Piotruś. Opowieść
Okno szpitalne było szeroko otwarte. Rano uchyliła je pielęgniarka. Powietrze pachniało świeżością, firanki łagodnie falowały, soczysta zieleń drzew za oknem cieszyła oczy. Do upału letniego było jeszcze daleko.
Piotrkowi wycięto wyrostek robaczkowy. Podobno operacja była ciężka, ledwo zdążyli, ale Piotrek nie znał strachu.
Nie boisz się zastrzyków? uśmiechała się pielęgniarka, wyciskając powietrze ze strzykawki.
Piotrek bez słowa odwrócił się na bok, bo wstawać jeszcze nie wolno mu było.
Też znalazła czym nastraszyć…
Przywieźli go z podwórza. Tam go złapało. Nie, bezdomny nie był dorastał w domu dziecka. Po prostu z chłopakami wracali z targu, gdzie próbowali zarobić parę groszy na lewo. I nagle ścisnęło go w brzuchu.
Jednego żałował: podpuścił Leona i małego Szymka teraz w domu dziecka pewnie będzie zamieszanie. Już wczoraj po operacji wbiegła Kwiatkowska zastępczyni dyrektorki, udawała troskę. Piotrek po narkozie słabo kojarzył, pamiętał jedynie jej pochylone, zmartwione oblicze, ale szczegóły mu umknęły.
I czemu nie mogło przycisnąć na terenie placówki? Przecież już tak mało zostało do przejścia… Ale stało się inaczej…
Winił morele. Dali im na targu skrzynkę przejrzałych owoców. Wcale takie złe nie były słodkie, miodowe. Napadli się, najedli na zapas…
No i co, bohaterze! Jak samopoczucie? starszy lekarz z sumiastymi brwiami obejrzał szew. Najgorsze już za tobą, nie masz się czego bać.
A ja się wcale nie bałem.
O! Odważny, tak? Posłuchaj, odważniaku lekarz spoważniał na razie nie możesz nic jeść. Żadnych łakoci! Wytrzymaj chwilę bez słodyczy i chipsów. Wieczorem damy kisiel.
Piotrek kiwał głową grzecznie tylko dla zasady. Wiedział przecież, że i tak nie ma mu kto przynosić smakołyków. W domu dziecka teraz wszyscy na niego wściekli za wyjście bez pozwolenia i wkopanie reszty. Chodzili z targu ukradkiem, przez dziurę w płocie i teraz musiał się pochorować właśnie w drodze powrotnej!
A co do odwagi lekarz miał rację. Piotrek naprawdę był odważny. Życie go do tego zmusiło. Matka go chyba urodziła przypadkiem zapewne brakło jej na aborcję. Miał już dziesięć lat, ale myślał o tym spokojnie, jak większość wychowanków domu dziecka.
Nie miał pretensji do matki. Przeciwnie był jej wdzięczny, że go urodziła. Choć od razu oddała, mimo wszystko dziękuje.
Do trzeciego roku życia był w domu małego dziecka, potem przeniesiony do domu dziecka pod Łodzią, później do małego miasta pod Radomiem. I odkąd tylko pamiętał walczył o przetrwanie.
Przywoływał w pamięci bijatyki o jedzenie w stołówce. Niby były to spokojne czasy, ale kucharze i kierownictwo bez skrupułów wynosili część jedzenia do domu, a nawet wywozili całymi workami.
A walczyło się nie tylko o jedzenie. Piotrek rósł silny. Silą wymuszał swoje. Parę razy złamał ramię. Raz fryzjerka, która goliła ich na łyso, rozpłakała się na widok jego pobliźnionej głowy.
I co się tak rozczulać? On nie płakał nigdy.
A teraz chcą go nastraszyć jakimś szwem na brzuchu albo zastrzykami…
Rozśmieszyli go!
Dorosłych uważał za zimnych i wyrachowanych. Nie był słodkim maluchem ani uroczą dziewczynką, którą można byłoby pokochać ot tak, naturalnie. Był raczej bezpośredni, trochę szorstki i uparty.
Uważaj, Wronowski! Jak coś wymyślisz, to do izolatki wylądujesz! straszyła go pani Kwiatkowska.
Nie kłócił się, ale i do końca nie poddawał. Od dawna miał swoje zasady.
