Papierki po cukierkach

Papierki po cukierkach

Noś ty i papierkowy chłopaczek, Igorku! Bat by ci się przydał, aż skóra by spadła, ale nie ma komu i nie ma kiedy! Do takich lat dożył, a rozumu nie przybyło!
Babcia Kazia splunęła pod nogi sąsiadowi i kulejąc na bolącą nogę, powlokła się do siebie. Swoje zrobiła, a reszta niech sumienie mu podpowie, jak powinien żyć. Ludzie rozumu nie dali, może los go nauczy.

Do czego to doszło? Matkę rodzoną do domu opieki oddać? Gdzież to widziano? Owszem, Halina już leżąca, ale on jej syn czy jakiś wujek przypadkowy? Tylko złość bierze! Gdyby miała siły nie zawahałaby się ani chwili i zabrała przyjaciółkę do siebie. Ale co zrobić…

Żal Zuzi. Dobra to dziewczyna, ale też przecież nie koń wszystkiego nie da rady udźwignąć sama. I tak została w wiosce, nie wyjechała na studia, gdy matka zachorowała. Najpierw wyjechała, ale potem wróciła. Nie mogła zostawić mamy i babci. Pomagała, wiedząc, że Kazia by z córką nie dała rady. Ze sobą ledwie sobie radzi. Po złamaniu nogi dwa lata temu jeszcze gorzej. Wcześniej też ledwie chodziła, a teraz to już wcale niedobrze.

Młodsza córka proponowała zabrać Kazię do miasta, ale odmówiła. Gdzie ona się tam pomieści? Mieszkanko ciasne, dla nich ledwo miejsce starcza. Zięć dobry człowiek, lecz niezbyt przebojowy. Tyra, ale z tego niewiele wynika. Dwójkę dzieci mają, ledwo się utrzymują, a Kazia już im nie pomoże gospodarstwa już nie prowadzi, dzieciom nie pomaga, tylko ruina po niej została… Zuzia się denerwuje, gdy babcia tak o sobie mówi, ale czemu się gniewać, jak to prawda? Zdrowia nie ma, sił ubywa. Ledwo rano z łóżka wstanie, patrzy przez okno, myśli: W kupkę, w kupkę! Wstaje, idzie!.

Dobrze jeszcze, że Zuzia, wnuczka, lekka i zwrotna niczym kózka. Zanim Kazia się ruszy, ta już po domu się uwinie, matce pomoże i pędzi do pracy. Zawsze taka była od małej.

Kazia urodziła swoją starszą córkę, mamę Zuzi, późno już nie spodziewała się potomstwa. Mąż pierwszy odszedł. Kazia żałowała, ale nie za mocno on jej nigdy szczególnie nie kochał, ona za to całą sobą.

Kazia młoda, śliczna była jak zorza. Najpiękniejsza we wsi, chłopaki biegali za nią po szkole, ale ona siebie szanowała miłości czekała. Myślała, że już zaraz pojawi się ten jedyny, ale czas płynął, a on nie przychodził. Głowę coraz niżej musiała chylić przed wyrzutami matki.

Czego wybrzydzasz? Zostaniesz starą panną!

Ale jak tu z nieukochnym iść?

A wtedy wrócił z wojska chłopak z sąsiedniej wsi Kazio go nawet nie znała. Mieszkał z rodzicami gdzie indziej, po wojsku wrócił tylko do dziadków. Dlaczego nikt nie wiedział.

A ona przepadła. Raz zobaczyła Leszka i spać nie mogła. Zakochała się…

On długo nie zwlekał jak tylko ją wypatrzył, to do swatów posłał. Matka Kazinej szczęśliwa była wreszcie! Dziewczyna już wiekowa, a nadal sama.

Wesele było huczne i wesołe. Kazia szczęścia nie wiedziała, gdzie ukryć. Dopiero po chwili zauważyła szepty przy stole. Gdy teściowa ją wzięła za rękę i podprowadziła do kobiety w czarnej chuście, Kazi aż się oddech urwał, serce zatrzymało. Czego tu nie rozumieć?

