– Przepraszamy bardzo – zaczął jeden z funkcjonariuszy. – Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a następnie ukradł jej kociaka…

Proszę nam wybaczyć zaczął jeden z funkcjonariuszy. Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a później ukradł jej kociaka

Są w Warszawie takie stare budynki nazywają je narożnymi. Dwa skrzydła połączone w jeden blok, ustawione względem siebie dokładnie pod kątem prostym. Jeśli od podwórka są balkony, to właśnie w rogu zbliżają się prawie do siebie dzieli je może półtora metra.

No i właśnie

Z Moniką, moją żoną, mieszkaliśmy na piątym piętrze takiego narożnego bloku na Mokotowie. Pracowaliśmy razem w tej samej firmie i dojeżdżaliśmy autem do biura.

Pewnego dnia, wracając z pracy i przechodząc przez podwórko, zauważyliśmy, jak wataha podwórkowych psów rzuciła się na bezdomnego kota tego samego, którego wszyscy sąsiedzi, w tym my, dokarmialiśmy.

Przepędziłem psy, ale kot i tak dostał. Na szczęście, niegroźnie. Zebraliśmy go z ziemi i zapakowaliśmy do samochodu.

Weterynarz opatrzył rany, założył szwy, podłączył kroplówkę z solą mineralną i witaminami, dał zastrzyk z antybiotyku, zalecił przychodzić na kontrolę przez cały najbliższy tydzień.

Tak właśnie Gucio zamieszkał u nas w domu.

Dlaczego Gucio? pewnie zapytacie. Od gucioś taki mały łobuz. Wyglądał groźnie i miał dziki wyraz pyszczka. Ale jak się okazało…

Groźny Gucio zadziwiająco szybko przywykł do ciepła i troski. Już po kilku dniach leżał na kanapie, wtulony w miękką poduszkę, mruczał i półprzytomnie przewracał oczy, gdy Monika go głaskała.

Patrz, jaki pieszczoszek śmiała się, drapiąc go po brzuchu.

Gucio krzywił się jeszcze lekko rany dawały o sobie znać ale nie przestawał mruczeć. Naprawdę mu to odpowiadało.

Szybko doszedł do siebie, wyczyścił futro, przytył, sierść zalśniła, wkrótce zaczął spać na naszych kolanach jak u siebie w domu.

Jego poprzednie życie zimno, głód, strach, walki rozpłynęło się jak zły sen.

Teraz siadywał głównie na balkonie, patrzył, co dzieje się na podwórku. Nie ciągnęło go już do wyjścia wiedział za dobrze, jak smakuje ta wolność.

Nie interesowały go balkony sąsiadów, póki…

Na niemal stykającym się z naszym balkonie z innej klatki pojawił się kociak. Drobny, puchaty, czysty widać, że rasowy.

Rozpuszczony maluch Skąd ma wiedzieć, jak wygląda świat? fuknął z pogardą Gucio, odwracając się i zadzierając ogon.

Na drugi dzień uwagę Gucia zwrócił jednak jakiś dziwny dźwięk. Zaczął nasłuchiwać płacz dobiegający od sąsiadującego balkonu.

Pochylił się bliżej.

Mały kotek siedział pod ścianą i cicho popłakiwał.

Ej! zawołał Gucio. Czemu beczysz? Dali złe żarcie?

Kociak aż się skulił ze strachu i ucichł, spojrzał ostrożnie na dużego, groźnego kota.

Czemu płaczesz?! powtórzył Gucio.

Po chwili maluch, nie opuszczając kryjówki, wyszeptał:

Biła mnie kapciem Wiesz, jak to boli?

Gucio nie znał takiego bólu odkąd trafił do nas, był rozpieszczany i głaskany. Ale ból znał z przeszłości doskonale.

Kapciem? dopytał. Za co?

Miauczałem rano. Byłem głodny…

I? nie rozumiał Gucio.

Uderzyła mnie za to. I krzyczała

Zamilkł. Mała, szara kuleczka drżała, bojąc się nawet ruszyć.

Guciowi przyszło na myśl jego własne podwórkowe życie zimno, głód, strach.

Często cię bije? spytał cicho.

Prawie zawsze szlochał kociak. Za każdą głupotę albo hałas. Ona mnie nie kocha…

Za to koleżankom przez telefon chwali się, jaki to jestem drogi. Mówi, ile za mnie dała. A ja nawet nie wiem, co znaczy drogi

Gucio wiedział. Monika często do niego mówiła:

Ty mój kochany, najdroższy kocie.