Była jednak jedna dorosła, o której często myślał. Nie wiedział (bo i skąd?), jak myślą o matce inne dzieci, rozmawiając z nią w myślach ale z tą kobietą, która mignęła kiedyś w jego życiu, rozmawiał nieraz w wyobraźni.
Miał sześć lat, gdy przyszła pracować do nich. Wtedy był jeszcze w domu dziecka pod Łodzią. Nie wiedział, kim była. Zapamiętał tylko jej ciepły uśmiech, błękitne oczy i łagodne ręce. I zapach. To ona brała go na kolana i szeptała:
Musisz być dzielny, Piotrusiu. Dobrze jedz, dbaj o siebie, słuchaj opiekunek. Będzie ci trudno, ale dasz radę, zobaczysz. Postaraj się, dobrze?
Potem śpiewała mu kołysankę:
Koteczku-kotku, ogonek szary,
Baju-baju, baju-baj,
Szary ogonek, łapki białe,
Baju-baju, baju-baj…
I choć teraz uważał się już Piotrek za prawie dorosłego, to właśnie tę prostą piosenkę nucił w myślach, gdy czuł się naprawdę źle. Przymykając oczy, przywoływał ciepło tamtych dłoni i robiło się lżej.
Później ta kobieta gdzieś wyjechała, rozmyła się, zostawiając mu tylko pieśń i wspomnienie. Nie znał jej imienia w wyobraźni nazywał ją mamo. Wiedział, że pewnie była tylko tymczasową opiekunką, ale tak bardzo chciał sobie pofantazjować.
Pielęgniarka zamknęła okno, zaczęła ścielić łóżko naprzeciwko. Piotrek się ucieszył samemu leżeć było nudno.
Wkrótce przywieziono drugiego chłopca. Wokół łóżka krzątało się wielu dorosłych w fartuchach. Ruszenie, zamieszanie niewiele widział z własnego posłania, ale dostrzegł pilnie podłączoną kroplówkę i bardzo chudego, wąskonosego chłopca.
Gdy już wszyscy wyszli, zostali tylko pielęgniarka i starszy mężczyzna z białym fartuchem przewieszonym przez ramiona.
Nie rozmawiali zbytnio, rzucali tylko pojedyncze słowa.
Zaśnie, powiedziała pielęgniarka.
Dobrze. Dziękuję.
Zawołacie…
Jasne.
Gdy została tylko dwójka i śpiący chłopiec, Piotrek przeciągnął się, bo bolały go plecy. Skrzypnęło łóżko. Mężczyzna odwrócił się. Między brwiami miał głęboką zmarszczkę, pod oczami sińce, ale spojrzenie miał życzliwe.
Dzień dobry, szepnął, jakby dopiero teraz zauważył drugiego pacjenta.
Dzień dobry, odpowiedział Piotrek.
Mężczyzna ożywił się, spojrzał na chłopca na łóżku, przestawił krzesło i podszedł do Piotrka.
Operowany?
Tak, wyrostek.
To dobrze. Nie chodzisz jeszcze?
Jeszcze nie.
Może czegoś potrzebujesz?
Nie wolno mi. Do wieczora głodówka. A co mu dolega? Piotrek skinął na łóżko.
Jemu? zamyślił się mężczyzna. Co innego. Czy mogę tu zostać? Pomóc, jak coś. Jakby do ciebie weszli, wyjdę.
Może pan zostać.
Mężczyzna przeniósł krzesło, usiadł bliżej.
To Szymon. Ma jedenaście lat. A jak ty masz na imię?
Piotr, lat dziesięć.
Dziękuję, Piotrze, odparł cicho, a Piotrek nie pojął za co.
Następnego dnia w sali niemal nie było ciszy. Każdy rano Szymonowi podawano kroplówkę, kilka razy przychodził lekarz. Ojciec spał w nocy na polowym łóżku, czasem coś cicho mówił do syna. Szymon mrugał powiekami, ruszał się, ale ciągle spał.
Potem przyjechali dziadkowie i kobieta jak się okazało, matka chłopca. Była wysoka, z delikatną falą na nosie, w kucyku kręcone włosy, blada, z zapłakanymi oczami. Weszła pod rękę z rodzicami, usadzili ją przy chłopcu, głaskała go i szeptała do niego.
Czy nie przenieść tego chłopca? spytał ojciec lekarza, wskazując Piotrka i zerkając na żonę.
