Pietka. Opowiadanie

Okno szpitalne było uchylone. Rano otworzyła je pielęgniarka. Powietrze było czyste, firanki lekko się poruszały, zieleń drzew za oknem koiła wzrok, a żar letniego dnia był jeszcze daleko.

Piotrek przeszedł operację wycięcia wyrostka. Mówili, że było ciężko, ledwo zdążyli, ale Piotrek się nie bał.

Nie boisz się zastrzyków? uśmiechała się rano pielęgniarka, wyciskając powietrze ze strzykawki.

Piotrek odwrócił się na bok, wstać jeszcze nie wolno mu było.

Znalazła czym straszyć…

Przywieźli go spod sklepu. Tam go złapał ból. Nie był bezdomny, wychował się w domu dziecka. Po prostu szli z chłopakami z targu; próbowali coś dorobić na czarno i wtedy go skręciło.

Żałował tylko jednego: wciągnął w to Lenka i małego Szymka teraz w domu dziecka będzie zamieszanie. Już poprzedniego wieczoru po operacji przyszła pani Kaczorowska wicedyrektorka udawała zatroskaną. Piotrek był jeszcze półprzytomny po narkozie, więc pamiętał tylko jej pochylone, niespokojne spojrzenie, szczegółów nie pamiętał.

Czemu go nie złapało już na terenie domu dziecka? Tyle co do bramy zostało… Ale tak wyszło.

Winił morele. Dali im na targu skrzynkę przegniłych owoców, a nie tak znów bardzo przegniłe słodziutkie, jak miód. No to się rzucili… Obżarli się.

No, bohaterze! Jak się czujesz? starszy lekarz obejrzał szew owłosionymi palcami. Najgorsze za tobą. Teraz możesz się już nie bać.

A ja i tak się nie bałem.

O, odważniak, tak? To słuchaj, dzielny teraz poważnieje Jeszcze nie dostaniesz jedzenia. Smakołyków nie wolno! Wytrzymaj trochę bez słodkości. Wieczorem damy kisiel.

Piotrek kiwał głową z szacunku. Wiedział i tak nikt mu nie przyniesie słodyczy. W domu dziecka wszyscy na niego teraz są źli za wyjście, za kłopoty z wychowawcami. Na targ chodzili po kryjomu, przez dziurę w płocie, i pech chciał, że to właśnie jemu się przytrafiło wracając!

A odwagę rzeczywiście miał. Życie nauczyło. Matka urodziła go pewnie przypadkiem, może nie było jej stać na aborcję. Piotrek miał dziesięć lat, a rozumował o tym zupełnie spokojnie, jak wszyscy z domu dziecka.

Do matki nie miał żalu. Przeciwnie, dziękował jej, że go urodziła. Chociaż od razu zrzekła się praw i tak dziękował.

Do trzeciego roku życia był w domu niemowlaka, potem w domu dziecka w Radomiu, potem pod Piotrków. Od kiedy sięgał pamięcią walczył o miejsce w świecie.

Pamiętał bójki o jedzenie przy stołach. Choć były czasy względnego spokoju, dyrekcja i kucharka wynosili wszystko do domu, nawet samochodami.

I nie tylko o jedzenie się bili. O wszystko. Był silny. Siłą wszystko załatwiał. Kilka razy złamał komuś rękę. Raz przyjezdna fryzjerka, która ich goliła na zero, o mało co się nie rozpłakała patrząc na jego głowę blizna na bliźnie.

Nie rozumiał po co płakać. Piotrek w ogóle nigdy nie płakał.

I co miał się teraz bać jakiejś blizny na brzuchu, czy zastrzyków…

Bujda!

Dorosłych traktował chłodno i z dystansem. Ani był małym dzieckiem ani słodką dziewczynką, którą można było polubić był raczej ordynarny, porywczy, bezpośredni, z charakterem.

Uważaj, Wronowski! Jak coś wymyślisz, trafisz do izolatki! często groziła mu Irena Kaczorowska.

