Piotruś. Opowieść

Szpitalne okno stało uchylone. Rano otworzyła je siostra Stefania. Powietrze było rześkie, firanki się unosiły, soczysta zieleń drzew za oknem cieszyła oko, a do lejącego się z nieba letniego upału było jeszcze daleko.

Piotrek miał wycięty wyrostek robaczkowy. Mówili, że operacja była trudna, ledwo zdążyli, ale Piotrek był odważny jak mało kto.

Nie boisz się zastrzyków, co? rano uśmiechała się siostra Stefania, upuszczając powietrze ze strzykawki.

Piotrek bez słowa odwrócił się na bok, wstać mu jeszcze nie pozwalano.

Czym tu straszyć…

Przywieźli go z podwórka przy trzepaku. Tam go chwyciło. Nie był bezdomny, wychował się w domu dziecka. Szli z chłopakami z targu, gdzie próbowali zarobić parę groszy na lewo, i wtedy go złapało.

Żałował tylko jednego: podłożył pod dywan sprawę Lenyka i małego Staszka teraz w domu dziecka będzie zamieszanie. Już dzień po operacji przybiegła Pani Krystyna, zastępczyni dyrektorki, robiła miny pełne troski. Piotrek był jeszcze półprzytomny po narkozie, pamiętał tylko jej zatroskaną twarz, ale szczegółów nie.

I dlaczego to nie zdarzyło mu się już w domu dziecka? Tam blisko, już tylko kawałek został Ale stało się.

Winił morele. Dali im na targu skrzynkę popsutych moreli, a one słodkie, jak miód. No to się dopchali przejedli, mówiąc prosto.

E, bohaterze! Jak się czujesz? starszy lekarz o kręconych włosach na rękach obejrzał szew, Najgorsze już za tobą. Teraz możesz już być spokojny.

A ja się nie bałem wcale.

O proszę! Taki z ciebie twardziel? No dobrze, twardzielu teraz patrzył poważnie Nic ci jeszcze nie wolno jeść. Zakazuję wszelkich pakunków! Wytrzymaj trochę bez słodkości. Wieczorem dostaniesz kisiel.

Piotrek kiwał głową z grzeczności. Wiedział przynieść mu coś słodkiego i tak nie miał kto. Teraz wszyscy w domu dziecka na niego gniewali się: za wyjście, za to, że wpędził innych w kłopoty. Na targ chodzili ukradkiem, przez dziurę w ogrodzeniu, i musiało mu się to przytrafić właśnie wtedy!

Co do odwagi lekarz miał rację. Życie nauczyło Piotrka nie lękać się wielu rzeczy. Matka urodziła go chyba przypadkiem. Pewnie nie miała pieniędzy na aborcję. Piotrek miał wtedy może z dziesięć lat, ale rozmyślał o tym zupełnie jak wszyscy z domu dziecka bez emocji.

Nie był zły na matkę. Przeciwnie, raczej jej dziękował, że go urodziła. Nawet jeśli od razu napisała zrzeczenie się.

Do trzeciego roku życia przebywał w domu niemowlaka, potem w domu dziecka w Toruniu, a potem przeniesiono go pod Radom. Tam od kiedy pamiętał, walczył o przetrwanie.

Wspominał bójki o jedzenie w stołówce. Czasy niby spokojne, jeszcze za późnego PRL-u, ale kucharki i kierownictwo wynosiły co się dało. Wynosili skrzynkami.

A to nie tylko o jedzenie były bójki! O wszystko się walczyło. Piotrek rósł silny, siłą się bronił. Kilka razy połamał rękę, a kiedyś fryzjerka, która przyjechała ostrzyc dzieci na łyso, mało się nie popłakała blizna na bliźnie.

Piotrek sam nie rozumiał, po co płakać. Sam nigdy tego nie robił.

A teraz próbują go straszyć blizną na brzuchu czy zastrzykami…

Śmiech na sali!

Dorosłych uważał za zimnych i wyrachowanych. Nie był słodkim bobasem albo śliczną dziewczynką, którą by się dało polubić był raczej szorstki, trochę opryskliwy, bezpośredni, taki z charakterem.

Tylko uważaj, Wrona! Jak coś wymyślisz do izolatki marsz! często groziła mu pani Krystyna.

