Prawdziwa kobieta
Magda, gdzie się podziewasz?! Przynieś te ogórki! Ile jeszcze mam czekać?!
Głos Marka, mojego męża, zabrzmiał już wyjątkowo niecierpliwie, co oznaczało, że naprawdę stracił już cierpliwość. Ale ja byłam zajęta. Starannie malowałam lewe oko, czasem zatrzymując się, by podziwiać efekt nowej, absurdalnie drogiej maskary. Prawe oko, po operacjach z tuszem, eyelinerem i cieniami (na które namówiła mnie Ola, twierdząc, że tak to się do Opery Narodowej w Warszawie maluje), urosło do co najmniej dwukrotnych rozmiarów i wyglądało cóż, dość odstraszająco. Ale nie zamierzałam przecież zatrzymywać się w pół drogi.
Na ogórki, moczące się w wannie, zwyczajnie nie miałam teraz czasu.
A wszystko przez to, że zaledwie tydzień temu mój mąż Marek, ten sam który siedzi teraz w kuchni i zakręca słoiki z ogórkami na zimę, oznajmił mi zupełnie znienacka:
Chciałbym, żebyś została taką prawdziwą kobietą!
I wręczył mi do ręki swoją kartę z całorocznymi oszczędnościami.
Byłam w ciężkim szoku. W pierwszej chwili myślałam, żeby mu zrobić awanturę. A jakże! Skoro Marek zdołał odłożyć pokaźną sumę na boku, ukrywając ją przed domowym budżetem, to może jeszcze w czymś innym kręcił. Skąd mam wiedzieć, co jeszcze ukrywał? Od razu w głowie pojawiły się te czarne scenariusze! No bo jak to tak?
Ale ledwo ochłonęłam z zaskoczenia, pojawiła się druga myśl. Nim otworzyłam usta, osunęłam się na taboret w kuchni, zapominając o pyrkającej zupie ogórkowej na kuchence.
Co to znaczy, prawdziwa kobieta?!
O, jak mnie to ruszyło! Chciało mi się wykrzyczeć to na cały blok i potłuc tę nowiutką, ledwie kilka dni wcześniej podarowaną przez teściową zastawę z Chodzieży, o której śniłam przez pół życia. Zastawa była droga jak nie wiem co, zawsze mogłam o niej tylko pomarzyć, a teściowa ją podarowała ot tak, bez okazji. Kiedy przy rozpakowywaniu wyleciało mi kilka łez, ona tylko się zaśmiała:
Oj, Madziu, tyś taka prosta i dobra dziewczyna! Dla ciebie wszystko zrobię, bylebyście żyli jak należy.
Nie bardzo rozumiałam, czemu tak się zachowała, ale też nie wnikałam. Po kolei tuliła najpierw mnie, potem syna, wycałowała wnuki i ruszyła do domu. Nie lubiła długo gościć u nikogo. Zawsze mówiła, że gospodarstwo samo się nie dopilnuje.
Nie sprzeczałam się z nią. Dzieci zawoziłam jej na weekendy, pilnowałam, żeby były grzeczne, i zawsze kombinowałam, jak jej się odwdzięczyć za spokój, z jakim przyjęła mnie do rodziny, mimo wszystko.
A powodów do narzekania miałaby sporo. Skoro nawet własna rodzina mnie się wyparła, to od obcej kobiety nie mogłam się spodziewać czułości. Widziałam ją może raz w życiu przed ślubem, kiedy Marek przywiózł mnie z synem na poznanie. Bałam się wtedy wyjść z auta, zerkałam na śpiącego Michałka, pytałam Marka:
Może nie wchodźmy? Co jej powiem? Wygoni nas, na pewno wygoni!
Skąd ci to w głowie? dziwił się Marek.
Bo kiedy Michałka urodziłam, to ciotka mnie z domu wyrzuciła. Wstyd jej było! No to i twoja matka mnie nie przyjmie, z dzieckiem na ręku? Naiwna jesteś, Marek!
Zobaczysz, zaskoczy cię jeszcze.
