Warszawa, 16 maja
Dzisiaj wydarzyło się coś, co z pewnością zapamiętam na długo i co uświadomiło mi, jak bardzo losy ludzi i zwierząt mogą się ze sobą splatać.
Razem z moją ukochaną, Jagodą, wybraliśmy się na spacer po łąkach niedaleko Jeziora Zegrzyńskiego. Powietrze pachniało świeżością, a wysoka trawa łaskotała nam nogi. Szliśmy powoli, rozmawiając o planach na przyszłość i śmiejąc się z żartów, patrząc sobie głęboko w oczy. Tak bardzo byliśmy pogrążeni w swoich uczuciach, że nie zauważyliśmy, kiedy weszliśmy w bardziej dzikie chaszcze.
Nagle Jagoda gwałtownie się cofnęła i pisnęła cicho ze strachu. Serce mi zamarło, odruchowo stanąłem przed nią, gotów ją bronić, chociaż tak naprawdę nikt nam nie zagrażał.
W gąszczu trawy leżał koń.
A może raczej to, co z niego zostało. Zwierzę wyglądało jak żywy szkielet sama skóra i kości, żebra odznaczały się tak wyraźnie, że wydawało się, iż lada chwila przebiją cienką powłokę ciała. Sucha, popękana skóra pokrywała się miejscami strupami. Do tego wszędzie roiło się od much.
Nie dało się na to patrzeć bez litości.
O matko, biedne stworzenie! wyszeptała Jagoda drżącym głosem.
W tej chwili nawet ptaki gdzieś ucichły, jakby przyroda na moment zamierała w bezruchu.
I nagle, mimo wszystko, koń poruszył się leciutko.
Nie wiem, kto był bardziej przerażony ja czy Jagoda. Obadliliśmy się nawzajem i, nie namyślając się długo, rzuciliśmy się do ucieczki, dopóki nie dotarliśmy do utwardzonej polnej drogi. Tam ciężko dysząc, zaczęliśmy łapać oddech.
Nikt nas nie gonił.
Powoli opanowałem strach i zacząłem trzeźwiej myśleć.
Przecież to zwierzę żyje szepnęła nie dowierzając Jagoda.
Tak, ale wygląda jak umierające mruknąłem ponuro.
Co, jeśli wciąż jest dla niego nadzieja? spytała z drżeniem.
Musiało to być sprawdzone. Jagoda została na drodze, ja z duszą na ramieniu podszedłem bliżej, gotowy w razie czego się cofnąć.
Koń drgnął lekko i bardzo cicho parsknął. Z bliska zobaczyłem, że jego ciało się unosi oddychał, choć bardzo płytko i ledwo widocznie. Oczy miał przymknięte, przykryte czerwonawą błoną, a dolna warga bezwładnie zwisała. Ogon i nogi w ogóle się nie poruszały, od czasu do czasu jedynie uszy nieznacznie drżały na wietrze.
Serca tego zwierzęcia jeszcze nie zgasło, choć wyraźnie chyliło się ku końcowi.
Wróciłem do Jagody i opowiedziałem jej wszystko. Zastanowiła się krótko, po czym rzuciła tylko:
Nieistotne, skąd się tu wziął. Ważne, co zrobimy. Przecież trzeba mu pomóc! Ale kto się u nas w ogóle zna na koniach?
Przypomniało mi się, że kilka domostw dalej, w sąsiedniej wiosce, ktoś prowadzi niewielką stajnię. Postanowiłem zadzwonić, opisać sytuację. Właściciele nie od razu zrozumieli przerażony przekaz, ale zadeklarowali, że zaraz przyjadą.
Minuty ciągnęły się wiecznością, ale w końcu zobaczyliśmy kurz podnoszący się od strony drogi. Stanął przy nas samochód z przyczepą do przewozu koni.
Gdy właściciele zeszli bliżej i zobaczyli konia, przez chwilę nie wiedzieli, co powiedzieć. Byli zszokowani jego wyglądem.
O tym, by mógł sam wstać i wejść do przyczepy, można było zapomnieć. Czterem osobom ledwo udało się go unieść. Poleciałem na swoją ulicę, zwołując sąsiadów i znajomych. W kilka chwil zebrała się gromada mężczyzn.
Podłożyliśmy pod konia mocny koc, każdy się chwycił, i ostrożnie przenieśliśmy go do przyczepy. Z przerażeniem patrzyłem w szeroko otwarte oczy zwierzęcia, które ledwo poruszało kopytem ze strachu i wycieńczenia.
