Kamienna kobieta

Kamienna kobieta

Grażynę Folwarkiewicz przywiozło pogotowie, zebraną z chodnika gdzieś w centrum Warszawy. Zmoczyła się w tej naszej zimowej breji, sił nie miała wstać. Dwóch sanitariuszy umieściło omdlałą Grażynę na noszach i zawiozło prosto na izbę przyjęć.

Duża, tęga kobieta w eleganckim garniturze, na nogach kozaki na niepraktycznym obcasie, makijaż skrzętnie podkreślający lekko wyłupiaste oczy i pełne usta. Kolczyki wielkie, kamienie migoczące pod światłem szpitalnych jarzeniówek, a na kolanach skórzana torebka od znanej marki. Grażyna wjechała do izby na wózku inwalidzkim. Leżeć odmówiła: jak się ocknęła, objechała kierowcę karetki za to, że od niego wali fajkami, ratownikowi wytknęła ślamazarność, a młodego praktykanta ze szkoły medycznej pogoniła, żeby jej czasem nie dotykał.

A bardzo chciałem! odburknął nastolatek, wykrzywiając usta.

Jeszcze mi pyskować próbujesz! Pospolity prostak z ciebie, chłopcze! Grażyna usiadła wygodniej na wózku, zarzuciła torbę na kolana i przybrała minę egzaminatorki z inspekcji ZUS. Zmarszczyła brwi, ściągnęła usta, spojrzała spod grzywy, jakby chciała doszukać się niedociągnięć na ścianie. Skóra, pod grubą warstwą podkładu, popękana w sieć czerwonych niteczek. Od zastrzyku było jej gorąco, make-up spływał, podkreślał każdą zmarszczkę. Dalej! Jedźmy! Tu wieje, nie będę czekać na zadymie! tzw. rzutem głowy wskazała na zatłoczony korytarz.

Kobieta za rejestracją zerknęła na Grażynę z przyganą. Futro aż do ziemi, moda z górnej półki. Papierami machnęła i sanitariuszom kazała zwijać się do następnej roboty.

Nadciśnienie, utrata przytomności na ulicy Bez urazu głowy Ciśnienie w tej chwili raportował praktykant w niebieskim fartuchu.

Dobra, Romek, spadajcie już! Bez was tu zaduch! poklepała chłopaka po ramieniu pielęgniarka, trochę nawet do niego podobna. Syn?

Znajomości, dziecko, zawsze trzeba komuś pomóc w życiu, przemknęło Grażynie przez głowę.

Głowa pękała na pół, ręce wiotczały i opadały na kolana, przez co firmowa torba zjeżdżała niemal na ziemię. Nie miałaby potem siły jej podnieść. Wreszcie nawet mówienie stało się męczarnią; język suchy, przyklejony do podniebienia, pić jej się chciało jak nigdy.

Czy ktoś mógłby mi podać wody, proszę? wypaliła do nikogo konkretnego, jak najgłośniej i najczyściej zdołała.

Nikt nie zwrócił uwagi. Wokół rojno, tłum ludzi z wózkami, pocieszenia, tłumaczenia, ktoś odłącza się ze świata. Lekarze przebijają się przez tłum, przekładają stetoskopy przez szyje, czytają papiery, krzyczą po gabinetach. Pielęgniarki robią swoje, ignorując przybyszkę.

Gdzie Baranowska? Kto tu jest Baranowska? rzuciła wreszcie jedna z pielęgniarek (w myślach medyczek, jak Grażyna ich zdążyła ochrzcić).

Ja! Ja tutaj! zareagowała Grażyna najpierw normalnie, potem już na pełną moc.

Dobra, próbka moczu, tam jest toaleta, potem pobranie krwi. I zdejmij pani tę czapę! To nie Syberia!