Zaskoczenie było, i to niemałe. Pani Maria, mama Marka, przywitała mnie z dystansem, po czym wyciągnęła ręce i poprosiła o Michałka, że go przynajmniej utuli i przyszykuje do snu. Sama nie wiedziałam czemu, dałam jej dziecko bez wahania. Michałek otworzył oczko, objął ją za szyję, coś wymamrotał i zasnął głęboko przy jej kołysaniu.
Dość, że pierwsze słowo babcia padło właśnie do niej i tym kupiła sobie moje serce.
Michałka urodziłam wcześnie, miałam ledwie dziewiętnaście lat. Kto był ojcem, wiedzieli wszyscy sąsiedzi na podlubelskiej wsi, a gadania było co niemiara czy ten Szymek od Maja się żeni z Madzią, czy po prostu ją wykorzysta jak resztę dziewczyn. Szymek był oślizgłym typkiem, o opinii, o której się wstyd pisać. Omijałam go zawsze szerokim łukiem.
Ale był przebiegły. Potrafił ująć słówkiem, zagadać, omotać i koniec. Tam, gdzie gadka nie starczała, wymuszał bez żenady, zastraszał tak, że dziewczyny milczały i kryły swój żal.
Nie darowałam mu.
Wracałam późno z miasta, bus zawrócił na wcześniejszym przystanku, więc musiałam wracać piechotą przez pola. Szymek dorwał mnie swoim polonezem.
Samej nie wolno ci wracać po ciemku, wskakuj.
Nie musisz, sama dojdę! próbowałam się oddalić, ale już było za późno
Do domu wróciłam w rozdartym ubraniu i zapłakana. Nie wchodząc do domu, gdzie spała chora mama, przeszłam do łazienki i prawie do rana próbowałam zmyć z siebie jego dotyk. Płakałam, klęłam własną nieostrożność i martwiłam się najbardziej, żeby mama niczego nie zauważyła. Lekarz mi powiedział wprost: jej serce jest zbyt słabe na takie wstrząsy.
Każdy silny stres może ją zabić. Rozumiesz, Magdaleno?
Rozumiałam. Miałam tylko ją. Ciotka się jako rodzina nie liczyła, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Pomagałam jej po gospodarstwie, dźwigałam worki do miasta, bo sądziłam, że rodzina jest od tego, żeby pomagać.
Mama nigdy się nie dowiedziała, co mnie spotkało. Odeszła spokojnie, we śnie, kiedy byłam już w piątym miesiącu ciąży.
Ciotka, kiedy przyjechała, od razu umyła ręce od pomocy.
Samaś sobie winna, sama sobie radź! rzuciła lodowato. Czego nie poszłaś na policję? Byłby ślub, sprawa zamknięta. Ale nie! Teraz twoje dziecko, sama wychowuj. Ode mnie nic nie dostaniesz!
Nawet się nie sprzeciwiłam, byłam zbyt załamana, żeby cokolwiek ogarniać. Gdy uświadomiłam sobie, że wszystko na mojej głowie, poszłam do dzielnicowego.
Madziu, czemu od razu nic nie mówiłaś?! On dostanie za swoje!
Szymka zamknęli.
Kiedy zaczęłam mówić, wyszło na jaw, że Szymek zostawił po sobie więcej dzieci naliczyli siedmioro. Matki bały się mówić, potem zaczęły, sprawa nabrała rozpędu.
Matka Szymka, kiedy sąd ogłosił wyrok, publicznie mnie przeklęła. Ale sąsiedzi mieli swoje zdanie. Tego samego dnia ktoś oblał jej bramę smołą i niedługo musiała się wynieść.
A ja urodziłam zdrowego, silnego Michałka, który był cały do mojej rodziny nos po tatusiu, oczka jak u babci Heleny.
Sąsiedzi pomagali mi jak mogli ktoś dał ubranka, ktoś wózek, ktoś kaszkę. Za grosze, które zostały po mamie, starałam się zaplanować wszystko mądrze, rozumiejąc, że wychowanie dziecka to ciężka próba.
Kiedy tylko trochę się uspokoiłam, wpadła ciotka, tyle że z braćmi mojej mamy. Pierwszy raz ich widziałam.