Nie pyskował, ale i nie miał zamiaru się podporządkować. Miał swoje zasady.

Była na świecie tylko jedna dorosła osoba, o której potem często myślał. Nie wiedział dokładnie, jak dzieci myślą o mamie też przecież jej nie pamiętał. Ale z tą kobietą, która przelotnie pojawiła się w jego życiu, rozmawiał w myślach często.

Miał może sześć lat, gdy przyszła do ich domu dziecka. Jeszcze nie był wtedy pod Radomiem, to się stało w Toruniu. Kim była nie wiedział. Pamiętał tylko delikatny uśmiech, błękitne oczy, ciepłe ręce i zapach. Brała go na kolana i szeptała do ucha:

Musisz być dzielny, Piotrusiu. Musisz jeść, dbać o siebie, słuchać się. Będzie ciężko, ale dasz radę. Postaraj się. Dobrze?

Potem śpiewała mu kołysankę.

*Kotku, kotku, łapki białe, ogonek szary,*
*Śpij już, śpij,*
*Ogonek szary, łapki białe,*
*Śpij już, śpij,*
*Łapki białe, uszka czarne…*

Choć Piotrek uważał się już za dużego, często ta prosta piosenka dodawała mu otuchy, gdy było bardzo źle. Zamknięte oczy, cichy śpiew pod nosem, ciepło jej dłoni i już łatwiej przetrwać.

Potem ta pani gdzieś zniknęła, rozmyła się, została tylko piosenka i wspomnienie. Imienia też już nie pamiętał, w myślach nazywał ją mama, chociaż domyślał się, że była tylko jakąś opiekunką na zastępstwo. Ale przecież, kto mu zabroni pomarzyć?

Siostra Stefania zamknęła okno, zaczęła ścielić łóżko naprzeciw. Piotrek się ucieszył samemu leżeć było nudno.

Wkrótce na salę wjechało łóżko na nim, między tłumem osób w białych fartuchach, leżał chudziutki, ostry chłopak z kroplówką nad głową. W końcu został tylko z nim mężczyzna w zarzuconym fartuchu i pielęgniarka.

Rozmawiali zdawkowo.

On będzie spał oznajmiła pielęgniarka.

Dziękuję.

Zawołacie…

Tak.

Został cisza i tylko czasem poruszał się mężczyzna. Piotrek nie miał śmiałości zagadywać.

Poczuł ból w plecach, odwrócił się, łóżko zaskrzypiało. Mężczyzna spojrzał. Między brwiami miał głęboką zmarszczkę, oczy podkrążone, ale spojrzenie ciepłe.

Dzień dobry szepnął, jakby zobaczył Piotrka dopiero teraz.

Dzień dobry odpowiedział Piotrek.

Mężczyzna przebudził się, spojrzał na syna i przeniósł krzesło pod Piotrka, siadając obok.

Operacja?

Tak, wyrostek.

Dobrze, że to wyrostek. Jeszcze nie wstajesz?

Nie bardzo.

Może chcesz czegoś?

Nie wolno. Do wieczora nic.

A on z czym? Piotrek skinął na łóżko chłopca.

On inna choroba. Nie przeszkadza ci, że tu jestem? Pomogę, jakby co.

Nie przeszkadza pokręcił głową Piotrek; oponować nie miał prawa.

Mężczyzna wstał, odwrócił się, powiedział cicho:

Nazywa się Szymon, ma jedenaście lat. A ty?

Piotrek, lat dziesięć.

Dziękuję, Piotrek powiedział mężczyzna, Piotrek nie wiedział, za co.

Następnego dnia sala pełniła ludzi. Szymon miał kolejne kroplówki, kilka razy przychodził lekarz. Ojciec nocował na składanym łóżku, czasami szeptał do syna. Szymon poruszał się nieznacznie, ale oczu nie otwierał. Wyglądał, jakby spał.

Później przyjechali starsi państwo z młodą kobietą mama Szymona. Była wysoka, prosta, z orlim nosem i ciemnymi, kręconymi włosami spiętymi gumką. Blada, z zapuchniętymi, czerwonymi oczami. Wprowadzono ją pod ręce, posadzono przy synu. Głaskała go nieprzerwanie, mówiła półgłosem.

