Ludzie zobaczyli wycieńczonego konia: brakowało mu sił, by wstać
Zakochana para powoli przedziera się przez gęstą, wysoką trawę. Idą niespiesznie, trzymając się za ręce i co chwilę wymieniając te czułe spojrzenia, jakie rzucają sobie tylko ludzie całkowicie pochłonięci miłością. W tej beztrosce nie zwracają uwagi na otoczenie, dlatego nie zauważają, kiedy nagle natrafiają na coś niespodziewanego.
Dziewczyna, nagle przestraszona, podskakuje i cofa się o krok. Chłopak natychmiast wybiega przed nią, jakby chciał osłonić przed niebezpieczeństwem, choć w rzeczywistości nikt im nie zagraża.
Wśród traw, nieopodal, leży koń.
A właściwie coś, co kiedyś nim było. Teraz przed nimi znajduje się bardziej szkielet obciągnięty skórą niż żywe zwierzę.
Cienka, wysuszona skóra szczelnie przylega do wystających żeber. Ma się wrażenie, że lada chwila kości przebiją skórę i wydostaną się na zewnątrz. Na całym ciele widoczne są zeschnięte strupy, przy których brzęczą natrętne muchy.
Widok jest wstrząsający i budzi instynktowną odrazę.
Biedny zwierzak! wykrzykuje dziewczyna, której imię brzmi Wioletta.
Na chwilę wszystko wokół zamiera w ciszy.
I właśnie wtedy koń ledwo widocznie drga.
W tej samej chwili zakochanym staje dęba każdy włos na głowie.
Moment później powietrze przeszywa wspólny krzyk przerażenia.
Uciekają jak najdalej od przerażającego znaleziska, nie oglądając się za siebie. Zatrzymują się dopiero na piaszczystej drodze. Tam, dysząc ciężko, próbują ochłonąć.
Oczywiście, nikt ich nie goni.
Z czasem strach mija na tyle, że mogą pomyśleć.
On żyje… szepcze z niedowierzaniem Wioletta.
Żywy, ale wygląda jak martwy ponuro odpowiada chłopak, Adam.
Przecież on się poruszył.
Trzeba sprawdzić jeszcze raz. Może to wcale nie koń sam się ruszył… a ktoś go od środka wyjada?
Wioletta zadrżała na samą myśl o tym.
Wysyła więc Adama z powrotem, sama zostaje przy drodze nie chce patrzeć, jeśli rzeczywiście coś zjada zwierzę.
Adam ostrożnie wraca do trawy i szybko upewnia się, że koń jest sam. I, co najważniejsze jeszcze żyje.
Kiedy Adam podchodzi bliżej, koń delikatnie przekręca głowę i cicho parska.
Wyraźnie widać, że każdy ruch sprawia mu trudność, ale wychudzone, sterczące boki wciąż minimalnie podnoszą się i opadają oddycha.
Spod ledwie otwartych powiek wygląda na niego, jakby chciał go dostrzec. To niemożliwe: źrenicę przesłania czerwono-różowa błonka.
Dolna warga zwisa bezwładnie, nie zamykając pyska.
Nogami i ogonem nie porusza. Czasami tylko jego uszy ledwo drżą, może od podmuchu wiatru.
Koń jest skrajnie wycieńczony.
Trzyma się życia resztkami sił, ale ta walka wydaje się już przegrana.
Adam rozgląda się dookoła, próbując dowiedzieć się, jak koń trafił w to miejsce. Trawa wokół jest nietknięta, jakby leżał tu od dawna.
Wraca do Wioletty i wszystko jej opowiada.
Po co dociekać, jak tu się znalazł wzrusza ramionami dziewczyna. Co mamy robić teraz? Wygląda strasznie… Może umrzeć za chwilę. Ja nie mam pojęcia, kto się zna u nas na koniach…
Adam przypomina sobie, że w sąsiedniej wsi, w Dębogórze, ktoś trzyma konie. Tam przyjeżdżają z okolic, żeby pojeździć rekreacyjnie.
Udaje im się szybko skontaktować z właścicielami.
Na początku ci nie do końca rozumieją chaotyczny opis zdenerwowanych zakochanych, ale ostatecznie obiecują przyjechać jak najszybciej.
Po niedługim czasie trawiastą drogą przy rzece wzbijają się tumany kurzu podjeżdża samochód z przyczepą na konie.
Adam i Wioletta machają, pokazując miejsce.
Samochód zatrzymuje się przy nich. Ludzie z niego, państwo Nowakowie, najpierw zaskoczeni oglądają konia z daleka. Ale po bliższym podejściu są dosłownie przerażeni jego stanem.
