Przypadkowe spotkanie

Przypadkowe spotkanie

Puchowa kurtka Anny grzała ją jedynie od bioder w dół od pasa w górę puch już dawno wyemigrował i teraz została jej z tego płaszczyk, tak cienki, że wiatr go przelatywał jak argument przez rodzinne rozmowy przy świątecznym stole. Na dole ratowały ją wełniane spodnie i ciepłe kapcie, na ramiona naciągała szalik, podrzucając go przez rękawy, żeby nie zamarznąć zupełnie.

Samochód, który miała załatwić jej koleżanka z bazaru, Jadwiga, zawiódł jak zawsze wtedy, kiedy człowiek naprawdę nie ma czasu na przygody. I teraz obie, obładowane torbami w kratę, łapały okazję na poboczu. Ich torby do jednego auta raczej by się nie zmieściły, więc każda poszła w swoją stronę na polskie jakoś to będzie.

Jak Anna jeszcze pracowała na etacie, to przynajmniej spokój miała a teraz? Zastali ją w połowie lat, gdy z pracy ją zwolnili, mąż wyparował w siną dal, a ona sama wychowuje dwójkę dzieci. I tak oto, dziewczyna, która zawsze twierdziła, że handel to nie na jej nerwy, teraz próbowała wyżyć z bazarowych interesów razem z Jadwigą.

Z pieniędzmi nie lepiej, a towar przywieziony z Łodzi ciągle leży niesprzedany. Za to problemów przybyło: rano wszystko trzeba dowieźć na rynek, wieczorem zebrać to do kupy i taszczyć na czwarte piętro, a jeśli syna nie ma w domu sztafetą, na raty, na własnych plecach.

Jeszcze niedawno śpiewała pod nosem Chcemy być sobą, a teraz te zmiany jakby wrzuciły się jej w życie butami zakład pracy padł, dostała wypowiedzenie i trzeba było zacząć żyć od bazaru do bazaru. Mąż zniknął, dzieci trzeba karmić, jak w tym kraju nie zwariować?

Stoi więc Anna teraz przy drodze, śnieg wymieszany z błotem, zmarznięta już tak, że tylko rosyjskie filmy by ją rozgrzały. Usta spierzchnięte, ręce czerwone, twarz od lodowatego wiatru jeszcze bardziej. Samochody jadą, chlapią, pryskają brudną breją, kierowcy patrzą przed siebie tak, jakby świat się dla kogoś tak nieatrakcyjnego już skończył. A Anna patrzy w górę, na dachy, na drzewa tam śnieg jest czysty, jeszcze biały, jeszcze nie dotknięty rzeczywistością.

Znowu podnosi rękę macha na auto. I w końcu cud. Tuż przy niej zatrzymuje się brudny passat z niemieckiej autostrady.

Na Paderewskiego za rozsądną cenę? rzuca przez okno i natychmiast cichnie.

Poznała go od razu. Czas może lecieć, ale pewne twarze się nie zmieniają może co najwyżej zyskują. Znowu ten tajemniczy uśmiech, lekko uniesione brwi, spojrzenie, którego nie da się zapomnieć.

Chwilę walczy ze sobą, szuka słów, usprawiedliwoleń musi przecież wyjaśnić, dlaczego wygląda jak własna ciotka z Podlasia. Niechby i on ją poznał. I chyba poznaje.

Ile lat już minęło? Ile?

***

Wtedy miała dwadzieścia dwa. Wysłała ją uczelnia na praktyki do nadleśnictwa pod Lublinem. Czekał na nią już narzeczony Artur. Wszystko ustalone: praktyki, dyplom, ślub. Co tam się może zmienić w kilka miesięcy? Szkoda gadać…

Zakwaterowali Annę na wsi, u pani Bronisławy, kobiety po pięćdziesiątce, dystyngowanej jak na lokalne standardy. Była jeszcze sędziwa teściowa z niedosłuchem, a Anna szybko złapała z gospodynią kontakt serio, pogadać można było z Bronką i poobserwować dziwactwa seniorów.

Aż tu pewnego razu stary się przewrócił. Anna pobiegła po pomoc do sąsiadów nikogo. Nagle przez wieś turla się traktor. Macha, zatrzymuje. Wysiada on: wysoki, przystojny, spojrzenie serio jak u religijnego nauczyciela, do tego uśmiech pod nosem.