Leszek potem jej wyjaśnił do wojska szedł od narzeczonej, ale nie uwierzył, że to jego syn się jej urodził terminy się nie zgadzały, rodzina przekonywała, że nie jego. Po czasie matka Leszka jednak poszła do owej niedoszłej synowej w łóżeczku spał mały Leszek, do ojca podobny. Ale nic już zmienić nie można było.

Narzeczona Leszka z nim nie chciała być, nie wybaczyła zdrady. A o tym, że matka zabrała wnuka na ślub byłego narzeczonego też nie wiedziała.

Po co? spytała Kazia, dotykając uchwytu wózka.

Żebyś wiedziała, za kogo wychodzisz.

Jaką korzyść miała przynieść jej ta wiedza, Kazia nie zrozumiała. Męża kochała, a co było przed nią gdzie święci są? Źle postąpił, jasne, ale czy nie człowiek on? Bez prawa do błędu?

Kontaktu z synem Kazia nigdy Leszkowi nie zabraniała, ale on nie wykazywał chęci. Szybko Kazi pojęła, że Leszek miłuje tylko siebie, reszta jakby tło do obrazu.

Przyczepić się do niego nie było o co: gospodarz, dom zasobny, ale szczęścia nie ma.

Przez piętnaście lat Kazia nie poczuła u męża ciepła. Jakby był, a jakby nie. Pusto i głucho.

Póki była nadzieja na dzieci, wmawiała sobie, że to chwilowe. Ale gdy Leszek mimochodem rzucił, że skoro nie umie rodzić, nie jest kobietą, Kazia zrozumiała, że życie jej w puste drogi się zwraca.

Rozstali się szybko, tak, że nie wszyscy we wsi zauważyli. Leszek wyjechał, dom zostawił Kazi, przeprosił.

Nie miej żalu. Winni jesteśmy oboje, ale ja odpowiadać powinienem.

Kazia nigdy do końca nie wybaczyła, ale na sercu lżej. Co zrobić, taki los? Urody Pan Bóg dał dużo, szczęścia… zabrakło.

Dwa lata żyła sama. Chodziła po wsi z głową podniesioną, plotki ignorowała. Nastały inne czasy! Mąż odszedł nie koniec świata.

Tylko serce bolało. Chciała wracać do domu, gdzie czeka głos ludzki.

Do Staszka zbliżyła się powoli oboje nie młodzi już. Przyjezdny, nie wiadomo, co za dusza. Sam żył, po wsiach nie chodził, dom po dziadkach wyremontował, gospodarstwo miał. Pomagał trochę ludziom, sam o pomoc nie prosił. Spokojny i uprzejmy, nigdy z pustymi rękami nie przyszedł, coś zawsze naprawił, podłubał.

Kazia uznała, że gorzej już być nie może, a samotność, cóż, dobija. Przynajmniej nie będzie sama na starość.

Po nowym małżeństwie niczego nie oczekiwała, lecz los zagrał z nią, figurę postawił i wydał niespodziewane szczęście.

Pierwszą córkę Halinę nosiła prawie nieświadomie. Zawsze było dziwnie, miesiączki nieregularne. A chodziła lekko, bez mdłości. To właśnie Halina, sąsiadka zauważyła, że coś z Kazią nie tak.

Ty chyba ciężarna, Kaziu! westchnęła kiedyś Halina, widząc, jak Kazia się zachwiała, przymykając oczy od słońca.

Co ty! Niemożliwe!

Moja babka mówiła, nie zawsze wina kobiety. I lekarze też. Może to z Leszkiem nie miałaś mieć dzieci? Powinnaś do miasta pojechać i sprawdzić.

Wróciła z miasta inna. Idzie przez wieś, ludzie oglądają się promienieje! Druga córka przyszła po Halinie i Kazia już przestała się kryć pod spojrzeniami.

Dziewczynki swoje kochała bardzo. Chociaż jak inne na drzewo, do kałuży, do rzeki latem nigdy nie krzyczała, nie biła. Wody nalała, mydło dała, nauczyła prać skarpetki. Jak rozprują, igłę dostaną: co nie umiesz, nauczę.