Może przenieślibyście chłopaka? zapytał ojciec lekarza, pokazując na Piotrka, trochę martwiąc się o żonę.

Tak, dziś go przeniesiemy.

Lekarz podszedł do Piotrka:

I co, bracie, boli?

Trochę.

Tej nocy Piotrek spał źle, rana bolała, nie mógł się przewrócić, przeszkadzał cewnik. I nikt go nie nakarmił, może zapomnieli, może było za wcześnie.

Możesz dziś wstać. Przenosimy cię do innej sali. Dawaj, podciągaj się.

Bardzo chciał wstać, ale pielęgniarka długo nie przychodziła. Sala pełniła się ludźmi co chwila.

Dopiero wtedy, patrząc na Szymona, dotarło do niego ten chłopak umiera. Wszyscy mówili półgłosem, byli napięci, sztywni.

Cały dzień przy łóżku czuwała młoda kobieta, ciocia Szymona. Piotrek czuł się skrępowany, gdy pielęgniarka wyciągała cewnik i próbował jej to dać do zrozumienia, ale tylko go zbyła.

A komu ty tu potrzebny? Szybko to pójdzie.

Faktycznie, poszło szybko, ale Piotrek leżał, ciesząc się z wolności. Był całkiem nagi i nie wiedział, gdzie jego ciuchy. Dziewczyna co rusz poprawiała Szymonowi kołdrę, zwilżała usta wodą. Piotrek żałował, że nie zapytał o ubrania.

“Komu ty potrzebny!” Tak, dokładnie nikomu.

Ale po godzinie postanowił jednak się podnieść. Przykryty kołdrą usiadł.

Dziewczyna odwróciła się.

Pomóc ci?

Nie trzeba burczało mu w głowie, znowu się położył.

Ale za chwilę usiadł znowu.

A pani nie wie, gdzie są moje ubrania?

Nie wiedziała, ale powiedziała, że zaraz się dowie.

Tylko zajrzyj na Szymona, dobrze?

Piotrek próbował ruszyć przez salę owinięty kołdrą, ale słaniał się na nogach. Nie przypuszczał, że przejście przez pokój będzie aż tak trudne.

W końcu przyniosła mu ubrania nie jego, tylko szpitalne.

Odwrócę się, nie martw się zapewniła ciocia.

Usiadł na łóżku, wciągnął spodnie. Wszystko okazało się za duże, zawiązał gumkę w pasie. Nogawki musiałby podwinąć, ale schylić się nie mógł. Gdy ruszył, dziewczyna zauważyła kłopot.

Oj, te portki jak z woreka. Chodź, podwinę ci. przykucnęła, podciągała mu nogawki długo, aż Piotrkowi zakręciło się w głowie.

Zaraz zemdleję…

Ooo, poczekaj, siadaj dziewczyna posadziła go na krześle. Patrzcie, jeszcze całkiem chory chłopak. Jadłeś coś dziś? Jak masz na imię?

Piotrek.

A ja Jagoda. Piotrek, dobrze by było, żeby przy tobie była mama. Może do niej zadzwonić?

Nie mam mamy.

A No to tata? Lub z kim mieszkasz?

Już mi lepiej, pójdę do toalety.

Doskoczył do łazienki i popatrzył w lustro. Pod oczami granatowe wory, usta białe, ale czarne oczy błyszczały na całego. Jedna z wychowawczyń mówiła, że nazwisko Wrona dostał pewnie od oczu czarne jak skrzydła wrony. Imię Wrona, którym był dumny.

Umył się zimną wodą od razu lepiej. Jagoda załatwiła mu kisiel.

A z czym do stołówki? Jak sam chodzić, to przyjdź na śniadanie.

A gdzie to jest?

Na prawo, schodami i znów w prawo. Po zapachu znajdziesz zażartowała sprzątaczka.

Ale on ledwo chodzi! oburzyła się Jagoda, Sama przyniosę mu kisiel. Na razie nic mu więcej nie dawajcie!

Piotrek nie mógł usiedzieć. Zaczął chodzić po sali i przyglądał się Szymonowi piękny chłopiec, prawie jak dziewczynka, podobny do mamy kręcony, ale bardzo chudy.

On umiera? dzieci z domów dziecka nie mają w sobie krzty krępacji.

Jagoda zadrżała.