Nie sprzeczał się, ale nie miał zamiaru być posłuszny. Miał już swoje zasady.

Jedyną dorosłą osobą, o której często myślał, była kobieta, która pojawiła się kiedy miał sześć lat. Przyszła do domu dziecka pod Radomiem. Kim była nie wiedział. Pamiętał tylko jej miękki uśmiech, błękitne oczy, ciepłe ręce i zapach. Siadała go na kolanach i szeptała do ucha:

Musisz być silny, Piotrusiu. Musisz jeść dobrze, dbać o siebie, słuchać dorosłych. Będzie ci ciężko, ale dasz radę. Wystarczy się postarać. Dobrze?

Potem śpiewała mu kołysankę.

Koteczku, kocie, ogonek szary,
Lulaj, lulaj.
Czarny ogonek, łapki białe,
Lulaj, lulaj…

I choć uważał się już za dużego, często szeptał tę prostą piosenkę, kiedy było mu najgorzej. Przymykając oczy, wyobrażał sobie ciepło tamtych rąk i stawało się trochę lżej.

Potem ta kobieta zniknęła, jakby się rozpłynęła, zostawiając mu piosenkę i wspomnienie. Nikt mu więcej nie śpiewał kołysanek, nikt nie tulił. Nie pamiętał jej imienia, w głowie nazywał ją mama. Chociaż pewnie była tylko opiekunką. Ale tak chciał to sobie wyobrażać.

Pielęgniarka zamknęła okno, zabrała się za ścielenie łóżka naprzeciwko. Piotrek się ucieszył nudno było leżeć samemu.

Wkrótce wjechała do sali leżanka, wokół tłum lekarzy i pielęgniarek. Zrobiło się zamieszanie. Piotrkowi z jego miejsca było słabo widać, ale dostrzegł, że na łóżku leży wychudzony, ostronosy chłopiec pod kroplówką. Po chwili wszyscy wyszli, został tylko mężczyzna w białym fartuchu i pielęgniarka.

Nikt z nich się nie odzywał. Rzucali pojedyncze słowa.

On będzie spać powiedziała pielęgniarka.

Dobrze. Dziękuję.

Zawołacie…

Dobrze.

Wyszła. Mężczyzna siedział tyłem do Piotra, wsparty na kolanach, jakby znieruchomiały. Chłopiec spał.

W sali było gorąco, ale mężczyzna nadal miał na sobie marynarkę i fartuch. Wydawało się, że usnął.

Nogi Piotrka zdrętwiały od leżenia. Przekręcił się, aż zawyła sprężyna łóżka. Mężczyzna odwrócił głowę. Na czole zmarszczka, worki pod oczami, ale spojrzenie ciepłe.

Dzień dobry szepnął, jakby dopiero teraz zauważył, że ktoś jeszcze jest w sali.

Dzień dobry Piotrek odpowiedział.

Mężczyzna ocknął się, spojrzał na syna, potem delikatnie przesunął krzesło obok łóżka Piotra, usiadł.

Operowanyeś był?

Tak, wycinali wyrostek.

No to dobrze. Jeszcze nie wstajesz?

Nie wolno.

Może czego chcesz?

Nie mogę jeść. Lekarz powiedział do wieczora nic. A on co ma? kiwnął w stronę łóżka z chłopcem.

On? mężczyzna obejrzał się, zmarszczył brwi. Inna choroba. Nie masz nic przeciwko, żebym tu został? Pomogę, jakby coś. Jakby ktoś do ciebie przyszedł wyjdę.

Spoko pokręcił głową Piotrek. Co miał się sprzeciwiać?

Mężczyzna usiadł z powrotem, odwrócił się, powiedział cicho:

On ma na imię Szymon, ma jedenaście lat. A ty?

Piotr, dziesięć.

Dziękuję, Piotrze powiedział mężczyzna, a Piotrek nawet nie zrozumiał za co.

Następnego dnia w sali byli ludzie niemal cały czas. Rano Szymonowi zakładano kroplówki, kilka razy przychodził lekarz. Ojciec czuwał przy łóżku, czasem coś szeptał do syna. Szymon poruszał rękami i głową, ale nie otwierał oczu. Wyglądało, jakby spał.