Tak, dziś przeniesiemy.
Lekarz podszedł do Piotrka.
Jak się czujesz? Boli?
Trochę.
Noc miał marną, szew pulsował bólem, bał się ruszać. Rano go nie nakarmili czy zapomnieli, czy po prostu nie wolno było.
Dzisiaj możesz już wstawać. Zaraz pielęgniarka wyciągnie cewnik, przeniesiemy cię do następnej sali.
Bardzo chciał wstać, ale pielęgniarka przychodziła długo i z przerwami. Wszyscy ciągle zajęci.
Dopiero teraz zaczął pojmować, że Szymon najwyraźniej odchodzi. Nie wracał do siebie, lekarze rozmawiali półszeptami, wszyscy byli przygnębieni i spięci.
Przez cały dzień przy łóżku Szymona czuwała kuzynka, młoda dziewczyna. Piotrek krępował się jej, kiedy przyszła pielęgniarka, żeby zdjąć cewnik, dał znać, że jest mu głupio, ale ta go zbyła.
Nikt cię nie ogląda, nie przejmuj się. Szybko pójdzie.
I rzeczywiście, poszło sprawnie, ale Piotrek dopiero wtedy poczuł się naprawdę wolny. Był kompletnie nagi, nie wiedział, gdzie jego odzież. Dziewczyna patrzyła przez okno i doglądała chorego. Żałował, że nie zapytał pielęgniarki o ubranie.
Nikt cię nie potrzebuje! Tak, to prawda.
Ale po godzinie zebrał się w sobie i usiadł. Przykrył się kocem, poderwał się.
Pomóc ci? spytała dziewczyna.
Nie trzeba, głowa mu wirowała, więc poleżał jeszcze.
Po chwili usiadł znów.
A wie pani, gdzie jest moje ubranie? zapytał.
Powiedziała, że zaraz się dowie.
Tylko pilnuj Szymka, dobrze?
Zawinął się w koc, próbował wstać, ale nogi się trzęsły, bał się odejść od łóżka.
W końcu przynieśli mu ubranie szpitalne, za duże.
Odwrócę się, nie patrzę, powiedziała dziewczyna.
Ubrał się, spodnie miał zbyt duże, więc zamocował gumkę potrafił. Nogi musiał podwinąć, bo się wywracał.
Poczekaj, przykucnęła przy nim i podwinęła spodnie powoli. Tak się starała, że aż zrobiło mu się słabo.
Zaraz się przewrócę…
Ojej, usiądź, złapała go i posadziła na krześle. Ty jeszcze chory jesteś. Jadłeś dziś coś? Jak masz na imię?
Piotrek.
A ja jestem Liza. Piotruś, powinna być przy tobie mama albo tata. Zadzwonić do kogoś?
Nie mam mamy.
Ach… A tata? Z kim mieszkasz?
Już lepiej trochę. Muszę do toalety.
Wyszedł, przejrzał się w lustrze. Pod oczami sine plamy, usta białe, ale oczy czarne, błyszczące. Jedna z pań w domu dziecka mówiła, że nazwisko dostał pewnie przez oczy Wronowski: czarne jak skrzydła wrony. Koledzy też wołali na niego Wrona. Był z tego dumny.
Umył się zimną wodą, poczuł się lepiej. Liza załatwiła mu kisiel.
Skoro już chodzisz, to sam przychodź do stołówki po jedzenie.
Ale gdzie to jest?
Na prawo, na schodach, znowu w prawo. Znajdziesz po zapachu, śmiała się salowa.
On ledwo stoi na nogach, żachnęła się Liza. Sam mu przyniosę kisiel!
Piotrkowi nie chciało się leżeć, chodził po sali, zerkał na Szymona był bardzo ładny, podobny do matki, ale strasznie chudy.
On umiera? spytał bez ogródek, jak to mają dzieci z domu dziecka.
Dziewczyna zadrżała.
Nie wiemy… Ale tak, Szymek jest bardzo chory. Miał cztery operacje na jelitach. Rodzice są wykończeni, teraz my pomagamy. Jestem jego ciotką, siostrą ojca. Ale cuda się zdarzają, prawda?
Nie wiem, usiadł na swoim łóżku.