Nie wiemy. Ale… tak, Szymek bardzo chory. Długo już walczą, cztery operacje ostatnie na jelitach. Rodzice wykończeni, a my pomagamy jak możemy. Jestem jego ciocią, siostrą ojca. Ale wierzymy w cuda, wiesz?

Nie wiem Piotrek usiadł z powrotem.

Myślał o Szymonie. Tamten miał inne życie jak w filmie. Mama, tata, babcia z dziadkiem, rodzina… Wszystko miał, tylko leży i umiera.

Nie miał szczęścia…

Piotrka nie przenieśli do innej sali. Wieczorem przy Szymonie znów czuwał ojciec. Znów zamieszanie, szeptanie o Piotrku, że przez cały dzień nikt do niego nie zajrzał.

Piotrek, doktor mówił, że jesteś z domu dziecka? zapytał ojciec Szymona.

Tak.

Może przejdziesz do innych? Szymek… ciężki przypadek…

Nie trzeba, może zostanę?

Cztery dni wszyscy powtarzali to samo. Piotrek dostał temperatury, przenieśli go w końcu do sali pełnej starszych ludzi. Otwarcie się nudził, przesiadywał przy Szymonie. Nikt go nie wyganiał.

Wypis opóźnił się przez gorączkę.

Ojciec Szymona, nazywał się Michał Nowak, poznał o nim wszystko, co się dało. Dopytał, podsłuchał. Przyniósł mu ubranie po Szymonie, Piotrek przywykł do rzeczy z drugiej ręki, ucieszył się. Zamilkł, spojrzał na Szymona.

To po nim, tak?

Tak…

A jeśli jednak nie umrze?

Michał spojrzał na niego ze zdumieniem. W tej rodzinie nigdy nie mówiło się tego słowa “umrzeć”. Czekali na śmierć Szymka, ale nie mówili na głos. Jak to się mówi o swoim jedynym dziecku? Przerażające.

Tylko raz Zofia, mama Szymka, wykrzyczała podczas rozmowy z mężem, gdy powiedział, że zrobili wszystko co mogli.

Czemu?! Czemu, skoro zrobiliśmy wszystko dobrze, on i tak umiera?! To ma mi ulżyć?!

Gdy z człowieka uchodzi ukochana dusza, organizm przestaje walczyć. Tak było z jego żoną. Michał wysłuchiwał zarzutów w milczeniu.

Ale jeśli jednak nie umrze? pytał Piotrek.

Chciał być szczery, przede wszystkim sam wobec siebie.

Niestety, nie uda się już uratować Szymka, Piotrze. On umiera te słowa wycisnął przez gardło z trudem.

To boli umierać? dopytywał Piotrek, dociskając do siebie koszulę Szymka i patrząc z troską.

Michał widział to. Współczuł chłopakowi. Przecież to dziecko, osierocone.

Krócej niż zasnąć. Robimy wszystko, by nie czuł bólu, po to tu jesteśmy.

Ale on się rusza…

Tak, dlatego z nim rozmawiamy. Wierzymy, że słyszy. Ale pewności nie ma.

Przy Szymonie cały czas była rodzina. Ale któregoś wieczoru Michał musiał wyjść, zostawił Piotrka i trochę się zagapił. Wrócił, stanął w drzwiach.

Piotrek trzymał Szymona za rękę, przyciszonym głosem mówił:

nie wiem, gdzie moja mama. Może już też nie żyje. No trudno, nie gniewam się. Jakby przyszła, wybaczyłbym nie wierzysz? A ty nie umieraj, zobacz jak mama twoja się zamartwia, i tata taki dobry Mi by się taki tata trafił nie umarłbym nigdy. Koszulę i spodnie ci oddam, nie pobrudzą się. Mam tego pełno. Byle tylko nie umieraj, staraj się Dasz radę

Michał się skulił, aż musiał odchrząknąć. Piotrek podniósł się gwałtownie.

On słyszy, wiem, słyszy! Ściskał mi rękę, serio!

Wierzę ci, Piotrku, wierzę! Mówię może słyszy.