Dopiero wtedy Grażyna uświadomiła sobie, że siedzi w kudłatej czapie z lisa, jakby planowała występ w Miśu. Spocona do granic możliwości, w końcu zdjęła nakrycie głowy, nieufnie wsunęła je w torbę. Ta już ledwo się domykała od plików dokumentacji. Grażyna nie zamierzała tu zostawać miała nadzieję, że ją zaraz wypuszczą. Czekały na nią przecież okna, papierki, terminy. Była szefową dużej firmy nie miała czasu na rozczulanie się nad sobą.

Pielęgniarka wręczyła nieszczęsną próbówkę na kolana.

Grażyna Baranowska kobieta postawna, konkretna, od zawsze większa od życia. Wielki noworodek, potem masywna dziewczynka, nastolatka, kobieta. Ależ u pani duża córeczka!, zachwycały się baby w przychodni. A numer buta to pani jaki ma?, kiwały głową ekspedientki, jak zaczynała wykraczać z dziecięcych trzewików.

Mama Grażyny przy niej wyglądała jak krasnalek. Takie geny z ojca typowy polski Herkules, co to potem zmarł na raka, gdy Grażyna miała osiem lat.

Całą młodość Grażyna czuła się skrępowana swoim rozmiarem. W przedszkolu jak Guliwer wśród liliputów, w szkole obiekt szykan. Dopiero w sporcie odnalazła się przypadkiem, bo mamusia kręciła romans z trenerem, więc dziecko dla spokoju pchnięto do lekkoatletyki. Rzut dyskiem, kula, tutaj Grażka odnalazła przyjemność. A i kontuzji się nabawiła, bark do dzisiaj sztywność łapie. Potem dała się nabrać na niby-wielką miłość, aż w końcu została sama i zaprawiona taki babochłop, że przy obrocie głową cały zarząd milknie.

Karierę zaczynała w spółdzielni mieszkaniowej, kierowała fachowcami, remontami. Po transformacji własna firma, działalność gospodarcza, budowlanka wszelka. Nie raz brano ją za faceta, potem śmiech, a potem już swoja, nasza drużyna. Grażyna zawsze miała swoje zdanie, była twarda, raczej nieimprezowa, ale lojalna banda w końcu się wykształciła. Kamienna baba mówili za plecami.

Wywindowała firmę Okno Świata na szczyt rynku. Baranowska nie była dla pracowników wyrozumiała: kawki nie piła, ale wszystko miała pod kontrolą. Wie, kto chory, kto się rozwodzi, gdzie dzieci nie zdają, a gdzie przyjechali kuzyni z Rzeszowa. Organizuje wizyty u lekarzy, daje porady, wysyła na szkolenia i daje paczki na święta, ale nikt nie widział jej w roli Śnieżynki uważała, że jej gabaryty nie pasują do tej roli.

Wiedziała, zanim sekretarka Zosia zrobi test ciążowy, czy będą dwie kreski. Wypytywała, doradzała, była dla wszystkich jak mur, o który można się oprzeć.

Przyjaciółek nie miała. I dobrze przynajmniej nikt za plecami nie powie nasza dryblaska.

Grażyna nie była typem tyrana raczej parowóz rozpędzony na torach życia. Zejdź z toru, bo rozjedzie! Ale dla wagoniku o imieniu Kuba syn była gotowa poświęcić wszystko.

Kto nie wytrzymał tempa, szedł gdzie indziej. Ale zostało przy niej trzon wiernych, a na nich mogła polegać. Teraz tylko ufać, że nie prześpią jakiejś ważnej umowy!

Co to za numery? Won, ja nie pójdę z tą próbówką! rzuciła próbkę na podłogę Grażyna. Mam nadciśnienie, muszę się położyć! Wy nie umiecie czytać!?

Spokojnie, złotko! odezwał się mężczyzna na ławce, wyglądający jak typ bezdomnego z opatrunkiem na czole, łapiąc butlę z podłogi. Mogę za ciebie, co? Haha! Ale dasz czapkę! Za darmo się nie skuszę Duże dziewczyny to ja lubię!

Pomóż sobie najpierw! przejechała po nim wzrokiem Baranowska, odepchnęła się nogą, wózek uderzył o świeżo odmalowaną ścianę.