Myślał o Szymonie. Dostał inne życie jak z filmu. Miał mamę, tatę, dziadków, rodzinę… A mimo wszystko leżał i gasł.
Nie miał szczęścia…
Piotrka długo nie przenosili. Wieczorem do Szymona przyszedł znowu ojciec, zapanował ruch w sali. Usłyszał, jak rozmawiali o nim że przez cały dzień nikt do niego nie zajrzał.
Piotrek, lekarz mówił, że jesteś z domu dziecka? zagadnął ojciec Szymona.
Tak.
To może przeniesiesz się do innej sali? Szymek jest bardzo ciężko chory…, ojciec westchnął.
Ale mi tu dobrze. Mogę zostać?
Mijały kolejne dni, Piotrek zaczął gorączkować, przenieśli go w końcu do sali z samymi staruszkami. Strasznie się nudził, wracał więc do Szymona i siedział przy nim. Nikt go nie wyganiał.
Wypis przesunął się przez temperaturę.
Przez cały ten czas ojciec Szymona, pan Michał, wypytał go o wszystko. Po kryjomu słuchał, przynosił mu ubranie Piotrek był zadowolony, zawsze nosił cudze ciuchy. Rzucił okiem na Szymona:
To jego?
Tak…
A jeśli nie umrze?
Michał spojrzał na niego zdziwiony. W rodzinie nie mówiło się wprost tego słowa umrze. Wszyscy na to czekali, ale nie nazywali. Jak powiedzieć to o jedynym dziecku? To przecież przerażające.
Pewnego razu tylko matka wykrzyczała:
Dlaczego! Przecież zrobiliśmy wszystko dobrze, wszystko! A on i tak umiera! Po co miałoby mi być lżej?
Gdy odchodzi ukochane dziecko, ciało matki odmawia posłuszeństwa. I żona Michała coraz bardziej opadała z sił, nie chciała żyć bez syna. Dawano jej zastrzyki na uspokojenie.
A jeśli nie umrze? spytał Piotrek.
Michał poczuł, że musi odpowiedzieć szczerze bardziej sobie niż chłopcu.
Niestety, nie ma już szans. On odchodzi, Piotrze, te słowa trudno było mu wypowiedzieć.
To boli? Umieranie? Piotrek ściskał Szymonowe koszule, patrzył na chorego z troską.
Michał widział to współczucie. Dziecko pewnie się boi, tym bardziej że jest sierotą.
Szybciej niż zasypia się na noc. Robimy wszystko, by nie bolało. Jesteśmy tu po to.
Ale on się rusza.
Tak, dlatego z nim rozmawiamy. Może słyszy. Mamy taką nadzieję, ale pewności nie ma.
Rodzina czuwała dzień i noc przy Szymonie. Pewnego wieczoru Michał wyszedł na chwilę, został z Szymonem tylko Piotrek. Gdy wrócił, stanął w progu bez ruchu.
Piotrek trzymał Szymona za rękę i mówił.
…i nie wiem, gdzie jest moja matka. Może już nie żyje. No trudno, nie gniewam się na nią. Jakby przyjechała, wybaczyłbym jej, wiesz? A ty nie umieraj. Zobacz, jak twoja mama płacze. I tata… Mi by taki ojciec wystarczył, nigdy bym nie umarł. Rzeczy oddam ci później. U mnie tych koszul pełno. Bylebyś nie umierał, walcz, ile możesz…
Michał odchrząknął. Piotrek podskoczył.
On mnie słyszy! Ścisnął mi rękę, serio. Nie wierzy pan?
Wierzę, Piotrek, wierzę…
Michał i cała rodzina czekała na koniec. Szymek, ich zdolny, piękny, wspaniały syn, gasł. Diagnozę postawiono gdy miał osiem lat, pierwotnie dystrofia mięśniowa. A potem już kula śnieżna: serce, płuca, jelita… Jeździli do Warszawy, Gdańska, po najlepszych lekarzach. Dzięki temu Szymon dożył jedenastki. Przywykł do choroby, przyjął ją, nie narzekał.
Cały ciężar spadł na matkę, Zofię. Ona czuwała przy nim nocami, biegała po lekarzach, modliła się. Michał był obok, ale jako facet miał być silniejszy.
Zofia posypała się niedawno. Dali jej zastrzyki uspakajające.