Michał i cała rodzina czekali na koniec. Ich ukochane, zdolne, jedyne dziecko, ich nadzieja umierał. Szymon był chory od ośmiu lat najpierw zanik mięśni, potem serce, płuca, jelita… Leczyli go w Warszawie, Poznaniu, rozmawiali z najlepszymi specjalistami. Dzięki temu dożył do jedenastu lat. Szymon nauczył się żyć z chorobą, przyjął ją, nie narzekał.

Najciężej było Zofii, żonie. Ona siedziała przy nim nocami, ona biegała po szpitalach, modliła się po kościołach. Michał był przy niej, ale to matka nosi najcięższy krzyż.

Po pewnym czasie zabrakło jej sił, gdy okazało się, że Szymon odchodzi. Wtedy zaczęli podawać jej zastrzyki na uspokojenie.

Mów z nim, Piotrek. On słyszy, myślę, i się cieszy.

Te rozmowy Piotrka były dla Michała ukojenie, wytchnieniem przy łóżku syna. Stał pod drzwiami i słuchał:

Wyobraź sobie, jak mi ten bydlak Sarancha złamał rękę, przed oczami ciemno się zrobiło, nie wierzysz? Tak, zemdliło mnie, ale tylko na chwilę. Gdy się ocknąłem, patrzę na rękę, a ona aż tu załamana. A on czeka, żebym się rozpłakał. Ja wstaję, otrzepuję się, wyciągam do niego tę rękę i mówię: Masz, dobij, baranie.

A ten w panikę! I poleciał do pielęgniarki, a potem sam mało nie ryczał.

No widzisz, w końcu ręka zdrowa, i u ciebie przejdzie, Szymek. Złamanie to gorsze niż twoja choroba. Daj z siebie wszystko, brat, wyzdrowiej.

Szymon odszedł w nocy. Piotrek nawet tego nie zauważył, nikt mu nie powiedział od razu. Rano poszedł na śniadanie, potem zajrzał do sali obok.

Przy łóżku, na którym jeszcze niedawno leżał, młody mężczyzna rozkładał rzeczy.

A gdzie…? wskazał na pościel.

Nie wiem, nikogo nie było odpowiedział nowy.

Piotrek pobiegł do pielęgniarek, ale nikogo nie zastał. Poleciał do gabinetu lekarskiego, szukając znajomego doktora; nie znalazł, więc spytał przypadkowego.

Szymon? Szymka gdzie zabrali? Dokąd?

Szymon? młody lekarz zmarszczył brwi Rozumiesz On był bardzo ciężko chory

Umarł? wszedł w słowo Piotrek.

Lekarz kiwnął głową.

Niestety. Tak bywa.

Piotrek cofnął się do drzwi. Teraz czuł tylko złość do całego szpitala, do lekarzy i całej obsługi.

Durnie! Nie uratowali go!

Ale jak miał pokazać swój gniew?

W korytarzu sprzątaczka myła podłogi, Piotrek kopnął wiadro, woda wylała się na kafle. Zawrzało, zleciały się siostry, lekarze.

Wszyscy go beształy, a Piotrek kopnął drzwi do sali, usiadł na łóżku i zatkał uszy dłońmi.

Taki szpital! Tyle lekarzy, a nie mogli uratować przyjaciela. Nic nie zdziałali!

Dlaczego Szymon, który przez całą ich przyjaźń był nieprzytomny, został jego przyjacielem, tego Piotrek sam nie wiedział. Ale nim był. Zwierzył mu się ze wszystkiego: o matce, o tamtej pani, co śpiewała, o bójkach.

A pewnej nocy, kiedy Piotrek jeszcze spał w tej sali, przyśnił mu się chłopak Szymon usiadł na łóżku, trochę smutno się uśmiechał. Piotrek podbiegł, chciał go podnieść, ale Szymon poprosił, żeby pozwolił mu tylko posiedzieć. Cieniutkim, niemal dziewczęcym głosem zaczął opowiadać o sobie.

Nie pamiętał dokładnie o czym, ale wiedział, że to była prawdziwa rozmowa. Głos Szymona zapisał się w pamięci. Gdy rozmawiali, Szymon zerkał na okno, wstał i zaczął się wspinać na parapet. Piotrek we śnie wystraszył się, że wypadnie, aż się obudził.

Czarne gałęzie szumiały za oknem, świecił księżyc. Szymon leżał niespokojnie, rzucał się w łóżku, a zmęczony ojciec spał.