Staszka zabrakło, gdy młodsza córka za mąż poszła. Pojechał do miasta ją odwiedzić, nie wrócił zginął wracając w wypadku.

Kazia bardzo to przeżyła. Gdyby nie dzieci, za mężem poszłaby chętnie. A tak wytrzymała. Po roku starsza córka Zuzię urodziła i znowu zaczęło się życie.

Wnukami żyła. Córka młodsza w mieście, tylko na święta i wakacje przyjeżdża. Zuzię miała na co dzień.

Dziewczyna wyrosła cała babcia Kazia! Uroda, postawa, ale charakter twardszy. Uparciuch jak coś postanowi, to koniec!

Jak długo o naukę chodziło dobrze, ale kiedy dojrzała, było już trudniej.

Bo Zuzia zakochała się bez pamięci. W kim? W sąsiedzie, Igorku. Ten pięć lat starszy, już dorosły, Zuzia dopiero szesnaście skończyła. Jakie ona mogła mieć pojęcie? Ale powtarzała, że kocha.

Igor na Zuzię nie zwracał uwagi, ot sąsiadka, jeszcze dzieciak. On miał już swoje zaloty.

Basia, której Igor się podobał dziewczyna ładna, umiała się ubrać, zaprezentować. Ojciec jej dogadzał jedynaczka, więc czemu nie rozpieszczać?

Tylko że to Basi nie służyło była dumna i wyniosła. Igora na dystans trzymała, ale po czasie coś się wydarzyło.

Miała adoratora z sąsiedniej wioski, tak samo rozpieszczonego. Chodzili czasem razem, do kina lub na potańcówkę. Któregoś razu pojechali motorem i zniknęli na noc. Basia wróciła nad ranem, pobita, w podartym ubraniu.

Nikt o tym nie wiedział, poza Kazią. Ta nie spała, wstała przed świtem do ogrodu. Patrzy Basia skrada się opłotkami.

Minęła Kazię, nie spojrzała, przez grządki przeszła.

Tydzień później cała wieś huczała szykują szybkie wesele Basi.

Igor szczęśliwy był, ale Halina nie cieszyła się:

Kazio, to nie bez okazji. Co synowi powiem? Słuchać nie będzie. Swoją drogą, jeśli Basia coś zrobiła, to przecież z nieszczęścia, a nie z radości do nowego. Ale mnie żal Igora. On ją kocha, nie śpi nocami.

Kazia tylko słuchała, milczała. O tym, że Basię widziała, nikomu nie mówiła w domu działy się gorsze rzeczy.

Zuzia oszalała ze smutku. Albo cały dzień wyglądała przez okno na dom Igora, gdzie przygotowywano wesele, albo leżała twarzą do ściany i łkała bez łez.

Kazia próbowała ją namówić, żeby pojechała do ciotki do miasta. Jedyna nadzieja, że tam zostanie, wyjdzie za mąż, już nigdy nie wróci i Igora nie zobaczy. Ale dziewczyna nie chciała słuchać babci i matki.

Czego czekała nie wiadomo.

Wytrzymała do dnia wesela. Przyszła z matką i babcią, suchych oczu nie miała. Stała z boku, nie siedziała do stołu, na pytania koleżanek nie odpowiadała. Wyszła wcześniej do domu.

Matka zaraz jej brak zauważyła, pobiegła za nią przerażona.

A Zuzia zdziwiła i tym razem spakowała walizkę, pożegnała się i wyjechała do miasta. One płakały na odjezdnym, ale machnęły ręką i postanowiły czekać.

Czas goi rany.

Może uleczyłby i Zuzię, ale nie dano jej szansy. Ledwo się w nowym miejscu zadomowiła, wydarzyło się nieszczęście matka trafiła do szpitala. Nie wróciła o własnych siłach.

Zuzia znowu wróciła. Babcia sama, zdrowie kiepskie, jak tu z chorym leżącym sobie poradzić?

