Aneta zostawiła pikap przy starej bramie sadu, zarzuciła na ramię torbę i ruszyła w stronę dzikich malin. Miała do przejścia jakieś pół kilometra, a potem rząd zaniedbanych grządek, na których podobno od lat nikt nie sadził nawet czosnku. Zbierała sadzonki do swojego małego sklepu ogrodniczego w Olsztynie — nie codziennie trafiało się coś takiego.
Szła wolno, bo po nocnym deszczu ziemia była śliska. Przystanęła przy starym przejściu, żeby poprawić rękawicę. I wtedy usłyszała głos Marka. Jej męża. Mówił ciepło, tak jak mówił do córki, kiedy ta nie mogła zasnąć.
— Wszystko się ułoży, obiecuję. W przyszłym miesiącu coś wymyślę. Tęsknię za tobą, naprawdę.
Aneta cofnęła się o krok. Serce uderzyło jej w gardle, ale nie pisnęła. Wyjęła telefon i włączyła dyktafon. Nagrała półtorej minuty. Potem, jakby nigdy nic, wróciła po drugiej stronie żywopłotu i zawołała:
— Chodź zobaczyć, co znalazłam!
Marek odwrócił się z uśmiechem. Schował telefon do kieszeni.
— Zaraz, tylko sygnał sprawdzę. Mamy tu w ogóle zasięg?
— Mamy — powiedziała spokojnie. — Dzwoniłeś?
— Nie, pisałem. Robota.
Skłamała: zasięg był ledwo jedną kreskę. Ale to wystarczyło.
Wieczorem Aneta siedziała w kuchni i patrzyła na kalendarz. Za oknem, nad blokami przy ulicy Sikorskiego, zapadał zmierzch. Córka Ola spała w pokoju obok. Na parapecie stała miska z malinami — Aneta zebrała je przy okazji, ale bała się ich dotknąć. Czuła, że wszystko w tym domu smakuje inaczej.
Następnego dnia Marek zaproponował wspólny wyjazd do marketu budowlanego.
— Tylko ty, ja i Ola — powiedział, wrzucając kluczyki do ręki. — Jak dawniej.
Aneta wsiadła do auta. Z przodu pachniało sosnowym odświeżaczem, który Marek zawsze wieszał na lusterku. Z tyłu Ola rysowała coś w notatniku. Aneta wyglądała przez okno. Mijała przystanek autobusowy przy szpitalu dziecięcym, żółtą reklamę skupu złomu, sklep z bielizną, w którym zawsze wisiały te same gorsety.
— Mamo, kupimy mi farbki? — zapytała Ola.
— Kupimy, kochanie.
— I żwirek dla chomika.
— Żwirek też.
Marek się roześmiał.
— Widzisz, jak z nią gadasz? Od razu mięknie. Musisz być twardsza.
Aneta uśmiechnęła się kącikiem ust. Tego popołudnia wiedziała już, że nie chodzi o farbki.
Zabrała Oli kurtkę, poprawiła jej szalik. Sklep pachniał wilgocią i farbą. Mężczyzna przy stoisku z narzędziami pokazał Markowi nowy wkrętak akumulatorowy. Aneta patrzyła na męża i myślała: „Ty naprawdę potrafisz stać tu i wybierać wkrętak, jakbyś nie mówił innej kobiecie, że za miesiąc się z nią ułożysz.”
Przez cały tydzień robiła zdjęcia. Skrzynki z wiadomościami, połączenia, rachunki. Marek nie zmieniał hasła do telefonu — ich rocznica ślubu. Otworzyła aplikację bankową. Kilka przelewów na konto o nazwie „Iwona K.”, w sumie osiem tysięcy złotych w pół roku. Znalazła kobietę w mediach społecznościowych. Iwona z Gdańska, po trzydziestce, pracowała w biurze nieruchomości. Prowadziła profil z podwójnym nazwiskiem i zdjęciami z wakacji. Uśmiech taki, jakby nigdy niczego jej nie odebrano.
Aneta nie pisała. Najpierw chciała wiedzieć, czy tamta w ogóle wie.
Kiedy Marek wyjechał na dwa dni na targi ogrodnicze do Poznania, Aneta poprosiła sąsiadkę, żeby odebrała Olę ze szkoły. Sama wsiadła w pociąg do Gdańska. Kupiła bilet przy kasie, bo w internecie zawieszała się strona. W przedziale śmierdziało tapicerką i piwem. Przez szybę widziała, jak za Elblągiem robi się coraz ciemniej. Dojeżdżała w lekkim deszczu.
Znalazła Iwoną w biurze przy ulicy Długiej. Weszła, udając klientkę, która szuka mieszkania dla matki.
— Ma być parter, bo mama słabo chodzi — powiedziała.
Iwona pokazała jej trzy oferty. Potem zaproponowała kawę. Poszły do małej kawiarni za rogiem. Aneta zamówiła czarną, bez cukru.
— Pani Ireno — zaczęła i urwała.
— Iwona.
— Iwona. Wiem, że spotyka się pani z moim mężem.
Kobieta trzymała filiżankę obiema rękami. Aneta zobaczyła, jak kawa chlupnęła jej na spodek.
— Z kim?