No nie, pani! Malujemy, a pani niszczy! pokręciła głową kobieta z identyfikatorem. Ewa, ktoś wie, dokąd z nią?

Nigdzie. Sama się ogarnę. Jaki adres tej waszej lecznicy? Muszę zadzwonić po taksówkę Grażyna próbowała wstać.

Gdzie pani leci?! Czekaj chwilę, doktor za moment. Poleżysz, zbierzesz siły usiłowała ją zatrzymać pielęgniarka.

Ale pacjentka już telefon w rękę:

Kuba? Dajcie mi syna! Powiedzcie mu, że to ważne! Jestem w szpitalu, mam jutro spotkania. Potrzebuję go.

Rozmawiała rzeczowo, nie podnosząc głosu, ale z taką stanowczością, że nikt nie śmiał jej odmówić.

Synowa Grażyny, Magda, akurat otwierała drzwi łazienki, zabierając Kubę spod prysznica.

Twoja mama dzwoni. Jest w szpitalu.

Co, Magdo? Zaraz wyjdę, daj mi 10 minut! Kuba zamknął drzwi i puścił wodę.

Magda próbowała tłumaczyć, że Grażyna czeka nic z tego. No cóż, zawsze czekał na mamę, aż przyjdzie po niego z pracy. Teraz on zostawia ją w kolejce.

Wszyscy korzystali z okazji: okna do szkoły, remont łazienki, urlop na Mazurach dla syna, Magda dostała karnet na basen na kręgosłup od teściowej. Grażyna nigdy nie uczyła się okazywać uczuć lubiła czynem pieścić. Przynosiła, zamawiała, załatwiała.

Nigdy nie powiedziała Kubie, że go kocha. Po prostu korygowała mu błędy w zadaniach z matematyki, tłumaczyła, że trzeba dążyć do ideału.

Kuba był przekonany, że matka go nie kocha. Gdy dorósł, nie czuł wdzięczności uważał, że to po prostu jej obowiązek.

Tymczasem Grażyna czekała, aż ktoś się nią zainteresuje z własnej woli A tu synowa żuje gumę, a syn oddzwoni za chwilę. Nikomu niepotrzebna, własna, nieprzystosowana.

Podparta o ścianę, próbowała wstać zjechała z wózka, walnęła się na ziemię. Torebka rozsypała na płytkach swoje skarby: kosmetyki, portfel z orłem, notesy i osławiona futrzana czapa.

Oż, kurczę! wrzasnął ten sam bezdomny, podbiegł, niby pomagał przy podnoszeniu, a w rzeczywistości płynnie przemycił do kieszeni portfel i ściągnął pierścień z bursztynem.

Przez mgłę Grażyna widziała, że ten ktoś ją przypomina, może kolegę ze sportu? Ale nie była pewna była za bardzo skołowana, a w uszach dźwięczało: Trzymaj się prawej strony, trzymaj się prawej strony

Na co dzień Grażyna jeździła do biura służbową skodą z kierowcą Romkiem Gawrońskim. Codziennie o 7:30 czekał pod blokiem, otwierał drzwiczki, wygładzał płaszcz szefowej i nastawiał Chopina na radiu. Roma urządzały te benefity: lekarstwa dla żony, ekstra premie co miesiąc, warzywa z hurtu. Nawet nocną akcję, gdy Grażyna nagle musiała być w Katowicach przy reklamacji drzwi balkonowych. Taki układ mu służył.

Dziś jednak, kiedy podjechał, już nie odjechał śmieciarka wjechała mu w tył, skasowała cały zderzak.

Może taksówkę, pani Grażyno? jęknął Roman.

Daj spokój. Wsiądę do metra, szybko się ogarnę rzuciła, choć czuła się od rana fatalnie. Ale strach? Może minimalny. Miała przecież oszczędności na pokrycie szkód i na wymianę auta. Załatw dokumenty, podstawić do serwisu rzuciła sucho i ruszyła na stację.