Madzia, będziemy sprzedawać dom. Nienawidzimy cię, ale dom nasz. Dostaniesz to, co ci się należy, i radź sobie.
Zrozumiałam: za te pieniądze tu domu nie kupię. Trzeba było wyjechać do miasta, gdzie nikogo nie znałam. Ciotka patrzyła na mnie z pogardą, Michałka nawet nie poznawała.
Ale co miałam zrobić? Syna nie oddam, nigdy!
Rodzina odjechała, a ja wyłam z żalu po domu i wszystkim, co znałam. To był smutny czas.
Tymczasem przez wieś zaczęła się roznosić wieść ciotka nie zataiła szczegółów. Jedni ją obgadywali, inni mnie krytykowali, nikt nie miał racji.
Szybko pojawił się dzielnicowy.
Posłuchaj, w sąsiedniej wsi wdowa sprzedaje pół domu. Masz ochotę, zawiozę cię tam na weekend. Ona dobra kobieta, wiem co mówię.
Dziękuję! niemal rzuciłam mu się na szyję.
Jak Michałek?
Rośnie!
Zrobił koziołka malcowi i poszedł, a ja żegnałam portret mamy:
Damy radę, mamusiu. Wszystko się ułoży!
Z panią Zofią, właścicielką domu, od razu znalazłam wspólny język.
Madziu, się mnie nie bój. Jeśli będziesz miała porządek, będzie dobrze. Z dzieckiem też ci pomogę, gdybyś chciała wrócić do pracy. Tylko jak na spacer, to już na mnie nie licz.
A jest praca w okolicy?
Jest, a jak! Moja koleżanka szuka sprzedawczyni do sklepu. Trzy sklepy prowadzi. Dogadam się za ciebie?
Jasne!
No i mamy to! uśmiechnęła się szeroko Zofia.
To w sklepie poznałam Marka. Przyjechał do mamy pomóc przy remoncie, przyszedł po zakupy.
Nie wiem jak, ale widać wyczuł moją potrzebę wygadania się. Sam nie zagadywał, a słuchał, a ja mówiłam i mówiłam. Michałek, pani Zofia, codzienność, wszystko. Nie zwykłam się tak uzewnętrzniać, ale
Marek wrócił następnego dnia. Długo się skradał pod sklepem, chyba zebrał się w sobie. Bał się opowiadać swoją historię że jego żona zostawiła go z dwoma synami, starszy miał wtedy trzy lata, młodszy zaledwie roczek. Jego matka opiekowała się jeszcze umierającym teściem, więc sam musiał wszystko ogarnąć. Chłopcy często płakali w nocy, tęskniąc za matką, której ledwie pamiętali.
Nie wiedział, jak o tym opowiedzieć Magdzie, więc chodził wokół sklepu, aż w końcu Magda wypytała Zofię o Marka. Kiedy znów się pojawił:
Ile ma twój starszy syn? rzuciłam mu prawie z marszu.
Trzy lata.
A młodszy?
Rok.
Jak mój Michałek.
Magda
Przedstaw mnie swoim dzieciom. Potem pogadamy.
Tak się zeszliśmy.
Ślub był skromny, grono bliskich i przyjaciół. Po ślubie pojechaliśmy z dzieciakami nad Bałtyk. Bardziej się cieszyłam niż oni nigdy nie byłam nad morzem.
Ale szczęście trzeba sobie wywalczyć. Najpierw, gdy starszy synek poważnie zachorował i prawie dwa miesiące spędziłam z nim w szpitalu, powierzając młodszych pod opiekę teściowej.
Potem pojawiła się była żona Marka domagała się dzieci. Tu pokazałam pazury. Nie oddałam ich. Pojechałam nawet do mojego rodzinnego posterunku po radę. Przeszłam całą procedurę adopcji, by być matką chłopakom również na papierze.
Była żona po sprawie zniknęła, nie czekając na werdykt sądu, a teściowa tylko mnie uścisnęła po rozprawie:
Teraz już mogę być spokojna o wnuki!
Dzieci rosły, a ja zostałam jaka byłam trochę wycofana, bardzo spokojna, uśmiechnięta, ale każdy w wiosce wiedział jak ktoś moją rodzinę skrzywdzi, rzucę się jak lwica.