Wtedy Piotrek cichutko przysiadł przy Szymonie, wziął go za kościste dłonie i zaśpiewał jedyną kołysankę, którą kiedyś śpiewano jemu:

*Kotku, kotku, łapki białe, ogonek szary,*
*Śpij już, śpij…*

Od tamtej pory Piotr rozmawiał z Szymonem już tylko w myślach. Tamten opowiadał o życiu, o rodzinnych wakacjach nad morzem, że miał babcię i dziadka, a dziadek generał. O szkole, kolegach i pokoju, gdzie wszystko czekało rano naszykowane przez mamę.

Tak wyobrażał Piotrek życie w rodzinie i tak układał w głowie wspomnienia Szymona. Czasem fantazjował z przesadą, bo przecież nigdy naprawdę w rodzinie nie mieszkał, nie widział takich domów.

Na przykład wydawało mu się, że rodzinne łóżka stoją razem w jednym pokoju, a każdy rano ma własny stołeczek i kabanosa, bo czwartki to dzień rybny, a herbatę nalewa mama chochlą.

***

Dziwne, ale kiedy Szymon umarł, Michał poczuł ulgę. Nie dlatego, że nie kochał syna, nie był złym ojcem przeciwnie. Syn już nie żył, tylko leżał bezwładny długie dni; gdyby go podtrzymywali, cierpiałby strasznie. Tak w końcu odszedł spokojnie.

Teraz trzeba było samemu pogodzić się ze śmiercią syna, przekonać żonę, by też walczyła o siebie.

I coraz bardziej myślał o Piotrze.

Większość powie to nie czas na rozmowy o adopcji. Zofia nie zrozumie. Czy można zastąpić Szymona? Oczywiście, że nie. Portret Szymona w kwiatach cały czas stał w salonie, Zofia siedziała przy nim godzinami, paliła świeczki, jeździli codziennie na cmentarz. Osiem lat temu miała ciążę pozamaciczną, dzieci już nie będzie

A Piotr nigdy nie będzie miał mamy ani taty…

Oczywiste, Piotrek był zupełnie inny niż Szymon szorstki, prostolinijny, czarne oczy, nieokrzesany. Ale Michał słyszał jego rozmowy z Szymonem miał ciepło w duszy, niewinną szczerość.

Zosiu, byłem dziś w szpitalu, wypisali Piotrka. Długo go trzymali, ale w końcu wypisali.

Po co tam pojechałeś? zdziwiła się Zofia.

Po papiery Szymona. Piotrek, powiadają, tam urwał larum gdy tylko się dowiedział, że Szymona nie ma. Oskarżał wszystkich, burzył się.

Głupi chłopak westchnęła Zofia.

Taki właśnie…

Nie martw się mną. Powoli się z tym godzę. Pracuj spokojnie.

Dobrze.

A o żadnych chłopcach mi na razie nie opowiadaj, okej?

Michał więcej nie wspominał.

Ale w weekend pojechał do domu dziecka Piotrka. Coś go tam ciągnęło, nie dawało spokoju. Słyszał, jak Piotrek mówił o tym miejscu żadnego porządku, sami sobie radzą. Liczył się z tym, że go nawet nie zobaczy. Dyrektorka była od początku podejrzliwa, zalała go pytaniami. Tłumaczył, że to tylko wizyta, a ona swoje.

To go jednak nie zniechęciło. Przypomniał sobie o koleżance ze szkoły Mariannie Sapiehowej, która pracowała jako psycholog dla rodzin adopcyjnych.

Szybko zdobył jej adres, już następnego dnia u niej był. Rozmawiali długo. Marianna zrozumiała, współczuła, obiecała podpytać o Piotrka, ale podkreślała, że najważniejsza jest zgoda żony i chłopca. Bez tego ani rusz.

Ale Michał wciąż działał zebrał papiery w opiece, złożył wniosek o spotkanie z chłopcem. Pracownicy opieki byli zadziwiająco życzliwi, obiecali kontakt.

O wszystkim nie mówił żonie. Za to teściowi i siostrze Jagodzie już opowiedział. Jagoda cieszyła się bardzo spodobał jej się chłopak. Obiecali też wpłynąć na Zofię.

Ale Zofia płakała, gdy tylko wspominano o Piotrku.