Później przyszli staruszkowie i młoda kobieta matka Szymona. Była wysoka, prosta, z haczykowatym nosem i falującymi włosami w koński ogon. Blada, zaczerwienione od płaczu oczy. Wprowadzili ją pod rękę, posadzili przy Szymonie. Też coś do niego mówiła, głaskała bez przerwy.

Może przenieście chłopca? rzucił ojciec, wskazując Piotra i martwiąc się o żonę.

Tak, dziś przeniesiemy.

Lekarz nagle przypomniał sobie o Piotrze, podszedł.

No, co tam u ciebie? Boli?

Trochę.

Nocą Piotrek spał źle, szew bolał, bał się obracać, cewnik przeszkadzał. Wczoraj go nie nakarmili, zapomnieli czy za wcześnie było nie wiedział.

Wstawaj powoli. Możesz dziś się podnieść. Przeniesiemy cię do innej sali. Dawaj, rusz się. Zaraz siostra wyjmie cewnik.

Piotrek chciał wstać, ale pielęgniarki nie było i nie było. W sali ciągle ktoś się kręcił.

Dopiero teraz Piotrek zrozumiał, że Szymon chyba umiera. Cały czas śpi, wszyscy rozmawiają cicho, napięci, ponurzy i jakby pogodzeni z losem.

Przez dzień przy łóżku została dziewczyna, bliska krewna Szymona. Piotrek wstydził się przy niej, kiedy pielęgniarka wyjmowała cewnik, dał jej znać, że jest skrępowany, ale ta tylko burknęła:

Komu ty jesteś potrzebny! Ona dziś tylko Szymonem żyje. Szybko pójdzie.

I rzeczywiście, poszło szybko, ale Piotrek jeszcze leżał, ciesząc się wolnością. Był zupełnie nagi, nie wiedział, gdzie jego ubrania. Dziewczyna patrzyła to za okno, to na chłopaka, poprawiała kołdrę, dała wodę. Piotrek żałował, że nie zapytał o rzeczy.

Komu ty jesteś potrzebny! rzeczywiście, nikomu.

Po godzinie spróbował usiąść. Obrócił się, okrył kołdrą, usiadł.

Dziewczyna spojrzała.

Pomóc ci?

Nie głowa mu się mocno zakręciła. Znowu się położył.

Ale chwilę później znowu siedział.

Wie pani, gdzie moja odzież?

Odpowiedziała, że nie wie, ale się dowie.

Tylko pilnuj Szymona, dobrze?

Piotrek spróbował się podnieść, owinięty w kołdrę, ale nogi mu się chwiały, bał się odejść. Nigdy by nie przypuszczał, że zwykłe chodzenie będzie tak trudne.

W końcu przynieśli mu ubranie. Ale nie swoje, tylko szpitalne.

Odwrócę się, nie przejmuj się zapewniła dziewczyna.

Usiadł na łóżku, założył spodnie. Wszystko na niego za duże, musiał przciągnąć gumkę to potrafił. Spodnie trzeba było podwinąć, ale pochylić się nie mógł. Dopiero jak poszedł, plącząc się w nogawkach, dziewczyna zauważyła problem.

Czekaj. Ależ to duże! Pozwól, podwinę przykucnęła i zaczęła podwijać starannie, aż Piotrkowi zrobiło się niedobrze.

Zaraz padnę…

Heeej złapała go, posadziła, No ładnie. Ty jeszcze bardzo słaby jesteś. Jadłeś coś dziś? Jak masz na imię?

Piotrek.

A ja Lila. Piotr, mama powinna być przy tobie. Może zadzwonić? Albo nie macie telefonu w domu?

Nie ma mamy.

Ach… A tata, czy… z kim jesteś?

Wszystko ok. Już lepiej. Pójdę, bo muszę do łazienki.