Rozmawiaj z nim, Piotrze. Rozmawiaj, myślę, że to go cieszy…
Dla Michała rozmowy Piotrka były ulgą, powiewem życia obok gasnącego dziecka. Stał pod drzwiami i słuchał:
…Wiesz, raz ten dryblas Marek złamał mi rękę tak, że aż ściemniało mi przed oczami. Myślisz, że się popłakałem? Skąd. Wstałem, otrzepałem się i mówię: Na, dokończ, jeśliś taki mocny. Pomyślałem, nie dam mu satysfakcji, choćby nie wiem co. On biegł do pielęgniarki i tam się rozkleił. Dziwak.
Widzisz, ręka mi zrosła i tobie też się uda…
Szymon odszedł w nocy. Piotrek nie zauważył, nikt mu nie powiedział. Rano poszedł na śniadanie, potem zaglądnął do sali.
Przy łóżku siedział nowy pacjent, rozpakowywał swoje rzeczy.
A… gdzie…? wskazał na posłanie po Szymonie.
Nie wiem, już go nie było odpowiedział mężczyzna.
Pobiegł na dyżurkę, ale pielęgniarki nie zastał, wpadł do pokoju lekarza, szukał swojego doktora.
Szymon! Gdzie jest Szymon? Zabrali go? Dokąd?
Szymon? młody lekarz zmarszczył czoło, Niestety… Był bardzo chory…
Umarł? przerwał Piotrek.
Lekarz pokiwał głową.
Niestety. Tak się zdarza.
Piotrek cofnął się. Był wściekły na ten szpital, na lekarzy, na cały ten personel.
Durnie! Nie uratowali!
Ale jak wyrazić tę złość?
W korytarzu salowa myła podłogę. Piotrek kopnął wiadro, woda wylała się po całym korytarzu. Salowa wrzasnęła, przybiegli lekarze, wpadła pielęgniarka.
Wszyscy go strofowali, a on zamknął drzwi do swojej sali kopnięciem, usiadł na łóżku i zasłonił uszy.
Cały szpital, tylu lekarzy i nikt nie sprawił, by jego przyjaciel żył. Nikt.
Czemu Szymon został jego przyjacielem, choć sam był nieprzytomny przez całą ich krótką znajomość Piotrek nie pojął. Ale był jego przyjacielem. Opowiedział mu wszystko: o matce, kobiecie co śpiewała mu kołysanki, o bójkach i złamaniach.
Raz w nocy, kiedy jeszcze leżał w tej samej sali, śniło mu się, że Szymon wstał, lekko się uśmiechnął. Piotrek rzucił się, by go podnieść, a on poprosił, by dać mu posiedzieć. Cienkim, prawie dziewczęcym głosem zaczął opowiadać o sobie.
Nie pamiętał, co mówił, ale pamiętał jego głos. Słuchał długo, aż w śnie Szymon spojrzał w okno, wszedł na parapet. Piotrek tak się przestraszył, że zaraz się obudził.
Za oknem kołysały się czarne gałęzie, świecił księżyc. Szymon rzucał się, kręcił głową, ojciec spał.
Wtedy Piotrek usiadł przy Szymonie, wziął jego chude dłonie i zaczął śpiewać jedyną kołysankę, jaką znał:
Koteczku-kotku, ogonek szary,
Baju-baju, baju-baj,
Szary ogonek, łapki białe,
Baju-baju, baju-baj…
Od tamtej pory Piotr w myślach rozmawiał z Szymonem. Szymon opowiadał mu o domu, wyprawach nad morze, dziadkach, o dziadku generale, o szkole, klasie i mamie budzącej go rano.
Tak właśnie wyobrażał sobie Piotrek życie w rodzinie. Czasem przesadzał z fantazjami, bo sam nigdy w rodzinie nie był, o domach wiedział tylko z telewizji.
Na przykład wyobrażał sobie, że w pokoju wszyscy mają własne łóżka, w przedpokoju każdy własną szafkę, w czwartki dzień ryby, a herbatę mama rozlewa chochlą rano.
***
Dziwne, ale gdy umarł mu syn, Michał poczuł ulgę. Nie dlatego, że nie kochał Szymka, wręcz przeciwnie. Szymon już prawie nie żył, gdyby go podtrzymywali, cierpiałby bardziej. Tak… Odszedł w spokoju.
Teraz musiał pomóc żonie przyjąć jego odejście, przestać się buntować.