On nigdy nie zastąpi Szymka. Nie rozumiecie?

Wcale nie chcemy zastępować, Zosiu. Po prostu on jest już sierotą, i my też Jest trudny, wychowany w domu dziecka. Ale słyszałaś, jak rozmawiał z Szymkiem? Ile mu zależało! Jak się modlił, by Szymek wyzdrowiał! On dodawał otuchy nawet mnie Dajmy sobie przynajmniej szansę. Proszę

Tylko mnie nie naciskaj

I to była pierwsza zgoda.

Na pierwszym spotkaniu w gabinecie dyrektorki Piotr siedział spięty, nie patrzył w oczy, ściskał dłonie aż do bieli palców. Nawet dłoni Michałowi nie podał, kiedy ten wyciągnął.

Była z nimi Marianna. Nie przeszkadzała, spokojnie coś notowała. Michał widział, że Piotrek ledwo oddycha ze strachu całkiem inny niż w szpitalu.

Chciał go przytulić i powiedzieć: Nie martw się. Nie wiedział, o czym mówić, jak pomóc. Zerkał na żonę za wsparciem Zofia tylko poważnie patrzyła, Marianna milczała. Michał zaczął więc mówić o byle czym, by rozładować napięcie.

Piotrek był tak napięty, że pierwszy raz odesłali go wcześniej, choć planowali dłużej.

Taki z niego nieustraszony!

On wszystko rozumie i chyba nie chce do nas Michał był rozczarowany, jadąc do domu.

Myli się pan odparła Marianna. On pragnie, żebyście go zabrali, jak mało kto. Będzie chciał być idealny, ale panicznie boi się zawieść.

Tacy z nas straszni ludzie? spytała Zofia.

Jesteście prawdziwi rodzice jakich nigdy nie miał. Nie wie nawet, jak się przy was zachować, boi się nie spodobać Teraz tylko o was myśli, mówiła Marianna.

Ustalili, że Piotrek przyjedzie w odwiedziny. Jeszcze nie dał zgody, Zofia bardzo się obawiała.

Kiedy Michał przywiózł go do domu usiedli przy herbacie. Spocone dłonie Piotrka drżały, wlepiał wzrok w kubek, bał się jeść czy uderzyć łyżeczką o spodek. Nawet spojrzeć na piękno kuchni nie śmiał. Wszystko było inaczej niż w marzeniach. Miejsca mu nie brakowało, tylko ci dorośli byli tak blisko…

Najbardziej bał się Zofii.

Kiedy Michał upuścił łyżkę, Piotrek szarpnął się i mruknął:

Masakra

Michał zaraz to podłapał:

Masakra! Głupia ta łyżka No, Piotrek, jedz ziemniaczki! Co tak patrzysz?

Piotrek wsunął kawałek, ale żuł bez przekonania.

No, bratku, rozluźnij się!

Może pokażę ci pokój Szymka? znalazła się Zofia.

Oczy Piotrka przemówiły, rozświetliły się pokiwał głową.

Wszedł do pokoju i od razu zobaczył wielki portret Szymona. Trochę inny niż w szpitalu, patrzył życzliwie, radośnie do świata. To było jak wsparcie od przyjaciela Nie bój się, jestem tu.

O, Szymek! Hej! podszedł szybko, dotknął ramy, spojrzał na Zofię Tu był trochę grubszy.

Tak, przy końcu bardzo schudł To już

Przed śmiercią, tak? zapytał wprost, głaskał ramę portretu. A pokaże pani, jak tu żył?

Zofia początkowo nie zrozumiała, o co Piotrowi chodzi, ale sięgnęła po album rodzinny.

Wiesz co, ja chyba nie mogę jeszcze patrz sobie sam.

Piotrek rozsiadł się na kanapie. Zofia podeszła do okna.

To on? Mały taki On, nie?

Chwilę później Zofia usiadła obok, razem przewijali zdjęcia, których myślała nie da rady oglądać. Ale się uśmiechnęła.

Śmieszny jaki fajny super rzucał Piotrek.

Wszystko go ciekawiło, ciągle zadawał pytania.

Potem, pokazując zdjęcia z plaży, zawołał:

O, morze! Mówił mi, że byliście nad morzem!

Zofia smutno pokiwała głową.

