu przy studni zobaczyła białowłosego chłopczyka. Skakał wokół, próbował wdrapać się na krawędź. Anna przyspieszyła kroku.
Hej maluchu, nie wolno tam, to niebezpieczne. A gdzie mama?
Rozejrzała się. Ku nim biegła dziewczyna, raczej szara i niewyróżniająca się. Chłopiec wyciągnął jej się z rąk i pobiegł do niej z płaczem.
Prawie wlazł na studnię, tylko pomogłam…
Michałku, nie płacz, wiesz że nie wolno, dziewczyna powiedziała smutno i skinęła głową Annie.
Wzięła chłopca za rękę i odeszli.
Michałek? Może to syn Pawła? Przeszło jej przez myśl. Przestraszyła się. Czuła, że to obce dziecko, do którego musiałaby dopiero się przyzwyczaić.
Po kilku dniach przyszła do niej mama Pawła, pani Klementyna. Płacząc prosiła, żeby Anna zostawiła Pawła i Michałka w spokoju, bo Michałek już przyzwyczaił się do sąsiadki, cichej dziewczyny, która od lat ich wspiera i kochała Pawła.
Anna zaniemówiła nie spodziewała się tego. Przecież to ona była poszkodowana, a wyszło na to, że jest przyczyną czyjegoś nieszczęścia.
Paweł błagał ją, by została. Odprowadzał ją potem na dworzec, przekonując, że matka i sąsiadka wymyśliły sobie bajkę na jej temat, a przecież Gabi do niego nie pasuje była szara, wycofana i gaśnie przy nim.
Ona milcząca, jakby na zawsze onieśmielona mówiła Weronika, a wy… pasujecie do siebie.
Ale Anna czuła się zraniona i nie chciała już nikomu wkraczać w życie. Chciała mieć własną historię, warszawską. Postanowiła wrócić do Andrzeja.
Paweł stał na peronie, w koszuli w kratę, z opuszczonymi ramionami, z żalem pomiędzy brwiami. Tak zapamiętała go na lata.
Płakała całą drogę w pociągu.
Tak zakończyła się trzy miesięczna praktyka przed dyplomem.
Ale młodość leczy. Poszła dalej bez oglądania się za siebie. Wyszła za Andrzeja, zajęła się rodziną.
**
Teraz Anna usiadła na przednim siedzeniu, poprawiła chustę, zbierając się na wymówki była gotowa tłumaczyć mu się z tego, jak dziś wygląda. Przecież on też powinien ją rozpoznać.
Albo nie przecież bardzo się zmieniła. Przytyła, usta popękane, nieporadna kurtka, chusta…
Tyle lat minęło. Ile to właściwie było?
Szesnaście. Tak, szesnaście lat.
Na początku jechali w milczeniu.
No, pogoda nas dziś nie rozpieszcza zagadnęła, gdy ktoś ochlapał błotem okolice samochodu.
W mieście tak, ale poza miastem już lepiej odpowiedział, patrząc przed siebie. Zaskakująco dobrze odśnieżone drogi.
Pan stąd? chciała utrzymać neutralny ton.
Krążę raz tu, raz tam. Interesy.
Dziękuję, że się Pan zatrzymał, bo dziś zostałyśmy bez auta. Normalnie sama mam samochód, ale dzisiaj… Oczywiście zapłacę…
Spojrzał na nią tym swoim dawnym wzrokiem tajemniczego człowieka i zrozumiała rozpoznał ją.
Cześć powiedziała cicho, trochę nieśmiało.
Witaj, Aniu!
Pamiętałeś mnie? Myślałam, że już dawno zapomniałeś.
Nie zapomniałem, odpowiedział poważnie.
W Annę wstąpiła mieszanka ciepła, żalu i czegoś nieuchwytnego. Zrobiło się jej gorąco, zdjęła z głowy chustę.
Jak się masz, Pawle? odetchnęła.
Przez chwilę milczał, walcząc ze swoim własnym zamyśleniem.
W sumie dobrze. Radzę sobie. Takie czasy. Ty też.
Pracujesz tam jeszcze? W nadleśnictwie?
Nie, już dawno nie uśmiechnął się, Po przemianach wszystko się rozpadło. Teraz mam własny interes.
A, tak, to teraz najlepsze wyjście… Masz fermę? przypomniała sobie, że hodował świnie.