Obaj pomagają starszemu, ładują do traktora, Anna za nim. Jadą do przychodni, tam już karetka. Chłopak sam wsiada do erki. Dopiero jak dziadek już był pod opieką, można było pogadać. Okazało się, że razem pracują, mieszkają po sąsiedzku. On Marek.

Tyle że już późno. Dziadka przyjęli do szpitala udało się na czas. Ale jak wracać? Karetka nie kursuje na odległe wsie.

Chodź, moja mama mieszka niedaleko, prześpisz się, rano wrócimy z robotnikami.

Anna wiedziała już, że Marek to chłopak z zasadami. W końcu zgodziła się. I rzeczywiście spała jak hrabina na pierzynach, aż Bronka ją obudziła śniadaniem.

W kuchni Bronka opowiadała o Marku: że rozwiedziony, wychowuje syna, świnie hoduje, sam dom buduje. Widać liczyła, że Anna się skusi. Ale Anna miała już wszystko zaplanowane Artur, inżynier, kariera, rodzina w mieście. Po co jej jakiś Marek z synem? Nie dla niej wieś, świnie i życie pod Lublinem.

A jednak, po tej nocy, Marek pojawiał się wszędzie. Na zrębie, w stołówce, na ulicy. Bronka, która znała go od lat, nie szczędziła słów:

Podobasz mu się, mówię ci. Tylko udaje poważnego. Wy byście się dobrali.

Przestań, mam narzeczonego!

Niby masz, ale wiesz Marek to porządny facet, uczciwy, synka ma słodkiego. Przydałaby mu się dobra żona.

A serce Anny już miękło. Tak, sama rozglądała się już za Markiem, jakieś ciarki przechodziły ją na widok tej obecności, tej pewności siebie i cichego szacunku otoczenia wobec Marka.

A niech Luśka z nim pogada mówili faceci z nadleśnictwa Anna była tam damą z miasta, która jakby odpływała przez błoto niczym łabędź po Wiśle błyszczała w jasnym płaszczu, którego nie dałoby się doczyścić po pierwszym dniu. Faceci przy niej potulnieli, przestawali przeklinać. Pani Anno, może podwiozę?

Pewnego razu w deszczu Anna wsiadła do traktora Marka.

Jak tam dziecko? spytała.

Hania z sąsiadką, do przedszkola chodzą.

A syn jak ma na imię?

Kuba. Fajny chłopak, diablątko z niego. Czasem mam wrażenie, że babcia nie daje sobie z nim rady.

Okrążyli wieś, Marek narzekał, że latarnie nie działają, ale to się ogarnie deklarował, jakby od jego zaradności zależało całe województwo.

Anna nie mogła sobie wyobrazić siebie tu, na wsi. Chociaż uczelnia już ją z miasta nie trzymała Artur i przygotowania do wesela, owszem. Co powie rodzina, gdy przyjadę bez obrączki? wyobrażała sobie matkę w ataku rozpaczy.

Wieczorami myślała o Marku. Wiedziała, że ten facet pokocha, zrozumie, i będzie wdzięczny, jeśli zostanie matką Kuby. Ale przecież miała już życie zaplanowane. Artur wszystko już rozegrał nawet złote obrączki kupione, rodzice ślą zasiłek na wesele.

Tyle że uczucia mają własne zasady. Anna czuła, że Artura już nie kocha, a Marka kochać by mogła. Dramatyzm całej sytuacji smakował jak młoda miłość zakazana, przez co atrakcyjniejsza.

W końcu w napadzie smutku czy nowo poznanych uczuć sama sprowokowała bliskość. To był jej pierwszy raz i było dokładnie tak, jak powinno być bez żalu, bez wstydu.

Tylko decyzji nie podjęła. Zabraniała jej tego jakaś naiwna przyzwoitość, głupota lub dopiero brak życiowego doświadczenia.

I wtedy przy studni spotkała chłopczyka blondynka, skaczącego niemal na główkę do studni. Anna ruszyła sprintem.

Ej, nie wolno! Przecież można wpaść! A gdzie mama?