Coraz częściej myślał o Piotrku.
Teraz nie czas na adopcję, wiedział. Zosia nie zrozumie. Nikt nie zastąpi jej Szymka. Jego zdjęcie stoi w kwiatach pośrodku salonu, żona siedzi, całymi dniami spędza przy nim, pali świeczki, chodzi do kościoła i na cmentarz codziennie. Osiem lat temu miała ciążę pozamaciczną, po operacji nie mogli już mieć dzieci.
A Piotrek nigdy nie będzie miał rodziców…
Wiedział, że jest inny niż Szymon szorstki, ciemnowłosy, zadziorny. Ale Michał słyszał, jak mówił duszę miał dobrą, niezepsutą.
Zosiu, byłem dziś w szpitalu. Piotrka wypisali. Trzymali go długo, ale się udało.
Po co tam byłeś? zapytała Zofia.
Ja? Odebrać dokumenty Szymona. Wiesz, Piotrek ponoć zrobił tam awanturę, gdy się dowiedział, że Szymona już nie ma.
Dzieciak… westchnęła Zofia.
Tak… przytaknął.
Michał, nie martw się o mnie. Jakoś sobie radzę. Wracaj do pracy.
Dobrze.
Tylko o żadnych chłopcach mi nie mów, dobrze?
Już nie wspominał o Piotrku.
A jednak w weekend pojechał do domu dziecka. Coś go tam ciągnęło. Wiedział z opowieści Piotrka, że tam nie ma specjalnej opieki. Ale nie pozwolono mu od razu na spotkanie. Obsypano pytaniami, patrzono nieufnie. Dyrektorka była do niego nieprzychylna.
To go podrażniło. Przypomniał sobie znajomą jeszcze z LO, Magdę Sawicką, psycholożkę wspierającą rodziny adopcyjne.
Odszukał jej adres, spotkał się z nią. Długo rozmawiali Magda zrozumiała, współczuła i obiecała dowiedzieć się o Piotrku. Ale powtarzała, że najważniejsza jest zgoda żony i chłopca.
Mimo wszystko Michał trafił do ośrodka adopcyjnego, wziął listę dokumentów. Pracownicy byli zaskakująco otwarci, obiecali zorganizować spotkanie.
O tych krokach żonie nie mówił, ale teściowi i siostrze Lizie tak. Liza przyjęła wiadomość przyjaźnie chłopak jej się spodobał. Wszyscy obiecywali porozmawiać z Zosią.
Ale Zofia płakała, gdy tylko ktoś zaczynał temat Piotrka.
On mi Szymka nie zastąpi. Jak możecie tego nie rozumieć!
Ale nikt nie mówi, że ma zastąpić. On też jest sierotą, a my… już też. Zobacz, Piotrek to inny chłopak, zrażony, z domu dziecka. Nie zastąpi nam syna. Ale jak słuchałem, jak z Szymonem rozmawiał, ile dla niego znaczył… Zaopiekował się nim, wspierał. Poznajmy się chociaż, proszę!
Tylko mnie nie zmuszaj…
To już był postęp.
Gdy pierwszy raz przyprowadzono Piotrka na spotkanie w gabinecie dyrektorki, był sztywny, nie patrzył w oczy, tak ściskał dłonie, że bielały mu kostki. Michałowi nawet nie podał ręki.
Była też Magda nie przeszkadzała, tylko obserwowała. Michał patrzył na Piotrka, rozumiał, jak się stresuje. Był inny niż w szpitalu.
Marzył, by go przytulić i pocieszyć. Michał sam nie wiedział, jak zacząć, zerkał na kobiety, szukał wsparcia. Zosia patrzyła uważnie, Magda milczała. Michał zaczął więc opowiadać różne bzdury, by rozładować atmosferę.
Chłopiec był tak spięty, że wyprosili go przed końcem spotkania.
On chyba nie chce być z nami… zmartwił się Michał.
Myli się pan, powiedziała Magda. On bardzo marzy, że się uda, i bardzo się boi rozczarować. Chce być godny, ale boi się, że nie sprosta.
Jacy my straszni? spytała Zosia.
Wy jesteście prawdziwymi rodzicami, jakich nigdy nie miał. On nie wie, jak się zachować i boi się, że się nie spodoba. Już tylko o was myśli odparła Magda.