Ale tu brzmiało to inaczej.

Zmarszczył brwi. Sytuacja była niezręczna. Szkoda mu było malucha. Na dworze wiedziałby, co zrobić. Ale teraz

Teraz był domowym, ukochanym kotem. Co mógł poradzić?

Kociaka zawołano do środka. Skulił się, ogonek pod siebie, pod łapkami już była kropelka strachu. Wskoczył przez otwarte drzwi.

Gucio patrzył na mokrą plamkę. Pamiętał, jak sam kiedyś, jeszcze mały, zsikał się ze strachu przed wielkim psem…

Od tego czasu spędzał większość czasu na balkonie. Nowego znajomego nazwano szumnie Złoty.

Według Gucia lepiej pasowałoby mu imię Sierotek.

Sierotek przywykł do Gucia i codziennie pędził na balkon się wyżalić:

Dziś powiedziała pociągał nosem że jak nie przestanę robić hałasu wieczorami, to mnie wyrzuci z balkonu. Nie chce już po mnie sprzątać

Guciowi stroszyła się sierść, a pazury same wychodziły z łap.

Często słyszał krzyki sąsiadki i jej przekleństwa, a czasem

Czasem aż podskakiwał przy dźwięku klapnięcia kapciem o kocie ciałko.

Decyzję podjął już dawno, ale powstrzymywał go strach.

Wyrzucą mnie za to, pewnie. myślał. Wprost na bruk.

Nie chciał wracać na mróz, głód i samotność. Nie chciał stracić ludzi, którzy go uratowali.

Ale myśl, że ona może zabić maleństwo, nie dawała spokoju.

Stało się to po kilku dniach.

Gucio siedział na balkonie i nasłuchiwał. Z sąsiedniego mieszkania dobiegała awantura. Kobieta, leżąc w łóżku, znowu wrzeszczała na Sierotka.

Gucio widział wszystko, odbite w szybie drzwi balkonowych.

Pochyliła się, podniosła kapeć, zamierzyła się na skulonego kociaka i wrzasnęła:

Zaraz cię zabiję, ty cholerny sierściuchu!

Nie pamięta, jak znalazł się na balkonie sąsiadki. Przeskoczył te półtora metra jak szalony.

Kobieta nie zdążyła rzucić kapciem. Na łóżku tuż przed nią wyrósł…

A raczej pojawiło się cos.

Stwór jak z nocnego koszmaru: wielki bury kocur z bandyckim pyskiem, wyginający grzbiet, syczący i warczący. Dla niej wyglądał jakby ziejący ogniem demon, którego oczy błyskały iskrami.

Wrzasnęła, upuściła kapeć, a po jej nogach w piżamie popłynęło ciepłe

Przysiągłbyś, że zobaczyła samego diabła.

Diabeł uniósł łapę z wysuniętymi szponami. Zakryła głowę rękami i zemdlała.

Po dziesięciu minutach zadzwonił dzwonek do naszego mieszkania. Za drzwiami stała roztrzęsiona sąsiadka z dzikim spojrzeniem.

Wasz kot mnie zaatakował!!! Rozszarpał mi ręce i porwał mojego bardzo drogiego kota! Dzwonię na policję!

Proszę pani spokojnie odpowiedziała Monika. Nasz kot cały dzień siedzi w mieszkaniu. Kociaka też nie mamy.

Twarz sąsiadki się wykrzywiła, chciała jeszcze coś powiedzieć, ale z gardła wydobyło się tylko wściekłe warczenie. Wybiegła trzaskając drzwiami.

Po kolejnych dziesięciu minutach przyszli funkcjonariusze. Za nimi sąsiadka dość nieskładnie wykrzykiwała swoją wersję.

Przepraszamy odezwał się jeden z policjantów. Ta pani utrzymuje, że państwa kot przeskoczył na jej balkon, rzucił się na nią i porwał jej kociaka

Słucham?! wybuchliśmy równocześnie z Moniką.

Byliśmy naprawdę zaskoczeni.

Panowie, bardzo proszę, niech panowie wejdą zaproponowałem spokojnie. Możecie sprawdzić sami, kot śpi, kociaka nie ma.

Funkcjonariusze weszli do środka, a Gucio rzeczywiście drzemał rozparty na kanapie.