Na szczęście dotarliśmy do stajni, gdzie już czekał weterynarz z pomocnikami. Koń został starannie wyciągnięty z przyczepy, a lekarz od razu zabrał się do pracy.
Wkrótce przyjechała policja. Spisali oświadczenia, przesłuchali świadków także nas. Powiedzieli jednak, że znalezienie właściciela będzie właściwie niemożliwe, a sprawiedliwości trudno się spodziewać.
Weterynarz podał końskie dawki witamin, opatrzył rany, zaczął kroplówki.
Największym problemem był brak apetytu i pragnienia koń nawet nie próbował pić. Diagnoza okazała się brutalna: poważne zakażenie skóry i pasożytniczy świerzbowiec. Ciało swędziało do szaleństwa, a koń drapał się, raniąc się do krwi. Choroba była tak silna, że sprawiła, iż zwierzę niemal zamieniło się w cień samego siebie.
To jednak nie był koniec. Trzecia powieka była spuchnięta i zaczerwieniona groził nowotwór oka. W dodatku okazało się, że koń ma poważne problemy z zębami.
Weterynarz nie dawał pewności, czy zwierzę przeżyje, a najbliższe dni miały o tym zdecydować. Czułem okropne napięcie, nie miałem pojęcia, czy nasze starania przyniosą skutek. Każdego dnia nad koniem czuwał lekarz i nowi właściciele. Zwierzę karmiono niemal jak źrebaka sztucznie poiono, wspierano kroplówkami, a głowę trzeba było podtrzymywać.
Początkowo koń kompletnie nie reagował na otoczenie. Był obojętny, gałki jego oczu były niemal martwe. Ale powoli zaczynał rozpoznawać głosy, wyciągać chrapy w kierunku znajomych rąk. Wciąż nie widział niemal nic, więc pomagały mu tylko dotyk i dźwięk.
Po tygodniach walki koń zaczął obracać się z boku na bok, stopniowo podnosić tułów. W końcu nadszedł moment, że przez dłuższą chwilę był w stanie utrzymać się niemal pionowo.
Ale wstać wciąż nie był w stanie. Strach ogarniał zwierzę, a nogi odmawiały posłuszeństwa.
Weterynarz pokręcił głową. Wyjaśnił, że przez długi czas mięśnie po prostu nie pracowały i nie wytrzymają teraz ciężaru. Trzeba było pomóc mu ćwiczeniami. Zrobiono specjalną konstrukcję z koca i pasów, która pomagała podwieszać konia w boksie. Potrzeba było ośmiu silnych mężczyzn, by go utrzymać.
Chętnych nie brakło sąsiedzi i znajomi przyszli wieczorem pomóc. Codziennie masowaliśmy mu nogi i pomagaliśmy stawiać pierwsze kroki. Zaczęły one być coraz bardziej samodzielne, choć bardzo powolne i niezgrabne. Każdy wysiłek koń kończył ze zmęczeniem, a i my czuliśmy się często ledwo żywi.
Wysiłek i czas w końcu przyniosły rezultat. Po kilku miesiącach koń samodzielnie stanął, a potem zaczął stawiać nieśmiałe kroki. Nabierał sił dzięki dobremu jedzeniu i trosce ludzi.
W końcu weterynarz uznał, że można przeprowadzić operację oka. Zabieg się udał, a koń po raz pierwszy od dawna zobaczył wyraźnie swoją nową rodzinę, wybieg, trawę. Gdy wyleczono także jego zęby, apetyty wróciły.
Nowy domownik szybko zaprzyjaźnił się z pozostałymi mieszkańcami stajni. Z czasem nabrał ciała, sierść zaczęła się błyszczeć, a smutne wspomnienia powoli ustępowały miejsca nowej codzienności.
Minęły miesiące, a koń coraz śmielej patrzył na świat. Pewnego dnia sam domagał się założenia siodła znacząco tupał, rżał, przyglądał się, jak inni ruszają na przejażdżki. Kiedy w końcu wsiadłem na niego i ruszyliśmy spokojnie po łące, koń zarżał radośnie.
Wiedziałem, że mimo traumatycznego początku, teraz otacza zwierzę prawdziwa opieka i miłość.
Ta historia uświadomiła mi jedno: nigdy nie należy tracić wiary w drugiego człowieka i w możliwość odrodzenia, nawet gdy wszystko wydaje się stracone. Pomoc często przychodzi z najmniej spodziewanej strony, a determinacja i troska ludzi mogą czynić cuda czego świadkiem miałem szczęście być.