Ustalili, że Piotrek przyjdzie w odwiedziny, jeszcze nie podejmował decyzji, Zosia też się wahała.
Gdy Michał przywiózł go na herbatę, Piotrek pocił się ze strachu, gapił w filiżankę, bał się czegoś zjeść, stuknąć talerzykiem o blat, podnieść wzrok na piękną kuchnię. Wszystko wydawało mu się inne, niż sobie wyobrażał. Nie miał miejsca, dorośli za blisko.
Najbardziej bał się Zofii.
Gdy Michał upuścił łyżeczkę, Piotrek drgnął i wymamrotał:
Masakra…
Michał przytaknął.
Masakra, rzeczywiście! Leń ze mnie… Czemu nie jesz? Chop, jedz ziemniaczki.
Piotrek włożył kawałek do ust, ale żuł ostrożnie, patrząc w stół.
No dalej! Rozluźnij się!
Piotrek, chcesz zobaczyć pokój Szymona? zaproponowała Zofia.
Rozjaśnił się natychmiast, kiwnął głową.
Wszedł do pokoju Szymona, od razu zobaczył duży portret. Chłopak z obrazu był inny niż w szpitalu, wesoły, uśmiechnięty. To było cudowne zobaczyć go tak żywego. Jakby mówił: Nie bój się, jestem tu.
O! Szymek! Cześć! podszedł, dotknął ramy, popatrzył na Zofię. Tu trochę grubszy.
Tak, nie był aż tak chudy. Dopiero pod koniec… nie mogła użyć słowa umarł.
Przed śmiercią, tak? otwarcie zapytał i pogładził ramkę. Pokażecie mi, jak tutaj mieszkał?
Zofia nie zrozumiała, o co mu chodzi, ale sięgnęła po album.
Jeszcze nie będę patrzeć, dobrze? Nie mogę. Sam popatrz.
Piotrek usiadł, otworzył album. Zofia stanęła przy oknie.
To on? Ten malutki?
Musiała podejść, usiadła obok, zaczęli przeglądać zdjęcia razem.
Śmieszny…, fajny…, super…, komentował Piotrek.
Pytania zadawał co chwilę.
Przy zdjęciu znad morza nagle zawołał:
O, morze! Mówił mi, że byliście z nim nad morzem.
Zofia wzruszyła głową.
Naprawdę ci mówił? Przecież nie mógł już rozmawiać…
Piotrek podniósł wzrok, zorientował się że przesadził, ale uparcie odrzekł:
Mnie mówił.
Nie ciągnęła tematu. Przeglądając z nim zdjęcia poczuła ulgę. Może naprawdę żałoba będzie łatwiejsza przy tym dziecku.
Nabrała powietrza i zapytała prosto z mostu:
Piotrek, a gdybyśmy chcieli cię adoptować, zgodzisz się?
Spiął się, kilka sekund milczał.
Nie wiem… Szymek był super. A ja… nie umiem, no…
Zofia mocno go objęła.
To dobrze. Nie chcemy cię zamiast Szymona. Po prostu przyjmiemy cię jako jego wielkiego przyjaciela.
Piotrek się spiął od dawna nikt go nie dotykał, poza bójkami. Poczuł zapach kobiety, ciepło jej rąk.
By oderwać się od tych emocji przewracał dalej album, zaciskając ręce, a ona dalej go tuliła.
Piotrek naprawdę nigdy nie płakał.
A teraz poczuł ucisk w gardle i łzy, których nie dało się zatrzymać. Zaszlochał.
Płaczesz? Piotrusiu, płaczesz? No już, nie płacz, bo i ja zacznę ryczeć. Trzymaj się, jesteś mężczyzną! Musisz być silny, otarła mu łzy.
Te słowa już słyszał.
Okno w pokoju było otwarte. Pachniało świeżym powietrzem, firanka łopotała, zieleń za oknem koiła wzrok, a z portretu łagodnie patrzył Szymek.
I Piotrek, jak mały chłopiec, zapytał:
A zna pani taką kołysankę? Koteczku-kotku, ogonek szary, baju baju, baju baj, szary ogonek, łapki białe…?
Słyszałam. Kołysanka, chyba. Chcesz, żebym się nauczyła?
Piotrek pociągnął nosem i przytaknął. Więcej już nie potrzebował…