W metrze gorąco, tłumy ludzi rozkładają się po peronach trzymaj się prawej, powtarza z automatu megafon. Nawet Grażyna nie wychyla się z tłumu, dobrze wie, że mknący studenci zadepczą ją jak truskawkę na polu.

Później już tylko przymiarki, badania, przewożenie do sali. Kołdra, szpitalna piżama, a ona słucha jak automat: trzymaj się… trzymaj się…

W sali półmrok, czuć perfumami, lekami, jakoś też kaszą gryczaną i waniliowymi sucharami. Grażyna lubiła takie, ale jadała rzadko.

Okno wychodziło na podwórko wewnętrzne, a nie na szpaler siedmiu pasów Marszałkowskiej połyskującej w nocy jak świecąca girlanda.

Gdzieś w pamięci miała taki wieczór, kiedy poszła po Kubę do przedszkola, a tam dzieci już nie było. Kuba siedział sam, a nauczycielka ubierała płaszcz.

No widzisz, Kuba! A ty się bałeś, że mama nie przyjdzie! powiedziała z trzaskiem głowy odstawionej przez szkołę teatralną.

Chłopiec szybko otarł łzy rękawem, założył czerwony kombinezon z odblaskami. Niby obojętny, ale mama wiedziała, że naprawdę cieszy się z nowego stroju. Zresztą zawsze grał złośliwca chciał jej jakoś dokuczyć, za wszystko.

Mamy kolegów przytulają, całują, wciągają głęboko w ciepłe kurtki. A ona? Wielka bryła czołga się obok syna, nie pomaga, nie chwali po prostu czeka aż się dogrzeje i pójdą.

Co jest w pudełku? spytał w końcu Kuba.

To lampki choinkowe! Nasza choinka będzie najpiękniejsza w osiedlu raz się rozkręciła i aż syn się zdziwił.

Przez drogę niesiono się nadzieją, a gdy przyszli do domu… girlanda nie zadziałała. Po prostu nie rozbłysła. Zamiast lamentu matka po cichu spakowała lampki, odłożyła do pudełka.

Idziemy jeść kolację. Jeszcze muszę poprasować rzuciła bez emocji.

Po dwóch dniach lampki przyniesione znowu, naprawione przez panów z garażu. Ale chłopiec już do przedszkola nie poszedł, rozchorował się. Nie miał komu się pochwalić. I tak to leciało

Teraz Grażyna czuła się jak ta żarówka, co zgasła i lepiej jej nie dotykać.

Do sali weszła pielęgniarka w różu maleńka, drobna.

Proszę oczu nie otwierać, zaraz zmyję tusz. Bo panią podrażni. Spokojnie, ja zrobię.

Mokra wacika przesuwała po policzkach, a Grażyna taka miękka! poczuła, że bierze ją jakieś nieznane łaskotanie. Przypomniała sobie mamę, która już dawno nie żyje. Do dziś jeździ jesienią na grób, na grządki, sieje niezapominajki nie wiedząc, czy nie jest za późno.

Mama przy gorączce przystawiała jej do czoła pachnący lodem ręczniczek.

Nie trzeba, sama się ogarnę odwróciła się Grażyna, zawstydzona.

Cisza! Odpocznie pani, trochę się podładuje. Jeszcze chwilka. Już, oczka czyste. Włosy poprawię Tak.

Pielęgniarka umiejętnie wyciągnęła wsuwki z ciężkich włosów Baranowskiej.

Zapłacę pani Grażyna wymacała torbę, lecz portfela nie znalazła

To był drugi raz w życiu, gdy ją okradli. Pierwszy, lata temu, w metrze facet potykał się za plecami, ona zignorowała. Dopiero na powierzchni odkryła rozciętą torebkę, portfel out, zdjęcie Kuby, pamiątkowa moneta 2 zł od kolegi i lista zakupów też przepadły.