Dokuśtykał do łazienki, spojrzał w lustro. Oczy podkrążone na niebiesko, usta prawie białe. Czarne jego oczy paliły się jak gwiazdy. Jedna wychowawczyni śmiała się, że nazwisko ma od oczu Wronowski: czarne jak skrzydło wrony. Przezwisko miał Wrona i był z niego dumny.

Umył się zimną wodą, od razu lepiej. Chyba Lila interweniowała przyniesiono mu kisiel.

Co z posiłkami? Jak już wstaniesz, sam idziesz do stołówki.

Ale gdzie to jest?

Na prawo, schodami, potem znowu w prawo. Znajdziesz po zapachu śmiała się salowa.

Chłopak ledwo się trzyma. Chcecie, żeby schodził po schodach? Sama mu przyniosę zbulwersowała się Lila. I nic więcej nie dawajcie.

Nie mógł już leżeć. Chodził po sali, patrzył na Szymona ładny chłopak, prawie jak dziewczyna. Podobny do mamy, taki kędzierzawy. Tylko strasznie chudy.

On… umiera? detdomowce zawsze pytają wprost.

Dziewczyna się wzdrygnęła.

Nie wiemy. Ale tak, Szymuś jest bardzo chory. Lepiej już nie będzie… Cztery operacje Najnowsze na jelitach. Rodzice wykończeni. Teraz my pomagamy. Jestem jego ciotką. Ale cuda się zdarzają, prawda?

Nie wiem usiadł na łóżku.

Myślał o Szymonie. Inne życie miał jak z filmu. Mama, tata, dziadek, babcia, rodzina Wszystko ma, ciesz się i raduj. A tu umiera.

Nie ma szczęścia…

Piotrka jednak nie przenieśli. Wieczorem znów przyszedł ojciec Szymona. Znowu zamieszanie. Piotrek słyszał, że mówią o nim przez cały dzień nikt go nie odwiedził.

Piotrek, lekarz powiedział, że jesteś z domu dziecka? zapytał ojciec Szymona.

Tak.

Może pójdziesz do innej sali? Bo Szymek bardzo ciężki…

Mogę zostać tu? Dobrze mi tu.

Cztery dni zlewały się w jeden. Piotrek się przeziębił, w końcu przenieśli go do sali ze staruszkami. Nudził się, często wracał do sali Szymona. Nikt go nie przeganiał.

Wypis przez gorączkę oddali się w czasie.

W tym czasie ojciec Szymona, zwany Marianem Jagodzińskim, dowiedział się o Piotrze wszystkiego. Pomału wypytywał, pod nasłuchem i obserwował. Przyniósł mu trochę ubrań. Piotrek był przyzwyczajony do rzeczy po kimś, wziął je, potem spojrzał na Szymona.

To jego, tak?

Tak.

A jeśli wyzdrowieje?

Marian spojrzał zdziwiony. W rodzinie nie mówiło się na głos umrze. Wszyscy na to czekali, ale nie umieli wypowiedzieć tego słowa. Jak nazwać śmierć własnego dziecka? To przerażające.

Raz tylko Zosia wybuchła, gdy powiedział jej, że zrobili wszystko, co mogli.

Dlaczego! Skoro zrobiliśmy wszystko, dlaczego on odchodzi! Co z tego, że to prawda?!

Gdy odchodzi bliska dusza, wszystko się w człowieku załamuje. I żona posypała się nie chciała żyć bez syna. Dawano jej zastrzyki na uspokojenie, niewiele pomagały.

A jeśli wyjdzie? powtórzył Piotrek.

Marian chciał odpowiedzieć szczerze, głównie sobie samemu.

Niestety, nie przeżyje. Szymon umiera, Piotrze.

To boli… umierać? Piotrek tulił do siebie Szymonową koszulę, patrzył z żalem, zmarszczył czoło.

Marian to widział. Piotr przywiązał się, naprawdę przejął. Siedział przy chłopcu, słuchał rozmów lekarzy. Dzieciak musi być mu strasznie… Zwłaszcza bez rodziny, sierota.

Szybciej niż zasnąć. Robimy wszystko, by nie bolało. Po to tu jesteśmy.