Jedyną obawą było, by Igor z żoną nie wrócili do wsi. Tymczasem los się zlitował wyjechali.

Zuzia rozpakowała walizkę, uporządkowała dom, ułożyła matkę wygodnie, postanowiła iść do pracy do gospodarstwa. Co robić po szkole tylko tam można było znaleźć pracę. Fachu żadnego, a w wiosce i tak mało roboty.

Pracy się nie bała, zwierzęta lubiła. Mając świadomość, że pensji nie starczy, zaczęła własne gospodarstwo. Jak mogła nie zacząć?

Tak żyły. Zuzia pomagała Halinie, ile mogła. Ta po śmierci męża ledwie żyła. Syn daleko rzadko odzywał się. O dzieciach rzadko pisał, tylko przelewy robił, zapytał, jak matka. O jego życiu Halina nic nie wiedziała, tylko tyle, że Basia urodziła syna i córkę, ale Haliny wnuków nie widziała. Raz przez to, że Basia nie chciała do wsi wracać, raz, bo Igor słabo sobie radził. Pracował jako kierowca ciężarówki, nie wychodził z tras, by zarobić. Halina umiała między wierszami wyczytać, jak mu ciężko. Nigdy wprost nie narzekał, ale matka czuła.

Albo troska o syna Halinę załamała, albo coś innego do łóżka przywiązało ją na stałe. Zuzia załatwiła jej miejsce w szpitalu powiatowym. Odwiedzała ją, wracając do domu płakała. Lekarze nie mieli dobrych wieści.

Kazia napisała od razu, gdy Halinę zabrali. Ale czy list zaginął, czy co syn nie przyjechał, nawet nie dał znać. Kazia napisała drugi list, a potem powiedziała Zuzi:

Widać wyrzekł się matki. Nocna kukułka zawsze lepiej kuka Ech, papierkowy! A człowieka z niego miałam za takiego…

Babciu! Daj spokój! Uczyłaś mnie, żeby nie malować ludzi smołą, póki nie udowodnisz winy. Poza tym nie warto. Sama dusza czystsza. On sam się rozliczy. A teraz?

Nie wiem, kochanie. Nic już nie wiem. Nigdy bym nie pomyślała, że tak Matkę potraktować może. Przecież taki łagodny był. Klawę kochał… Gdzież to wszystko się podziało?

Skąd to papierkowy mu została?

Ach, to dawna historia. Dlatego też nie myślałam, że Igor tak upadnie.

Opowiedz!

Co tu opowiadać Był chłopczykiem, z 6-7 lat. Wtedy dzieciaki zbierały papierki po cukierkach. Kolekcje całe, ciężko było zdobyć. Czasy ciężkie, żyło się od wypłaty do wypłaty, cukierki widziało się głównie w święta, głównie najprostsze, te z czekoladą rzadziej. Dzieci je szanowały, wymieniały się na coś cennego. No a Halina miała wtedy kury, ale nie byle jakie! Dwie rasowe, piękne białe jak śnieg, z koroną z piór na głowie. Halina w nich zapatrzona, nie wiadomo, gdzie mąż je zdobył.

A tu nieszczęście: najlepszy kolega Igora miał psa, strasznego łobuza, ponoć rasowego. Ojciec przywiózł go z miasta, podobno myśliwski kto tam wie. Chodzili z nim tylko po wsi, a pies rzucał się na wszystko. Kiedyś Igor zaprosił kolegę, a ten przyprowadził psa. Poleciały po podwórzu pióra Haliny…

Babciu, nie mów…

Tak, dziecko zadusił obie kury! Halina płakała bardzo. Syna nie potępiła, ale z nikim dwa dni nie rozmawiała. A Igor?

Co?

Oddał wszystkie swoje papierki koledze, tego, którego ojciec w miasto jeździł. Poprosił, żeby go kiedyś zabrał ze sobą, jak znów będą jechać. Wysypał skarbonkę i przywiózł z miasta nową rasową kurkę matce.

Brawo!