Wtedy usiadła na ławce i rozpłakała się jak dziecko, olbrzym z żałem. Nie szkoda pieniędzy, sumki żal. Kupiona sobie po raz pierwszy na kredyt, porządna, do rozmów handlowych. Portfel z ultra miękkiej skóry, na granatowo. Działa się taka dumna! Teraz do naprawy i blizna na torebce oraz duszy zostanie do końca.

Załamała się, pewnie ten sam facet ją dzisiaj okradł.

Proszę leżeć, zaraz przyniosę ciśnieniomierz szepnęła pielęgniarka.

Zasypiała, rękę ściskał ciśnieniomierz, wokół zamieszanie. Śniło jej się, że rozpływa się jak ciągnący krówka

Kuba wrócił z łazienki, o matce już nie pamiętał. Magda kilka razy próbowała się dodzwonić, Grażyna nie odbierała.

Coś się jej stało. Zadzwoń do pracy Grażyny usiadła zmartwiona żona, ale Kuba machnął ręką.

Moja matka, konta, ubezpieczenia, nawet respiratory ma na wszelki wypadek zarezerwowane. Daj spokój, Magda

Usiadł przed telewizor wielki LCD, rozgrywka ligowa, piwo z puszki, fistaszki. Dzięki za telewizor, mamo! mruknął pod nosem i dalej kopał piłkę pod stołem.

Magda w końcu znalazła numer pielęgniarki. Powiedziano jej: proszę przyjechać jutro w godzinach odwiedzin.

Pani teściowa śpi, bardzo się zmachała. Proszę przywieźć pidżamę, ciepłą bluzę, bo u nas chłodno w salach

Magda pokiwała głową. Spakowała co trzeba, wzięła klucze teściowej i wyszła z mieszkania.

Grażyna obudziła się rano, na sali już szmer, śniadanie, ktoś kaszle.

No, Baranowska, pani to jak?

Poprosiła o pobranie krwi, usiadła przy łóżku, próbowała związać włosy w kitkę. Bluzka rozpięta, bielizna koronkowa Grażyna kupowała tylko ładną, ale w swoim rozmiarze mogła zamawiać tylko z Czech lub Niemiec!

Kobieta z łóżka przy oknie przyglądała się Grażynie z ciekawością.

Cichutko, teraz śniadanie! upomniała pielęgniarka.

Telefon zaczął dzwonić szef, kontrahenci, zamówienia. Grażyna twardo powtórzyła, że jest niezdolna do pracy i mają się odczepić.

Po rozmowie opadła jak ciasto po upieczeniu.

Dali jej szpitalną koszulę, szlafrok, próbowała się przeglądnąć w lustro: panda pod oczami, włosy we wszystkie strony, trzy paznokcie ułamane.

Proszę do sali, zaraz obchód i śniadanie powiedziała znajoma pielęgniarka z wczoraj. Dzwoniła do pani córka, przyjedzie dzisiaj. Magda. Niech się pani nie martwi, szybko pani stanie na nogi. A na razie proszę odpocząć.

Skąd córka, to synowa. Ona nie musi tu być rzuciła Grażyna twardo, prostując się jak pagórek nad malutką kobietką.

Przyjedzie, przecież obiecała. Graża, ty mnie nie poznajesz? zapytała cicho. Ja Ola Pegasik. Leżałyśmy razem na oddziale. Po Dziecku

Grażynę coś uderzyło jak batem przypomniała sobie. Ola wiedziała, że Grażyna była wtedy w ciąży z dowcipnisiem, który ją zostawił. Dziecko usunięte, trauma kładła się cieniem na lata. Ola była tą, która wtedy przytulała, mówiła, że jest piękna, dobra i lepsza niż świat pozwala wierzyć.

Ola! Przepraszam, nie poznałam. Pracujesz tu? Zawsze tego chciałaś! uśmiechnęła się przez łzy Grażyna.

Tak. A ty masz syna? Brawo! U mnie dwie córki, i już wnuki. A mąż?