Ale on się rusza.

Tak, więc do niego mówimy. Może słyszy. Ale tego nie wiemy.

Przy Szymonie siedzieli ciągle bliscy. Ale któregoś wieczoru Marian wyszedł dosłownie na chwilę, zostawił Piotra przy Szymonie, spóźnił się i wracając stanął w drzwiach.

Piotr siedział, trzymał Szymona za rękę i mówił.

…i nie wiem, gdzie jest moja mama. Może już nie żyje. Ale nie mam żalu. Jeśli by wróciła, wybaczyłbym. Nie wierzysz? Trudno A ty nie umieraj. Zobacz jak twoja mama płacze. I tata taki fajny. Ja bym z takim ojcem nigdy nie umarł. Koszulę i spodnie ci oddam. Ostrożnie, nie pobrudzę. Mam tych koszul całą górę. Tylko nie umieraj, przetrwaj. Musisz się starać…

Marian zakasłał, naprawdę stanęła mu gula w gardle. Piotr zerwał się.

On słyszy! Naprawdę. Ścisnął mi rękę. Nie wierzy pan?

Wierzę, Piotrek, wierzę. Zaręczam, słyszy.

Cała rodzina czekała na koniec. Ich ukochany, zdolny syn, ich nadzieja umierał. Diagnozowano go w wieku ośmiu lat, najpierw: atrofia mięśni. Potem wszystko po kolei: serce, płuca, jelita Leczono go i w Warszawie, i w Poznaniu, u znanych profesorów. Dzięki temu dożył jedenastu. Szymon przyzwyczaił się, przyjmował chorobę bez narzekania.

Najwięcej ucierpiała żona Zofia. Siedziała z synem po nocach, latała po szpitalach i modliła się w kościołach. Marian był po męsku silniejszy.

Zosia w końcu się załamała gdy stało się jasne, że Szymon umiera. Podłączono ją do leków.

Mów do niego, Piotrze. Mów. Jestem pewien, raduje się.

Dla Mariana te dziecięce opowieści były ratunkiem życiem obok czekania na śmierć. Stał w drzwiach i słuchał:

…Wyobraź sobie, jak ten byk Sarancha złamał mi rękę. Zciemniło mi się przed oczami, nie wierzysz? Ale zaraz przeszło. Patrzę ręka tak wygięta. Ten dureń czekał, aż zapłaczę. A ja tylko otrzepałem się, podszedłem, wyciągnąłem do niego łapę: No, na, dobij jeszcze. W głowie mi się kręciło, ale przysiągłem, nie rozpłaczę się.

A on biegiem do pielęgniarki. I tam szloch! Idiota.

Widzisz, ręka zrosła się jak nowa. Tobie też przejdzie. To poważniejsze niż twoja choroba. Walcz, bratku.

Szymon zmarł w nocy. Piotrek nawet nie zauważył; nikt mu nic nie powiedział. Czekał na obchód, zjadł śniadanie, a potem zajrzał do sąsiedniej sali.

Tam, gdzie leżał, nowy chłopak układał rzeczy.

A ten? kiwnął na łóżko po Szymonie.

Nie wiem. Nie było nikogo mruknął nowy.

Piotrek pobiegł szukać pielęgniarki, nie znalazł, wpadł do pokoju lekarzy, pytał:

Szymon! Gdzie Szymon? Zabrali go? Gdzie?

Szymon? młody lekarz zmrużył oczy, Aha, Szymon. Słuchaj… był bardzo chory…

Zmarł? przerwał Piotr.

Lekarz pokiwał głową.

Niestety. Tak bywa.

Piotrek wycofał się. W tej chwili był bardzo zły na szpital, lekarzy i cały personel.

Durnie! Nie uratowali!

Jak miał wyrazić gniew?

W korytarzu salowa myła podłogę. Piotrek kopnął wiadro, rozlała się woda. Salowa zaczęła się drzeć, wylecieli lekarze, przyleciała pielęgniarka, wszystko wrze.