Fermę, firmę, nawet własne sklepy. Wędliny, mięso…
Teraz wszyscy handlują.
Nagle Anna przypomniała sobie znajome nazwisko na opakowaniu kiełbasy Wędliny Pruszyński. Wtedy uznała, że to przypadek.
Poczekaj, te kiełbasy Pruszyński to Twoje?
Można tak powiedzieć. Nie smakuje Ci?
Wręcz przeciwnie! Sama wożę mamę po nie na cały bazar.
Odparł, jakby się tłumacząc:
Na początku wszystko robiliśmy chałupniczo, rozwinąłem fermę, ludzie byli bez pracy, to popłynęło. Potem zbudowaliśmy zakład i sklepy.
Macie teraz dobrze.
Mam ludzi, wspólników, samemu nie dałbym rady. Wielu ze wsi ze mną pracuje. A teraz sprzedajemy w całym województwie.
Annie zrobiło się niezręcznie ona z workami i starą kurtką, kiedyś dziewczyna z miasta w jasnym płaszczu, a on dawniej traktorzysta, dziś właściciel firmy. Jakby zamienili się miejscami.
A Twój synek?
Paweł uśmiechnął się:
Mam już trójkę synów.
Trzech? A ja mam syna i córkę przyznała Anna i starła pot z czoła.
Michał w wojsku, był w Afganistanie. Przeżyliśmy razem strach. Żona nawet posiwiała. Ale za parę miesięcy wraca, dzięki Bogu. Środkowy chodzi do technikum, a najmłodszy jest dopiero w piątej klasie.
Żona… więc faktycznie został z tą cichą dziewczyną.
Chciała mu powiedzieć, jak bardzo żałuje ucieczki tamtego lata! Ile razy to przeżywała! Teraz, kiedy znowu go zobaczyła…
Okazało się, że Andrzej był słabym mężem. Początkowo jeszcze trzymali się razem miał pracę w zawodzie, wyjechali do Bydgoszczy, dostali służbowe mieszkanie. Dzieci były małe, problemów wiele, ale do przetrwania.
Z czasem zaczął pić, kłócił się w pracy, tułał się po różnych firmach, aż w końcu przestał pracować. Stracili mieszkanie, przeprowadzili się do teściowej, potem rozstali. Anna z dziećmi wróciła do matki. Ojca już nie miała.
Chciała wyznać Pawłowi, jak żałuje, ale powiedziała:
Mój starszy w liceum, córka w podstawówce. Czas leci…
Tak, leci odparł.
Zapadła cisza. O tym, co naprawdę w sercu, oboje bali się powiedzieć, przekonani, że tylko dla nich to ważne.
Anna poczuła się winna wobec Pawła. Ale zaraz przypomniała sobie płaczącą matkę i Gabrysię. Przecież to im ustąpiła choć wtedy kierowała nią ból i duma.
A Ty? zapytał niby mimochodem.
Jak widzisz wzruszyła ramionami. Zostałam zwolniona, zaczęłam handlować, choć nie jest łatwo.
A mąż? Andrzej, tak?
Zapamiętałeś mnie?
Nigdy nie zapomniałem. Widziałem Cię jako pannę młodą. Pojechałem wtedy za Waszym konduktem aż pod kawiarnię.
Co? Anna odwróciła się gwałtownie.
Weronika powiedziała mi dzień przed ślubem Daj spokój, już nic nie wskórasz, jutro ma ślub. Pojechałem z rozpędu. Byłaś taka szczęśliwa, nie śmiałem podejść. Wróciłem i oświadczyłem się Gabrysi.
Gdybym wiedziała… wyszeptała Anna.
Lepiej, że nie wiedziałaś. Popsułbym tylko wszystko. Byłaś wtedy bardzo szczęśliwa i piękna. A potem?
Szybko się rozwiodłam, wróciłam do mamy. Poradziłam sobie. Jestem silna. Dzieci poubierane, dobre oceny, starszy chce iść na medycynę. Jest okej. A na targu trzeba sobie radzić, czasem i w filcakach. Moje stoisko przewiewne, ale sprzedaż dobra, nie oddam go nikomu…
Chciała pokazać, że wcale nie jest z nią tak źle, jak mogłoby się wydawać.
Paweł słuchał ze zmarszczeniem na czole.
A u Ciebie? Jak Gabrysia?
Wzruszył ramionami.