Nigdy nie było, nigdy nie chciałam. Sama musiałam się bronić. I syn mnie nie chce do niczego nie jestem mu potrzebna. Zawsze tylko siebie chronię i ogarniam.

Ola chciała coś powiedzieć, ale już po korytarzu szedł obchód. Grażyna położyła się, Ola pobiegła do wyjścia. Chciało jej się spać jak nigdy.

Śniadanie minęło, Grażyna zaczęła się oswajać. Sąsiadki starsze, spokojne, czytały lub drzemały, jedna Zdzisława chrupała na okrągło sucharki.

Suchary? domyśliła się Grażyna. Ależ proszę pić do nich coś! W suchym gardle źle się trawi!

Nerwy Mąż na innym piętrze, po udarze. Nie mogę przełknąć na sucho, tylko te suchary mi pomagają.

Nie wolno tak! Zaraz przyniosę herbatę.

Grażyna wpełzła do szpitalnej jadalni: gamoniasta podłoga, sprzęty pamiętające Gierka i ach! okna do wymiany. Wreszcie już niesie wrzątek w czarnym kubku.

Proszę, Zdzisia. Z cukrem, nie wiem, czy pani tak pije, ale warto spróbować! podała sąsiadce.

Jest pani cudowna zdołała wybełkotać Zdzisława. O! Tam jakaś dziewczyna, do pani macha.

Grażyna spojrzała: przed drzwiami stała Magda w błękitnym kitlu, gumowcach i torbami z zakupami.

Dzień dobry, wołam i wołam! Przepraszam, ale nie będę się darła. Wszystko dowiozłam: piżama, szlafroczek, sweterek, kosmetyki, przekąski, herbatki i kawy, bielizny już nie targałam, bo rąk brakło!

Grażyna wyglądała jak wielka góra z rozczochraną grzywką na czubku.

Ciociu Grażyno, już wystarczy! Proszę się przebrać, a ja idę do lekarza pogadać!

Magda wyskoczyła z sali jak petarda. Grażyna patrzyła w te pudła i aż się w niej zagotowało. Jednak ktoś się o nią troszczy! Fajnie, choć kto wie, czy nie tylko dla spadku Ale przecież tak miło!

Parę razy zadzwonił Kuba, Grażyna nie odebrała nie wiedziała, co powiedzieć.

Do Magdy wrócił lekarz, dał wskazówki. Dziewczyna nic o kryzysie w swoim małżeństwie nie wspomniała nie chciała martwić teściowej.

W nocy Grażyna odwróciła się do ściany i popłakała sama nie wiedząc nawet dlaczego.

Nazajutrz zwrócono jej ukradziony portfel i pierścionek.

Ten, co panią okradł, już nie żyje. Zawał, sam się wykończył. Dla porządku: Janusz Burkowski, podali jej ratownicy.

Grażyna przytaknęła. Poznała z kim miała do czynienia był kiedyś najlepszym atletem w ich sekcji, niemal mistrzem. Kiedyś ją głaskał po plecach, obiecywał złote góry. Kłamał, wierzyła mu. Umarł. A ona żyła.

I wcale nie była kamienna, tylko dawno zapomniała jak się oddycha z ulgą i śmiechem.

Ale teraz będzie inaczej. Jest Ola, Zdzisława, jest Magda, naiwna, ale przez to najcudowniejsza, jest praca, wiosna i mnóstwo drobnych spraw, których nikt nie zrobi za Grażynę. I jest jeszcze wnuk dumka, okruszek na zdjęciu z USG.

Magda, nie oczekuj od niego zbyt wiele. Ale kochaj go i mów mu o tym. Ja nigdy nie potrafiłam. Kobieta musi kogoś kochać, inaczej kamienieje.

Magda przytaknęła. Bo nie była Grażyna Baranowska żadną kamienną babą, tylko ogromną, niezdarnie czułą Grażynką, która przynajmniej raz, w chwili przyjścia na świat, krzyknęła tak, że cały świat usłyszał, że żyje.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Kamienna kobieta