Już podbiegała szara, cicha dziewczyna chyba córka sąsiadów, ta co zaopiekowała się Kubą. Chłopak uciekł do niej i zaszlochał. Anna zobaczyła ich plecy, gdy odchodzili.

Kuba? Czy to syn Marka? Zrobiło jej się dziwnie. Przecież trzeba by się zżyć z dzieckiem a ono boi się obcych.

Potem przyleciała matka Marka pani Krystyna. Żaliła się, że Kuba woli sąsiadkę, że ona kocha Marka, ale wszystko było dobrze, dopóki Anna nie przyjechała. Że czemu ona rozbijaczka rodzin.

Anna była zaszokowana ona? Przecież to nie ona próbowała rozbić związek! To Marek rozhuśtał jej serce! A jednak, czuła się winna.

Marek błagał, by została. Oprowadzał na dworzec, tłumaczył się. Ale Anna była już obrażona, nie chciała zaczynać miasta w wiosce, obca w dwóch światach.

Marek stał jeszcze potem na dworcu. Wspominała go przez lata: kraciasta koszula, szerokie ramiona, smutne oczy.

A potem już tylko łzy w pociągu.

Tak minęły jej praktyki.

Ale czas leczy rany. Wróciła do Artura, była wesele, były dzieci, była rodzina.

**

Wracamy do teraz. Anna siada na przednie siedzenie, poprawia szalik, duma, jak tu zachować godność w puchowej kurtce z PRL-u. Przecież on ją pozna. Chyba.

Ile minęło? Szesnaście lat?

Początkowo jadą w milczeniu.

Ale pogoda, co? rzuca Anna, jak inna Polka w beznadziei listopada.

Tylko w mieście tak źle. Za miastem lepiej, nawet śnieg bielszy.

Jeździsz do siebie na wieś?

Tak, co chwilę muszę tam i z powrotem sprawy.

Dzięki za podrzucenie, bo przez Jadwigę dziś zostałam na lodzie. Zapłacę oczywiście

Patrzy na nią, dziwnie znajomym, nieco rozczarowanym spojrzeniem. Chyba poznał.

Cześć mówi cicho Anna.

Cześć, Ania!

Poznałeś mnie?

Jak można zapomnieć patrzy z uśmiechem w bok.

Anna ściąga szal, rumieni się.

A co u ciebie, Marek?

Jakoś się kręci czas taki, trzeba sobie radzić.

Pracujesz jeszcze w nadleśnictwie?

Daj spokój. Nie ma już tego wszystko się rozpadło. Teraz na swoim, trochę handlu.

Hodujesz jeszcze świnie?

I świnie, i trochę więcej. Widzisz może Produkty Pirogowski? Moje wyroby.

To twoje? Aż nie wierzę moja mama specjalnie po boczek tam jeździ!

Tak się złożyło. Najpierw chałupniczo, potem zakład, sklep. Dużo ludzi ze mną pracuje większość z naszej wsi.

Anna poczuła się dziwnie; kiedyś ona dama z miasta, teraz w puchaczu, a Marek przedsiębiorca. Zamiana miejsc.

A twój syn?

Marek się uśmiecha:

Trzech mam.

Trzech?

Tak, Kuba już w wojsku. Przeżyliśmy swoje. Drugi w technikum, trzeci w podstawówce.

Kuba. Więc poślubił tamtą szarą dziewczynę

Chciała mu powiedzieć, jak żałuje swych wyborów. Ale powiedziała co innego.

Mój syn w liceum, córka w podstawówce.

Chwilę milczą. Myślą o tym samym, ale z drugiej strony.

Anna czuła się winna, ale zaraz przypomniała sobie matkę Marka i Galinę, tę dziewczynę, której wtedy ustąpiła.

A ty? zapytał jakby mimochodem.

Ja? Skąd, męża już nie mam. Rozwiedliśmy się, mieszkam z dziećmi i mamą. Ciężko, ale daję radę.

To ten Artur?

Pamiętasz? Ale historia Byłeś nawet na moim ślubie?

To ja, Aniu. Jechałem za waszym orszakiem całą drogę. Tylko zobaczyć cię szczęśliwą. A potem wróciłem i się oświadczyłem Galinie.

Anna zamarła.

Gdybym wiedziała wyszeptała.