Gabrysia? Dobrze. Piekła kiedyś chleb w domu, a dziś prowadzi piekarnię. Zbudowałem dla niej Polską Piekarnię sama ją prowadzi.
Anna przypomniała sobie, jak kiedyś znajoma na bazarze zachwalała chleb z tej piekarni i pokazała właścicielkę niewielką, z krótkimi włosami, w białym fartuchu. Wtedy jej twarz wydawała się znajoma, a dziś już wiedziała, dlaczego.
To tutaj? jechali już przez Mokotów.
Następna ulica.
Nagle Paweł zaparkował, wybiegł do kiosku Kwiaty, wrócił z naręczem białych chryzantem, otworzył drzwi i położył bukiet na kolanach Anny.
Patrzyła na kwiaty, łzy zamgliły jej oczy. Szybko je otarła. Przecież była silną kobietą.
Pomógł jej z torbami, doniósł pod drzwi, zostawiając ją z kwiatami w ramionach, między niezliczonymi torbami i paczkami.
Wejdziesz? właściwie bała się, że się zgodzi w domu nieporządek, wszędzie towar przeznaczony na handel, mama z pytaniami.
Może lepiej, by zobaczył i zrozumiał, i pożałował…
Nie, jadę dalej. Dzień bardzo zajęty, Aniu chwycił jej dłoń na kilka sekund, jakby się żegnał, i pobiegł z powrotem.
Zawołać za nim? Powiedzieć mu wszystko?
Anna patrzyła mu w plecy i zrozumiała jemu też jest ciężko. On się żegnał. Wiedzieli oboje, że już się nie zobaczą. I poczuła dziwną ulgę.
Wniosła torby na górę.
Już przy wejściu wpadła na nią mama: pytania, sprawy rodzinne, codzienność. Anna siedziała cicho, ściskając kwiaty. Dziwnie była zamyślona.
Mamo, pamiętasz jak opowiadałam Ci o Pawle z praktyk? spytała po chwili Tym, co za mną wtedy chodził, co świniarnię chciał otworzyć?
Tak, coś mi świta. A co z nim?
Właśnie go dziś spotkałam.
Spotkałaś? Gdzie?
To teraz właściciel Wędlin Pruszyński. A żona szefowa Polskiej Piekarni. Niezłe, co?
Mama zamarła z filiżanką w dłoni. Potem westchnęła i szepnęła:
Przecież nie wybiera się własnego losu. Gdyby się dało, ludzie by się o to pobili…
Annie zrobiło się żal mamy.
Nic się nie martw. Dwie kurtki dziś już sprzedałam i komplet garniturów. Damy radę, mamo.
No właśnie. Gdyby człowiek wiedział, gdzie się przewróci, to by słomę podłożył…, zamyśliła się.
Wkrótce wrócił syn wysoki, poważny, tajemniczy, jakby całą siła ojca przeszła w niego.
Wszyscy w rodzinie uwierzyli, że ten trzykrotny kilogram noworodek był wcześniakiem, choć nikt nawet nie pomyślał o innym ojcu. Anna zawsze była poważna.
Syn poszedł do kuchni.
Mamo, tylko nie krzycz. Zatrudniłem się w stajni przy koniach. Płaca od wykonanego zadania. Nie bój się, szkoły nie zaniedbam, przysięgam!
Anna westchnęła. Jeszcze wczoraj by się oburzyła. Dziś…
Działaj Andrzeju. Jesteś dorosły. Każda praca jest szlachetna. A pieniądze ci się przydadzą. Nie mam nic przeciwko.
Syn szczęśliwy, posłał matce ciepłe spojrzenie coś się w niej zmieniło.
Anna długo nie mogła zasnąć. Patrzyła na białe chryzantemy, myślała o przeznaczeniu i o dzisiejszym spotkaniu, o tym, że każdemu z nich trzeba ruszyć dalej własną drogą.
Ich spotkanie kiedyś podzieliło jej życie na przed i po. Tak było i tym razem.
Choć nigdy już się nie spotkają, ich ścieżki będą wpływać na siebie na odległość.
Wszystko w życiu ma swój sens i powód.
Dzisiejsze spotkanie było dla niej lekcją by żyć tu i teraz, akceptować własne wybory, nie żałować, bo każda droga ma swój sens, nawet jeśli wydaje się błędna. Bo zawsze wartość nas samych mierzy się nie upadkiem, lecz podniesieniem się po nim.