A jak! Halina szczęśliwa była, nie o samą kurę chodzi, ale o to, że syn człowiekiem się okazał. A teraz co? Dokąd to się w ludziach podziewa, Zuziu? Kazia ponarzekała, lecz wnuczki nie chciała słuchać więcej.

Jakim synem jest ten, co matce chorej nie pomoże?

Ale zaniemówiła, gdy po tygodniu po chorej Halinie przywieźli ją z powrotem do domu. Zuzia dogadała się z pielęgniarką, jeździła do miasta, zorganizowała transport. Cóż było robić dłużej czekać nie mogła, bez zgody rodziny nie mogła też Haliny nigdzie oddać.

Igor przyjechał nieoczekiwanie. Zuzia zdążyła się już przyzwyczaić do dwóch chorych. Najpierw z mamą się uporała, potem do Haliny podchodziła. Kazia wprawdzie się złościła: Zmęczysz się, ale jak zostawić człowieka? Przecież nie obca jest. Matka Igora…

Sprzątała Zuzia podłogę w domu Haliny, gdy drzwi w sieni się otworzyły. Wbiegł malec, zostawił ślady na mokrej podłodze, patrzy jej prosto w oczy:

Czy ty moja mama?

Pytanie to tak prostą miało prawdę, że Zuzia oniemiała, trzymając ścierkę.

Sąsiadka, Igor zatrzymał córkę i przywitał się z Zuzią. Wybacz, że tak późno. Maks leżał w szpitalu, nie mogłem go zostawić. A Milkę też nie miałem komu powierzyć.

A Basia? wyrwało się Zuzi, zaraz tego pożałowała.

Co jej do jego spraw?

Nie ma Basi. Odeszła z nowym mężem. Zostałem sam.

Sam? A dzieci? Zuzia odetchnęła patrzył na nią już nie ten humorzasty chłopak spod płotu, tylko dojrzały mężczyzna z dziećmi u boku.

Racja, co ja opowiadam… Zostały ze mną. Śpią w łóżku? wskazał na halinię, schylił się i zdjął buty córce.

Śpią. Są zmęczone. Lekarze mówią, że Halina powinna więcej odpoczywać, a jak dla mnie powinna by się rozruszać. Zawsze była pełna energii. Teraz tylko leżenie.

Już się przewróciłam od leżenia! rzuciła Halina, a Zuzia zaczęła się zbierać Igor tu, a pora jej do domu.

Szybko dokończyła, postawiła na stole świeżą zupę i mleko dla dzieci, po czym wybiegła nie miała sił na rozmowy.

Myślała, że przez tyle lat serce się jej uspokoiło nieprawda. Zrobiło się jej nieswojo bała się. On już był innym mężczyzną, ona najedzoną losem kobietą. Obaj się zmienili. Mądrzejsi? Kto wie.

Następnego dnia Halina powiedziała Kazi, która przyszła o lasce,
że chce poprosić syna, by zawiózł ją do domu opieki.

Kazia się oburzyła, zbiła. Wyszła na ganek, zawołała Igora, splunęła mu pod nogi i poszła. Nie chciała już go widzieć. Ani pytań więcej nie dała zadać Zuzi.

Szkoda tłumaczyć! Co za syn, co matkę w dom starców wywozi?! Kazia się rozpłakała.

A Zuzia, jak stała w podomce, wybiegła w galoszach na sąsiednie podwórko.

Igor! Igor! stanęła w progu, rozwichrzona, piękna jak wiosna. Co ci to do głowy przyszło? Nie oddam pani Haliny! Nawet nie myśl! Nie wyjeżdżaj. Damy radę. Jeden chory, czy dwóch, wszystko jedno! Jeszcze jedno łóżko postawię, koniec! A ja…

Urwała, widząc śmiech i łzy Haliny i uśmiech Igora.

Aferę robisz! Spokojnie, Zuziu! Halina otarła łzy. On nie chciał mnie oddać ja chciałam! Nie chciałam być ciężarem. Sima się nadąsała i wybuchła!

Zostaję, Zuziu. Gdzie ja od matki?