To on! On! zawyła sąsiadka. To właśnie ten kocur rzucił się na mnie, rozszarpał mnie i uprowadził mojego Złotego!

Przepraszam, co dokładnie kot miał ukraść? pytał policjant. Pani złote monety?

Nie, mój kociak ma na imię Złoty!

Policjanci wymienili spojrzenia i wyszli na balkon.

Niemal dwa metry zauważył jeden.

I uważa pani, że kot z kociakiem w pysku to przeskoczył? dopytał drugi.

Nie wierzycie mi?! ryknęła kobieta. Biegała po obcym mieszkaniu, krzycząc: Złoty! Złoty! Złoty!

Rozrzucała pościel, otwierała szafki, wyciągała rzeczy na podłogę.

Policjanci musieli ją posadzić.

Proszę pani powiedział surowo jeden z nich. Takie zachowanie jest karalne. Właściciele mogą podać panią do sądu za zniszczenia.

Co?! Mnie?! Po tym jak ich kot mnie zmasakrował i ukradł kota?!

A propos dodał drugi policjant. Proszę pokazać, gdzie panią zranił albo ugryzł.

Sąsiadka zamilkła, speszyła się, po czym wrzasnęła:

Znajdę na was sposób! Wszystkich was ukarzę!

Przepraszam bardzo powiedziała Monika. Ale bardzo intensywnie pachnie od pani moczem… Czy może pani podnieść się z mojego krzesła?

Oczy sąsiadki rozszerzyły się, zaraz zrobiła się czerwona, potem zielona, a na koniec śmiertelnie blada.

Wypadła z mieszkania trzaskając drzwiami.

Złożycie zawiadomienie? spytał policjant.

Nie odpowiedzieliśmy razem.

Chyba nie jest do końca zdrowa szepnęła Monika.

Przepraszamy za kłopot pożegnali się funkcjonariusze.

Spojrzeliśmy na Gucia, który właśnie się przebudził.

No, pokaż zacząłem.

No, pokaż powtórzyła Monika.

Gucio popatrzył na nas z poczuciem winy, po czym zeskoczył z kanapy i podszedł do szafy.

Sprawnie podważył pazurami drzwiczki, wszedł na półkę i spod stosu ręczników ostrożnie wyciągnął kociaka.

Jezu wypowiedzieliśmy jednocześnie.

Usiedliśmy na kanapie.

Gucio złożył przy nas drżącą, szarą kuleczkę, całą skuloną w strachu.

I co teraz? spytała Monika, przytulając malucha do kolan.

Sierotek zadrżał i jeszcze głębiej się wcisnął.

Nie bój się, malutki powiedziałem miękko.

My nie bijemy kotów dodała Monika, głaszcząc drżący grzbietek. A ty, Guciu Masz karę. Tak nie wolno. Nie można tak robić. Trzeba było inaczej

A jak inaczej? wzruszyłem ramionami. Przecież wyciągnął kociaka z rąk wiedźmy. Czemu go karać?

Poza tym, nie mamy żadnego kociaka. Słyszeliśmy, co powiedziała policja.

No typowe westchnęła Monika do Sierotka. Męska solidarność. Może jeszcze chcesz go nagrodzić?

Oczywiście! Należy mu się! powiedziałem z uśmiechem. Chodź, Guciu, dam ci pieczonego kurczaka.

Popatrz tylko na niego! oburzyła się Monika, jakby szukała wsparcia u Sierotka.

A kociak nieoczekiwanie rozciągnął się, ostrożnie objął łapkami jej dłoń i przytulił się do niej.

Uśmiechnęła się i pogłaskała Sierotka.

No dobrze pierwszy raz wybaczam.

Poszedłem z Guciem do kuchni, a Sierotek został u Moniki na kolanach, cicho mrucząc. I wydawało się, że zrozumiał, jak to jest być kochaną istotą.

I po cichu rozmyślał o znaczeniu słowa najdroższy.

W ustach tej dobrej kobiety brzmiało zupełnie inaczej.

Tego dnia pojąłem, jak ważne jest, by szanować słabość, nawet jeśli wymaga to cywilnej odwagi. Do dziś wiem, że czasem trzeba przemóc strach, jeśli chodzi o dobro drugiego nawet kota.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
– Przepraszamy bardzo – zaczął jeden z funkcjonariuszy. – Ta pani twierdzi, że wasz kot przeskoczył na jej balkon, zaatakował ją, a następnie ukradł jej kociaka…