Wszyscy coś mu zarzucali. On wszedł kopniakiem do sali, usiadł na swoim łóżku i zatkał uszy.

Cały szpital! Tylu lekarzy i nikt nie uratował przyjaciela. Nic nie zrobili!

Czemu Szymon, choć całą ich przyjaźń był prawie nieprzytomny, został przyjacielem? Sam nie wiedział. Ale rozmawiał z nim w myślach o wszystkich swoich losach o matce, o tej kobiecie, która śpiewała mu piosenkę, o bójkach i kontuzjach.

I raz, jeszcze w tej sali, przyśniło mu się, że Szymon usiadł na łóżku, uśmiechnął się smutno, Piotrek rzucił się do niego, ale Szymon poprosił, by pozwolił mu tylko posiedzieć. Cieniutkim, niemal dziewczęcym głosem zaczął mu opowiadać o sobie.

Tak dokładnie, o czym mówił, Piotrek nie zapamiętał. Ale głos pamiętał. Słuchał i nagle Szymon spojrzał na okno, wstał i zaczął wspinać się na parapet. Piotrek tak się przestraszył we śnie, że się zbudził spocony.

Na zewnątrz czarne gałęzie, księżyc świeci. Szymon się rzuca, kręci głową, rzuca rękami, a jego zmęczony ojciec śpi.

Wtedy Piotr cichutko siadł przy łóżku Szymona, chwycił jego chude dłonie i zaśpiewał jedyną kołysankę, jaką pamiętał:

Koteczku, kocie, ogonek szary,
Lulaj, lulaj.
Czarny ogonek, łapki białe,
Lulaj, lulaj…

Od tej pory Piotr rozmawiał z nim w myślach. Szymon mu opowiadał o życiu rodzinnym, o morzu, babci z dziadkiem, o obowiązkowym generale-dziadku. O szkole, o pokoju, gdzie ma wszystko, o mamie, która rano parzy herbatę.

Tak Piotrek wyobrażał sobie dom przez opowieści Szymona. Jego fantazje bywały absurdalne, bo sam rodziny nigdy nie miał, nigdy nie był w mieszkaniu, tylko widział je w telewizji.

Wyobrażał sobie, że łóżka są w jednym pokoju dla całej rodziny, że w przedpokoju każdy ma własną szafkę, że w czwartki jedzą ryby, a rano mama nalewa herbatę chochlą.

***

Dziwnie, ale Marian, kiedy syn odszedł, poczuł ulgę i nie dlatego, że nie kochał dziecka, czy był złym ojcem. Wręcz przeciwnie. Szymon już tylko wegetował; gdyby go nie podtrzymywali, umierałby w męczarniach. Tak przynajmniej ulżyło mu w cierpieniu.

Teraz trzeba było pogodzić się ze śmiercią syna, przekonać do tego żonę i żyć dalej.

Coraz częściej myślał o Piotrze.

Wiadomo, o adopcji nie było teraz mowy. Zofia by tego nie zniosła. Czy ktoś zapełni miejsce po Szymonie? Nigdy. Jego portret stoi w kwiatach pośrodku salonu; żona siedzi przy obrazku, pali świeczki, chodzi do kościoła, codziennie na cmentarz. Osiem lat wcześniej była ciąża pozamaciczna, po operacji nie mogła mieć dzieci.

A Piotrek i matki, i ojca nie miał nigdy…

Było jasne, że to zupełnie inny chłopiec niż Szymon grubiański, szorstki, czarnooki. Ale Marian słyszał jego relacje miał czyste, jasne serce.

Zosiu, byłem dziś w szpitalu. Wypuścili Piotra. Długo go trzymali, ale wypuścili.

Po co? Po co tam pojechałeś? spojrzała zdziwiona.

A bo… odebrać dokumenty Szymona. Słyszałem, Piotrek urządził awanturę, gdy dowiedział się, że Szymona nie ma. Wszystkich tam obwiniał.

Głupi dzieciak westchnęła Zofia.

Pewnie… przytaknął Marian.