Naprawdę? Zuzia zgłupiała, spojrzała na torbę. A to co?

Trzeba do domu, do miasta wrócić, sprawy zawodowe pozałatwiać. Dzieci zabiorę. Ale pielęgniarz się zobowiązał, że popilnuje matki.

Tutaj Zuzia pokazała twardą stronę.

Podeszła, spojrzała prosto Igorowi w oczy:

Dzieci nie będziesz woził. Zostają ze mną. I będę czekać. Rozumiesz?

Rozumiem patrzył na nią tak, jakby pierwszy raz ją zobaczył. Jak mogłem cię przegapić? Nie dostrzegłem…

Okulary sobie kup w mieście! złapała dziewczynkę za rękę. Idziemy do babci? Pyzy już rosną na cieście. Lubicie? No to dobrze!

Po paru latach Igor wyprowadzi najpierw Halinę, potem teściową na ganek.

No, mamusie! Ostrożnie. Widzicie, jakie fotele sprowadziłem z miasta!

Można siedzieć, leżeć i cały dzień na powietrzu!

Wspierając Halinę, Igor posadzi ją w leżaku, potem nasłuchuje:

Obudzili się młodsi, a Zuzi jeszcze nie ma. Idę zobaczyć, o co krzyczą.

A Zuzia długo jeszcze?

Dzisiaj ostatni egzamin. Powiedziała, że będzie w pierwszej piątce, to wróci szybciej.

Samochód zatrzyma się przy furtce, dzieciaki z drzewa, które zbierają czereśnie na przyszły dżem wedle babcinego polecenia, zbiegną, krzycząc:

Mama! Mama wróciła!

I Zuzia, już nie ta nieśmiała dziewczynka, która drżała na widok Igora, rozłoży ramiona do swoich pociech i mrugnie do męża:

Piątka!

Kto by wątpił! skwitował Igor i pobiegł do domu.

Bliźnięta, istotnie rozważne całe w matkę, ale cierpliwości nie odziedziczyły. Po tym na pewno tatusia.

Też niezłe papierki po cukierkach!©A wieczorem, gdy dom zasnuje się zapachem ciasta i stare zegary zaczną wybijać ciszę, Kazia usiądzie na werandzie z kubkiem herbaty. W spojrzeniach trzech kobiet babci, matki, córki cicho zatańczą wszystkie lata, które przeżyły, i te, których już nie zdążą.

Z ogrodu dobiegną przekomarzanki dzieci; czasem i płacz się wplącze, bo spadnie czereśnia, bo pies wywróci bańkę z mlekiem, bo ktoś, tak jak kiedyś Igor, odda coś cennego, by naprawić, co popsute.

Kazia westchnie już nie z goryczy, a wdzięczności. Za każdą stratę zwróconą z nadwyżką gdzieś na zakręcie życia. Podpatrzy wnuczkę przy ogniu kuchennym, jak Zuzia z uśmiechem łamie drożdżówkę na pół i podaje dzieciom. Podziękuje w myślach tym, których nie ma Staszkowi, Leszkowi, nawet samej sobie, z lat minionych.

Bo choć życie nie dało jej wszystkiego, co wyśniła i czasem w ścieżkach ludzkich pogubiły się serca jak te papierki po cukierkach to jednak w ostatnim blasku dnia zobaczy, że tam, gdzie brakuje sił, zawsze znajdzie się ktoś, kto podniesie, pomoże, ukocha.

I z tego kruchego szczęścia, gdzie miłość przechodzi z rąk do rąk, rozlegnie się w duszy Kazii cichy śmiech:

No, patrzcie tylko Tyle po drodze pogubiliśmy, a i tak babcine papierki wracają na stół. Znowu jest komu dzielić się słodyczą.

A nad nimi rozedrgane powietrze będzie śpiewać o tym, że w tym domu, choćby nie wiem co, szczęście zawsze znajdzie drogę powrotną nawet przez najbardziej potargane i poplamione papierki po cukierkach.

Oceń artykuł
NewsEmpire24
Papierki po cukierkach