Nie żałuj, wyglądałaś wtedy na bardzo szczęśliwą. Tyle, że szczęście nie zawsze trwa.

Też racja Po pięciu latach zostałam na lodzie. Ale cóż jestem silna, dzieci ogarniam, handluję, walczę.

Marek słuchał troskliwy, nie przerywał.

A twoja żona, Galina?

Wzruszył ramionami.

Piekarzka. Prowadzi piekarnię Piekarnia Galiny może kojarzysz.

Kojarzę. Dobry chleb, byłam kilka razy.

Anna przypomniała sobie, jak podziwiała kiedyś w kolejce drobną kobietkę w białym rękawie i przewiązaną różowym szalem pewnie ona.

To tu, prawie dojechaliśmy.

Ale Marek nagle staje, wysiada, podbiega do kiosku z napisem Kwiaty, wraca z wielkim bukietem białych chryzantem. Wsadza jej je na kolana do samochodu.

Anna ukrywa łzy pod śmiechem. No, gorycz losu a człowiek wciąż kobietą, która rumieni się przy kwiatach.

Marek pomaga jej z torbami aż pod mieszkanie. Klatka schodowa cała wymalowana graffiti. Anna tuląc chryzantemy znajduje w tym ironiczną radość.

Wpadniesz na herbatę? zaprasza bez przekonania.

Nie, Aniu. Spraw dużo, jeszcze dziś muszę wrócić. Uściska jej nadgarstek, chwilę trzyma, patrzy z nostalgią.

Znika na schodach.

Anna patrzy w dal, chce krzyknąć, chce wyznać… Ale wie to już ich ostatnie spotkanie. I z tą wiedzą lżej jej w duszy. Sama wnosi torby, za drzwiami już stoi mama i zasypuje ją pytaniami.

Anna nie słyszy. Na przegubie ciągle czuje uścisk Marka.

Potem matka chodzi za nią, marudzi. Gdy siada, pyta ją:

Mamo, pamiętasz, jak mówiłam ci przed ślubem o chłopaku z praktyk? Tym ze wsi, co świnie hodował?

Tak, pamiętam. I dobrze, że nie skończyłaś w chlewie!

A wiesz, spotkałam go dzisiaj. Produkty Pirogowski jego. A żona właścicielka Piekarni Galiny.

Matka zamiera z kubkiem herbaty. Po chwili odkłada go na stół, wzdycha:

Ot, nie wybierzesz sobie losu. Gdyby tak można było, każdy by tylko wybierał.

Annę ściska żal do matki.

Daj spokój, mamo. Jakoś żyjemy. Dziś sprzedałam dwa garnitury i trzy kurtki. Będzie dobrze!

Ano, będzie. Gdzie upadniesz, tam poduszeczkę by się podłożyło a tu się nie da.

Wkrótce wraca syn wysoki, pewny siebie, ten sam poważny, lekko tajemniczy wzrok. Anna aż łapie oddech jak bardzo przypomina ojca.

Kto wtedy w rodzinie uwierzył, że taki kolos urodził się jako wcześniak? Ale nikt nie wątpił Anna zawsze była tą poważną.

Syn siada do stołu.

Mamo, nie denerwuj się. Zatrudniłem się w stadninie. Konie, opieka, umowa jest. Na naukę nie wpłynie. Słowo! wypala jednym tchem.

Anna westchnęła. Wczorajby się wściekała. Dziś…

Rób, co chcesz, Andrzeju. Każda praca dobra. A pieniądze ci się przydadzą. Nie mam nic przeciwko.

Na twarzy syna promienieje ulga. Matczyne zaufanie rozjaśniło mu dzień.

A Anna długo jeszcze nie spała. Nie płakała, nie żałowała. Czuła się dziwnie lekko.

Patrzyła na białe chryzantemy, myślała o Marku, o tym, jak nie spotkają się już, ale jednak będą na siebie wpływać, jak to w życiu bywa.

Tak samo jak wtedy ich spotkanie podzieliło jej życie na przed i po, tak teraz wiedziała, że to jakiś początek końca, a jednocześnie nowego etapu.

Los zawsze szykuje niespodzianki. Coś ważnego już zrozumiała i za dzisiejsze spotkanie była losowi wdzięczna.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Przypadkowe spotkanie