Mówił? Przecież już nie mógł wtedy mówić.

Piotrek spojrzał jej w oczy przesadził z fantazją, zarumienił się, ale przyjął wyzwanie:

A mi mówił!

Zofia nie sprzeczała się. Czuła spokój, nawet radość. Uświadomiła sobie, że z takim naiwnym chłopcem łatwiej pogodzić się z utratą syna.

Wzięła głęboki oddech i zadała pytanie:

Piotrek, a gdybyśmy chcieli cię adoptować, zgodziłbyś się?

Znów się spiął, przez kilka sekund milczał, przewijając album.

Nie wiem Szymon był dobry. Ja nie umiem No

Zofia nagle objęła go mocno.

I dobrze. My cię nie weźmiemy zamiast Szymka, tylko jako jego najlepszego przyjaciela.

Piotrek stężał, nie był przyzwyczajony do czyichś rąk poza walkami, nikt go właściwie nie dotykał. Poczuł zapach kobiety, ciepło dłoni.

By odwrócić uwagę, kręcił dalej album, ściskając go mocno, a ona kołysała go przez chwilę w ramionach.

Piotrek nigdy nie płakał, nigdy.

A teraz gula w gardle, łzy popłynęły cicho. Zachlipał.

Płaczesz? Piotrusiu, płaczesz? No, nie płacz, bo i ja się rozryczę. Stój dzielnie, jesteś mężczyzną! Musisz być silny! ocierała mu łzy ręką.

Znał te słowa.

Okno w pokoju było otwarte. Rześkie powietrze unosiło firanę, za oknem zieleń liści cieszyła oko, a z portretu patrzył życzliwie przyjaciel Szymon.

I nagle Piotrek, jak mały chłopiec, spytał:

A zna pani taką piosenkę? “Kotku, kotku, łapki białe, ogonek szary, śpij już, śpij”

Znam, jakoś To chyba kołysanka. Chcesz, żebym się nauczyła?

Piotrek pociągnął nosem i skinął głową. Niczego więcej nie potrzebowałZofia przygarnęła Piotrka do siebie, przez chwilę oboje milczeli, wsłuchani w miękki szum drzew za oknem. Pani domu nie znała słów całej kołysanki, przypomniała sobie tylko kilka wersów, więc zaczęła nucić spokojnie, cicho. Jej głos drżał łagodnie, ale z każdym kolejnym słowem nabierał pewności.

Piotrek przymknął oczy i pozwolił sobie na ten moment pierwszy raz w życiu leżał tak bezpiecznie przy kimś, kto nie musiał, a chciał go przygarnąć, kto wybrał go z własnej woli. Nie wiedział, czy to tak wygląda miłość, czy można do niej dorosnąć w kilka chwil. Ale gdzieś w środku, pod zbitkiem blizn i historii, coś łagodniało, miękło.

Za oknem wiatr poruszył zasłonę, wpuszczając do pokoju zapach ogrodu, i zdawało się Piotrkowi, że razem z tym podmuchem wślizguje się Szymon staje przy portrecie, macha do niego i mówi bezgłośnie: “Nie bój się, wszystko będzie dobrze.”

Piotrek został w domu. Jeszcze długo bał się odezwać pierwszy, długo zdarzało mu się w nocy nasłuchiwać śmiechu, cichych rozmów dorosłych w kuchni, tulić kołdrę i powtarzać w myślach kołysankę. Z czasem zaczął się śmiać nieco głośniej, pozwalał, by Zofia poprawiała mu czapkę na głowie, Michał podrzucał go wysoko w ogrodzie.

A kiedy wieczorami ciężko było spać Zofia siadała przy nim, brała za rękę i nuciła tę samą piosenkę, czasem wymyślając własne słowa, bo Piotrek już pilnował, by nie pogubiła żadnej zwrotki.

I choć przyszłość nie była łatwa z nową rodziną, wspomnieniem przyjaciela i czułością, do której trzeba się przyzwyczaić Piotrek wiedział jedno: nie jest już sam. A w domu, w którym kiedyś śpiewano Szymonowi kołysankę, znów rodziła się nadzieja.

Za uchylonym oknem lato śpiewało swój refren, a Piotrek po raz pierwszy nie miał ochoty jej zamykać.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Piotruś. Opowieść