Nie ma mowy, żeby koń miał siłę wejść do przyczepy samodzielnie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że dotrwa do lecznicy.
Czterem osobom nawet tak chudy koń sprawia trudność przy przenoszeniu.
Adam biegnie więc na swoją ulicę woła sąsiadów i przyjaciół.
Gdy zbiera się grupa mężczyzn, ostrożnie podnoszą wychudzone ciało, podsuwają pod nie gruby koc. Każdy chwyta za koniec i delikatnie unoszą zwierzę.
Koń szeroko otwiera oczy i próbuje lekko poruszyć kopytem.
Na więcej brakuje mu już siły.
Trudno patrzeć na to bez łez koń jest tak wyczerpany, że nawet nie ma sił sam wstać.
W końcu ostrożnie wnoszą go do przyczepy, zamykają wysoką klapę.
Koła cicho ruszają po drodze, zabierając biedaka do nowego życia.
Na miejscu w stajni Nowaków, obok boksu już czekają pomocnicy i weterynarz, pani dr Anna Mazur, wezwana przez właścicieli po drodze.
Delikatnie wyciągają konia z przyczepy.
Pani doktor natychmiast zaczyna badanie dotyka, ogląda, pobiera próbki.
Po chwili pojawia się też patrol policji z Kartuz.
Sporządzają notatkę o znęcaniu się, rejestrują wyjaśnienia weterynarza, Nowaków i wszystkich, którzy przyprowadzili konia. Uprzedzają jednak, że szanse na odnalezienie poprzednich właścicieli są znikome ukaranie winnych raczej się nie uda.
Pani weterynarz podaje zastrzyki, dezynfekuje strupy na ciele i podłącza kroplówkę.
Ochotnicy pomagają ostrożnie przenieść konia do wolnego boksu.
Zwierzę jest tak wyniszczone, że lekarz nie ma pewności, czy da się je uratować. I tak jednak podejmuje próbę walka toczy się o ostatnią szansę.
Jednym z większych problemów jest to, że koń prawie nie je i ledwo pije wodę.
Winny okazuje się groźny pasożyt świerzbowiec. Wywołał zmianę skórną, na całym ciele pojawiły się pęcherzyki, które pękały, zamieniając się w strupy.
Wszystko to powodowało potworny świąd.
Koń próbował się drapać, zdzierał strupy, kaleczył skórę. Choroba odebrała mu apetyt, stopniowo zamieniając w żywą chudą rzeźbę.
Niestety, na tym nie koniec kłopotów.
Trzecia powieka w jednym oku jest mocno opuchnięta i zaczerwieniona.
Doktor Mazur pobiera wymaz, podejrzewa nowotwór. Można go usunąć tylko operacyjnie, gdy zwierzę się wzmocni i zacznie samo stać na nogach.
Stan zębów jest fatalny odkładać leczenia nie sposób.
Na kilka tygodni zwykły boks zmienia się w prowizoryczny szpital polowy.
Weterynarz odwiedza klacz codziennie, nie opuszczając ani jednego dnia. Leczenie zaczyna przynosić efekty: świerzbowca udaje się pokonać, strupy schodzą, problem z zębami udaje się rozwiązać. Koń, który dostaje w końcu jeść, zaczyna sięgać po siano i pić wodę.
Pierwsze dni są najtrudniejsze zwierze trzeba dożywiać dożylnie i poić butelką jak źrebię. Stopniowo jednak wracają siły. Samodzielnie zjada coraz więcej, choć trzeba jej podtrzymywać głowę by łatwiej było przełykać.
Koń jest kompletnie zdezorientowany tym, co się wokół niego dzieje. Przez długi czas leży bez ruchu, jakby czekając na koniec. Ale ludzie wokół nie pozwalają mu się poddać.
Nowi właściciele czuwają przy niej także w nocy kontrolują kroplówkę, sprawdzają oddech. Z czasem koń zaczyna rozpoznawać znajome głosy, delikatnie wciąga pysk w ich dłonie, czasem lekko się wzdryga, gdy lekarz mruczy coś energicznie przy badaniu.
Wzrok jest niemal całkowicie utracony, więc zwierzę orientuje się głównie po dźwiękach i dotyku troskliwych rąk. Mimo to, stan powoli się poprawia.
Wkrótce koń sam potrafi zmienić bok, czasem nawet podnosi się do siadu. Zyskuje na tyle dużo siły, by kilka godzin dziennie utrzymać głowę i tułów w pionie.
Najważniejsze jednak jest to, że wciąż nie ma siły stanąć na nogi.
To bardzo niepokoi zwierzę. Próbując się podnieść, bezskutecznie zgina nogi, jakby nie należały już do niego.
