W mojej nauczycielskiej karierze zdarzył się kiedyś przypadek, który na zawsze utkwił mi w pamięci. W mojej grupie przedszkolnej był chłopiec, Staś Kalinowski. Staś urodził się z wieloma problemami zdrowotnymi miał opóźnienie rozwojowe, chorobę serca, a do tego rozszczep wargi i podniebienia. Przez pierwsze cztery lata trudno było w ogóle zrozumieć, o czym mówi. Dopiero około szóstych urodzin, dzięki ciężkiej pracy wielu specjalistów, jego mowa stała się bardziej zrozumiała. Wciąż mówił przez nos, z charakterystycznym gardłowym tonem, ale wreszcie można było zrozumieć, o co mu chodzi.
Zbliżał się Dzień Kobiet, ostatni rok grupy, przed pożegnaniem przedszkola. Zdecydowaliśmy, by to właśnie Staś wyrecytował jeden z wierszy choć miał wielkie opory, wstydził się swojej wymowy i widocznej blizny na ustach. Wiedzieliśmy, czym ryzykujemy i jak wielki stres serwujemy temu chłopcu. Ale pod szklanym kloszem nikt nie nabierze siły musiał przełamać siebie, uwierzyć, że potrafi być jak każdy inny.
Sam zresztą bardzo tego chciał kiedy inne dzieci ćwiczyły wierszyki, powtarzał za nimi, po cichu poruszając wargami.
Jemu przypadł fragment wiersza o mamach. Mama Stasia nie posiadała się z radości, nie spodziewała się, że synowi pozwolą się wykazać. Staś sam myślał, że nie będzie miał takiej szansy, bo wiedział, że jest inny.
I zaczęli oboje każdego dnia, po kilka razy, przed lustrem, przed sobą, po cichu, głośno, przed rodziną i nawet na wyścigi.
Nadszedł w końcu dzień święta. Staś, elegancki, w granatowym garniturku i muszce, wyszedł na środek. Serce mu biło jak szalone. Był śmiertelnie przerażony, ale nie wycofał się. Powiedział, że recytuje tylko dla mamy tylko dla niej się nauczył.
Stał, głowa spuszczona, ręce w kieszeniach, policzki czerwone. Zaczął dobrze, wyraźnie. Potem, chyba spanikował albo się zmęczył, zaczął się jąkać. Dotarł do linijki:
A z półpiętra rzecze Wojtek: Mama pilot? No, i co z tego? Spójrzcie na Stasia choćby Jego mama (tu się zaciął, przypominając sobie trudne słowo) Mama kon-dy-cjo-ner!
Rozległy się w sali chichoty. Staś poczerwieniał jeszcze bardziej, schował głowę niżej, naburmuszył się, ale czytał dalej:
A u Toli i u Wandy Mamy to
Kon-dy-cjonery! ryknął ktoś z tyłu sali. Wtedy śmiech wypełnił cały pokój.
Staś rzucił tekst i wybiegł z sali. Znalazłam go przy schodach stał, oparty o ścianę, i ocierał rękawem rozgoryczone łzy. Przykucnęłam przy jego czerwonym uchu i szepnęłam, że ten ktoś zachował się głupio, to tylko żart, i zapytałam, czy chciałby spróbować jeszcze raz, dla mamy i dla mnie. Tym razem z właściwym słowem policjant. Obiecałam, że będę tuż przy nim i podpowiem, jeśli coś pójdzie nie tak.
Staś wzdychał, kręcił głową, a potem się zawahał i w końcu powiedział, że spróbuje dla mamy, choć bardzo się boi. Obiecałam, że przez cały czas będę trzymała go za rękę.
Oddałam go na chwilę przedszkolnej opiekunce, by mogła wytrzeć mokre buzie, i wróciłam na salę. Gdy skończył się kolejny występ, poprosiłam rodziców o głos. Do dziś pamiętam każde słowo, chociaż minęło tyle lat.
Staś ma sześć lat powiedziałam i większość swojego małego życia spędził w szpitalach i sanatoriach. Miał więcej operacji niż urodzin. Długo nie potrafił mówić, ale w tym roku nauczył się i odważył się wystąpić przed państwem. On bardzo chce powiedzieć ten wiersz ale tylko dla swojej mamy. Proszę, wysłuchajcie go i dodajcie mu otuchy. To ogromny wysiłek dla takiego dziecka.
W sali zapanowała absolutna cisza. Wyprowadziłam Stasia zza kulis, gdzie jeszcze się wzbraniał i patrzył w podłogę. Mały, krępy, z wystającą dolną wargą taki zabawny i zdeterminowany jednocześnie. Milczał, ale trwał na swoim miejscu.
Staś, dasz radę! krzyknęła jego mama.
Dawaj, Staś! rozbrzmiewał ten sam głos z końca sali. Przykucnęłam obok i chwyciłam chłopca za dłoń.
Do dzieła, Staś szepnęłam. Dla mamy.
Staś wziął głęboki oddech. Zaczął od początku, trochę się rumieniąc przy wersie: A z półpiętra rzecze Wojtek Mama pilot? No i co z tego! Ale przebrnął, docierając do końca:
A u Stasia mama to po-li-cjant! A u Toli i u Wandy Obie mamy to in-żynie-ry!
I wyprostowany, z cieniem wyzwania w oczach, spojrzał w stronę widzów.
Takich braw nasza sala jeszcze nie słyszała. Oklaskiwał każdy rodzice, dzieci, wychowawcy, personel. Niektórzy nawet na stojąco. Dalszy ciąg wiersza nie był już potrzebny Staś wszystko udowodnił.
Po uroczystości pani od rytmiki odciągnęła mnie na bok.
Mało ci, żeby cię nie porządnie ochrzanić! ironizowała, a ja, cała w emocjach, rozpłakałam się jak dziecko.
Kobieta się zaśmiała, zamknęła drzwi i posadziła mnie na krześle.
Mało ci, że omal nie popsułaś święta, ale zwycięzców się nie rozlicza. Ty i Staś jesteście zwycięzcami. Otrzyj nos, idź do dzieci.
Dlaczego wspominam to dziś, po trzynastu latach? Bo ostatnio, idąc ulicą w Warszawie, spotkałam mamę Stasia. Od razu mnie poznała. Opowiedziała, że Staś w tym roku dostał się na studia dzienne filologię, na miejsce finansowane przez państwo! Wszystkie egzaminy zdał celująco przy pierwszym podejściu. Wiecie, co mi przekazał przez mamę? Gdyby nie tamten dzień, nigdy bym nie uwierzył, że mogę być pełnowartościowym człowiekiem.
Co jest w tej historii najważniejsze? Upór, siła ducha To, że z dziecka niepełnosprawnego wyrosła wartościowa osoba! I to dzięki ludziom, którzy go otaczali. Bądźmy bardziej wyrozumiali i dobrzy dla siebie nawzajem.