Daj mi czas. Powoli się z tym godzę. Pracuj spokojnie.

Dobrze.

Nie mów mi o żadnych dzieciach, dobrze?

Marian się nie odezwał więcej, ale… Po weekendzie pojechał do domu dziecka. Coś go tam ciągnęło. Słuchał historii Piotra i wiedział, że łatwo nie będzie. Ale niewiele z tego wyszło Piotra nie pozwolili mu zobaczyć. Wychowawczynie patrzyły podejrzliwie, pytały o zamiary. Dyrektorka była niechętna, choć tłumaczył, o co mu chodzi.

Ale to go nie zniechęciło raczej podziałało jak płachta. Przypomniał sobie koleżankę z liceum, Teresę Sawicką, która pracuje w fundacji zajmującej się wsparciem dla rodzin adopcyjnych.

Znalazł jej adres i już następnego dnia zapukał. Sporo rozmawiali. Teresa wszystko zrozumiała, współczuła, obiecała zdobyć informacje o Piotrze, ale podkreśliła: najważniejsze jest przyzwolenie żony i samego chłopca. Bez tego nie ma sensu próbować.

Mimo to Marian nieustępliwie poszedł do opieki społecznej, dostał listę formalności do rozpoczęcia adopcji. Pracownicy byli tym razem otwarci i pomocni. Obiecali zorganizować spotkanie.

O wszystkim nie mówił żonie. Ale ojcu i siostrze Lili opowiedział. Lila się ucieszyła chłopak jej przypadł. Obiecali spróbować porozmawiać z Zosią.

Zosia jednak płakała za każdym razem, gdy pojawiał się temat Piotra.

On nie zastąpi Szymka. Nie rozumiesz?

Ale nikt nie mówi, że zastąpi. Jest sierotą, my teraz też… On trudny, dom dziecka go ukształtował. Ale jeśli słyszałabyś, jak rozmawiał z Szymonem, jak mu zależało! Jakby marzył, żeby Szymon wyzdrowiał! Chłopak mnie, dorosłego faceta, podnosił na duchu. Nawet nie wiem, jak ci tłumaczyć… Może poznajmy go? Proszę.

Nie naciskaj na mnie…

I to był pierwszy ustęp.

Na pierwszym spotkaniu w gabinecie dyrektorki Piotr był bardzo spięty: unikał wzroku, aż pobielały mu palce. Nawet dłoni nie podał Marianowi.

Była z nimi Teresa. Nie przeszkadzała, siedziała w kącie. Marian patrzył na Piotra i czuł, że ten ledwo wytrzymuje. W szpitalu był zupełnie inny.

Chciał objąć go, powiedzieć: Nie bój się…. Ale nie wiedział jak, spojrzał na kobiety szukając wsparcia. Zofia obserwowała chłopca poważnie, Teresa milczała, oceniał. Marian więc zagadywał o głupotach, byle rozluźnić atmosferę.

Piotr był tak spięty, że odesłano go wcześniej.

Taki to groźny śmiałek…

On chyba nie chce do nas. Co? zapytał Marian zrezygnowany w drodze powrotnej.

Myli się pan powiedziała Teresa. On cicho marzy o tym, żeby zabrać go do siebie. Boi się tylko, że nie sprosta, nie będzie dość dobry.

Tacy straszni jesteśmy? spytała Zofia.

Jesteście prawdziwą rodziną, czego on nigdy nie miał. Nie wie, jak się zachować. Teraz myśli tylko o was zapewniła Teresa.

Uznano, że Piotr przyjedzie z wizytą. Jeszcze nie dał zgody. Zofia bardzo się wahała.

Przywiózł go Marian. Usiedli przy herbacie. Piotrkowi dłonie się pociły, patrzył cały czas w kubek, bał się cokolwiek jeść czy spojrzeć na piękny stół, wszystko było takie… rodzinne. Brakowało mu miejsca dorośli byli blisko, za blisko.

Najbardziej bał się Zofii.

Kiedy Marian upuścił łyżeczkę, Piotrek wzdrygnął się i mruknął:

Ja pierniczę.