Weterynarz rozkłada ręce. Wyjaśnia, że długie leżenie i skrajne wychudzenie sprawiły, że mięśnie już nie pracują. Nie ma szans, by tak po prostu się podniosła i ruszyła.
Aby przywrócić siłę nogom, potrzebne są specjalne ćwiczenia. Tu pojawia się kolejny problem: klacz trzeba podnosić nad ziemię, przytrzymywać i pomagać w stawianiu każdego kroku.
A ciężar dalej niemały, bo powoli wraca forma.
Dobre odżywienie sprawia, że żebra nie odstają już tak bardzo właścicieli to cieszy, ale utrudnia pracę.
Podnoszenie klaczy wymaga ośmiu silnych osób.
Zaradni gospodarze tworzą własnoręcznie specjalną uprząż z grubego koca i pasów, pozwalającą trzymać konia w pionie w boksie. Ale na spacery na podwórku wciąż potrzeba silnych rąk pomocników.
Na szczęście poruszająca historia obiegła sąsiadów i znajomych. Wieczorami przychodzą, by pomagać w rehabilitacji.
Na początku końskie nogi trzeba ustawiać ręcznie. Codzienne ćwiczenia powoli przynoszą efekt. Po kilku dniach zwierzę z trudem zaczyna samodzielnie zginąć kończyny.
Jeszcze niezdarnie, powoli, ale to już sukces.
Koń szybko się męczy, jego opiekunowie także, ale nikt się nie poddaje.
Miesiące żmudnych ćwiczeń przynoszą owoce. Najpierw klacz uczy się pewnie stać, potem zaczyna się powolny chód.
Nikt jej nie popędza.
Właściciel prowadzi ją tylko kilka kroków, po czym wracają do boksu. Ale sama klacz już nie chce ciągle leżeć. Z radością wciąga zapach świeżej trawy i sprawia wrażenie, że marzy o wolnym biegu po pastwisku.
W końcu weterynarz uznaje, że jest gotowa na operację oka.
Sam zabieg nie wydaje się już straszny zwierzęciu i tak większość widoku zasłania nowotwór.
Ponownie ładuje się klacz do przyczepy i wiezie ją do lecznicy w Gdańsku.
Zabieg przechodzi pomyślnie. Po operacji oczy mocno bolą, ale mimo bólu klacz ciekawie rozgląda się wokół. Obiekty, które dotąd jawiły się w półmroku wspomnień, zyskują wyraźny kontur.
Po raz pierwszy koń widzi wyraźnie nowych właścicieli, swój boks i wybieg, po którym zaczyna spacerować podczas ćwiczeń.
Do rutynowych zabiegów dochodzą krople do oczu, które znosi ze spokojem.
Jest zadziwiająco łagodna, uważnie nasłuchuje i jakby rozumie każde wypowiedziane słowo.
Okazuje się nie tylko łagodna, ale bardzo pojętna. Nowakowie nie mogą się nadziwić, jak mądry i spokojny jest ich nowy domownik.
Z czasem klacz nabiera siły i zaczyna wychodzić do dużego wybiegu razem z dwoma innymi końmi.
Szybko zaprzyjaźnia się z końmi Nowaków z cierpliwością uspokaja młodego ogiera, spokojnie skubie trawę obok jego matki.
Minęły długie miesiące od chwili, gdy ją tu przywieziono. Teraz zwierzę już nie przypomina wyniszczonego, wysuszonego truposza, który nieomal skonał w trawie.
Na okrągłych bokach lśni zdrowa sierść. Tylko gdzieniegdzie puste miejsca i ostrożne, powolne ruchy przypominają o dawnym cierpieniu.
Właściciel nie śpieszy się z wsiadaniem. Ale pewnego dnia klacz sama zaczyna tupać i parskać na widok siodła.
Z tęsknotą odprowadza wzrokiem innych mieszkańców stajni, gdy wożą na grzbiecie dzieci i dorosłych.
Wreszcie, w słoneczne popołudnie, Adam prowadzi ją na podwórko i zaczyna zakładać uprząż.
Klacz radośnie rży.
Ciężar jeźdźca jest dla niej wyczuwalny, ale nie narzeka.
Wyjeżdżają za bramę i robią małą rundkę po łące.
W tej chwili koń czuje się najszczęśliwszy na świecie.
Mimo bólu, strachu i rozpaczy, jakich doświadczył, dziś otaczają go ludzie, którym naprawdę na nim zależy.
I koń wie już na pewno nikt go nigdy nie porzuci, niezależnie od tego, co się wydarzy.