I nagle nie kobieta ze mnie?!
Całą noc po wręczeniu karty nie spałam. Kręciłam się, lustrowałam w lustrze, próbowałam dojść: co jest ze mną nie tak. Markowi nie zapytałam, byłam obrażona. Rano dzieci do przedszkola i szkoły, a ja do Oli.
Ola, co robić?!
Ola, jak ja, trochę z innego świata. Uznała, że trzeba zajrzeć do magazynów, które od lat są specjalnie dla kobiet. W końcu piszą je mądrzejsi. Po godzinie czytania już wiedziałyśmy: kobieta powinna jeść idealnie, ubierać się z klasą, malować się perfekcyjnie, prowadzić wzorcowy dom, jednym słowem wszystko na medal, a jak nie, to jest nikim, co najwyżej z kokardką z boku. Bywa i że nawet tej kokardki nie ma!
Kokardki nie kupiłam, ale z Olą wybrałyśmy się do Lublina. Kupiłam nową szminkę, piękną, delikatną piżamę i szpilki, których przez kilka dni nie odważyłam się wyjąć z pudełka, żeby dzieci nie zepsuły.
Ale Marek nie zdążył tego docenić.
Właśnie kończyłam malować powiekę, kiedy drzwi łazienki nagle się otworzyły, a ja pacnęłam się pędzelkiem prosto w oko! W tej chwili postanowiłam, że nie chcę być żadną prawdziwą kobietą.
Madzia, wszystko gra?! spanikował Marek na widok mnie tańczącej na jednej nodze z bólu, z oczami jak stawy mazurskie.
To wszystko twoja wina! syknęłam przez łzy, próbując domyć tusz z policzków i kafelków. Chcesz kobiety? A ja to co!?
Marek w końcu pojął, o co chodzi. Przytulił mnie, powstrzymując mój łazienkowy balet.
No już, kochanie, daj, pomogę.
Delikatnie obmył mi twarz i szeptał:
Jestem gamoniem, ale i ty nie lepsza. Wiesz, że nie umiem się wysławiać. Powiedziałem głupio, a ty się od razu obraziłaś, nie pytając nawet, co chciałem przekazać.
Ale dlaczego dałeś mi kartę i wytknąłeś, że nie jestem kobietą? próbowałam się wymigać.
Bo całe nasze małżeństwo zawsze oszczędzasz na sobie! Wszystko dla dzieci, albo dla mnie, nawet moją mamę uszczęśliwiasz, a siebie nigdy! To niesprawiedliwe! No to pomyślałem: dam ci parę złotych, kup coś tylko dla siebie, chodź po sklepach jak te kobiety, które kupują, co chcą.
Tu już śmiałam się w głos.
Śmiałam się tak, że dzieci zleciały się, myśląc, że płaczę, i zrobiły taki harmider, że długo nie mogłam ich uspokoić.
Wieczorem, po ułożeniu dzieci, wyszłam na ganek, uniosłam umytą twarz do gwiazd i uśmiechnęłam się na myśl o całym tym zamieszaniu.
Gotowe, wszyscy w łóżkach! przyszedł Marek siadając obok.
Poprawnie zakręcone?
Oczywiście! Ogórki klasa sama w sobie!
Oj przydadzą się, przydadzą odparłam, nakładając rękę Marka na swój brzuch.
Ty nic nie mówiłaś?! Marek mnie przytulił mocniej.
No jak tu mówić, gdy co rusz jakieś ogórki i wymagania? Dla mnie już nigdy czasu nie ma!
On uciszył mnie pocałunkiem, żeby przypomnieć, że kobieta nie powinna zapominać, kim jest, a potem przyciągnął tak blisko, że czułam, gdzie dokładnie jest moje miejsce.
Tuż przy jego sercu, lekko na skos, tam gdzie oddycha dusza.
Zrozumiałem wtedy, że prawdziwa kobieta nie zależy od makijażu czy czystego domu, ale od tego, czy kochasz i umiesz walczyć o siebie i bliskich. A reszta jest tylko dodatkiem do szczęścia, które budujemy wspólnie każdego dnia.