Marian podchwycił.

E, masz rację! Lewa ręka, ciamajda ze mnie. Piotr, jedz, ziemniaki dobre!

Piotr włożył kawałek do ust, ale żuł niepewnie, długo nie mógł go połknąć.

Bracie, odetchnij…

Piotr, chcesz zobaczyć pokój Szymka? zapytała nagle Zofia.

Piotr się ożywił, oczy mu zabłysły, skinął głową.

Wszedł do pokoju Szymona i od razu rzucił mu się w oczy duży portret. Trochę inny niż w szpitalu, patrzył jasno i wesoło. To było cudowne zobaczyć znowu przyjaciela takim żywym. Jakby mówił: Nie bój się. Jestem tutaj.

O, Szymek! Cześć! podszedł, dotknął ramy, spojrzał na Zofię, Tutaj wydaje się grubszy.

Tak, nie zawsze był taki chudy. To już przed… nie umiała wymówić śmiercią.

Przed śmiercią, tak? dopytał wprost, głaszcząc ramę portretu. A pokaże mi pani, jak tu mieszkał?

Zofia nie zrozumiała, pobiegła po album ze zdjęciami.

Wiesz co, ja teraz nie będę patrzeć, dobrze? Nie potrafię. Ty oglądaj sam.

Piotr usiadł na kanapie, otworzył album. Zofia podeszła do okna.

To on? Malusi taki. On?

Zosia musiała podejść, usiadła koło niego i zaczęli wspólnie oglądać zdjęcia, choć myślała, że nie zdoła.

Śmieszny, fajny…, super…, Piotr komentował.

Pytał o wszystko.

Nagle podnosząc zdjęcie z morza, krzyknął:

O, morze! Mówił mi, że byliście nad morzem.

Zofia pokręciła głową ze smutkiem.

Mówił ci? Piotr, on już dawno nie mógł mówić.

Piotrek podniósł spojrzenie, zrozumiał, że przecenił swoją fantazję, zawstydził się i uparcie wyszeptał:

Ale mi mówił.

Zofia nie chciała z nim dyskutować. Spokojnie przeglądała zdjęcia syna, wręcz z radością. Przestała się bać, ból ucichł; z tym naiwnym chłopcem jakoś łatwiej się godziło.

Nabrała odwagi i zapytała:

Piotr, gdybyśmy chcieli cię adoptować, zgodziłbyś się?

Znów się spięł, przerzucał kartki w albumie przez chwilę.

Nie wiem. Szymek był fajny. Ja taki nie jestem. Nie umiem…

Zofia nagle objęła go, przytuliła.

I dobrze. Nie będziesz zamiast Szymka po prostu będziesz naszym przyjacielem.

Piotr bał się nagłego uścisku. Drętwiał, jeśli nie liczyć bójek nikt go od dawna nie dotykał. Poczuł zapach kobiety, ciepło rąk.

Chcąc się oderwać, ściskał album i przerzucał kartki na ślepo, a ona nie puszczała, delikatnie kołysała.

Piotrek nigdy wcześniej nie płakał.

Ale teraz coś go ścisnęło w gardle i nagle pociekły łzy. Szlochał.

Płaczesz? Piotrusiu, płaczesz? No już, nie płacz, bo i ja się rozryczę. Trzymaj się, jesteś facetem! Musisz być silny! ocierała łzy z jego twarzy.

Te słowa już kiedyś słyszał.

Okno było otwarte. Czyste powietrze nadymało firankę, zieleń drzew uspokajała, a z portretu łagodnie patrzył przyjaciel Szymon.

I Piotrek, jak malutki, zapytał:

Zna pani może tę piosenkę? “Koteczku, kocie, ogonek szary, lulaj, lulaj. Ogonek czarny, łapki białe…”

Znam. To kołysanka Chcesz, żebym się jej nauczyła?

Piotrek pociągnął nosem i pokiwał głową. Czegoż więcej mógłby chcieć…

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Pietka. Opowiadanie