— Z Markiem. Mężczyzna po czterdziestce, jeździ srebrnym volkswagenem. Mówił pani, że jest po rozwodzie?
Iwona odstawiła filiżankę. Twarz jej zesztywniała.
— Mówił, że jest w separacji. Że wszystko jest skończone, tylko formalności zostały.
— Formalności mają na imię Ola. Dziewięć lat. Marek odwozi ją we wtorki na basen i zawsze zapomina zabrać okularki.
Iwona wyjęła telefon. Przewinęła zdjęcia. Pokazała Anetkę: Marek na molo w Sopocie, Marek z kieliszkiem wina, Marek w jej kuchni.
— Spędziliśmy razem sylwestra. Mówił, że jest sam.
Aneta wyjęła z torebki wydruki. Zdjęcia z komunii Oli, wspólne wakacje na Mazurach, korespondencję z banku.
— Nie przyszłam pani straszyć. Ale ten człowiek okłamuje nas obie.
Iwona siedziała z dłonią przyciśniętą do ust. W kawiarni ktoś potrącił krzesło. Kelnerka zebrała brudne filiżanki.
— Czego pani ode mnie chce?
— Chcę, żeby przestał. I żeby poniósł konsekwencje.
Umówiły się ponownie. Iwona nagrała rozmowę, w której Marek obiecywał, że za miesiąc „zamknie temat”. Aneta zebrała dokumenty. Wspólnie wynajęły adwokata.
Wróciła do Olsztyna w sobotę rano. Nie zdążyła się przebrać. W mieszkaniu pachniało wilgocią, bo ktoś zostawił pranie w pralce. Ola siedziała na dywanie i układała puzzle z kotem.
— Mamo, byłaś na wycieczce?
— Tak. Przywiozłam ci czekoladę z Gdańska.
— A tata?
— Tata wróci wieczorem. Czekaj, nalałam za dużo mleka.
Marek przyjechał po dwudziestej. Przywiózł tulipany z targów. Aneta włożyła je do wazonu i postawiła na parapecie. Nie powiedziała nic.
Zmieniła zamki w środę, kiedy Marek wyszedł na siłownię. Ślusarz, pan Zbigniew, przyjechał po siedemnastej. Aneta zapłaciła mu gotówką.
— Ciężko pani idzie, ten zamek stary — mruknął.
— Dlatego go wymieniam.
Marek zadzwonił do drzwi tuż po dwudziestej pierwszej. Ola spała. Aneta wyszła na klatkę. Ściany pachniały farbą olejną, bo sąsiad z parteru remontował łazienkę.
— Czemu klucz nie pasuje? — Marek trzymał w ręku reklamówkę z siłowni.
— Nie pasuje, bo wymieniłam zamki. Twoje rzeczy są w dwóch kartonach u sąsiadki. Odbierzesz jutro.
— Oszalałaś? Co się dzieje?
Aneta podała mu teczkę.
— To jest umowa o alimenty i wniosek o rozwód z orzeczeniem o winie. Do tego zgłoszenie do prokuratury o oszustwo. Przelewałeś jej pieniądze ze wspólnego konta.
Marek otworzył teczkę. Czytał na stojąco, oparty o poręcz.
— Ty to przygotowałaś?
— Adwokat przygotował.
— A Ola? Zostawiasz dziecko bez ojca?
— Nie zostawiam. Zostawiam przy tobie wyznaczone terminy. Dwa razy w miesiącu, po uzgodnieniu z sądem.
— Nie możesz mi zabronić…
— Mogę. I zrobię to.
Marek rzucił teczką o ścianę. Kartki rozsypały się po wycieraczce.
— Ty nic nie rozumiesz! To nic nie znaczyło…
— Osiem tysięcy złotych i trzy wyjazdy do Gdańska w ciągu pięciu miesięcy? To znaczyło.
— Wrócisz do mnie. Zobaczysz, że zrobisz to dla Oli.
Aneta stała w progu, oparta o futrynę. Trzymała w ręku telefon. Nagrywała.
— Wróćmy do środka. Pogadamy.
— Nie ma środka, Marek. Są papiery. Przyjdź jutro z prawnikiem. Możesz też przyjść z matką, jak wolisz.
— Zostaw ją w to nie mieszaj!
— Dobranoc.
Zamknęła drzwi. Po chwili usłyszała, jak Marek zbiega po schodach. Potem uderzył pięścią w drzwi. Aneta nie krzyknęła. Podeszła do pokoju Oli i nałożyła jej kołdrę, bo dziewczynka się rozkopała.
Sąd trwał trzy miesiące. Marek twierdził, że Aneta go szpiegowała. Adwokat Anety pokazał przelewy, nagrania i zeznania Iwony. Iwona przyszła w granatowej marynarce i płakała, kiedy mówiła, że Marek obiecywał jej wspólne mieszkanie. Sędzia nie miał pytań.
Aneta dostała rozwód z winy męża. Sąd zasądził alimenty w wysokości tysiąca dwustu złotych miesięcznie plus zwrot pobranych pieniędzy. Marek musiał też pokryć koszty postępowania. Jego rodzice nie odzywali się do Anety. Dobrze.
Iwona została w Gdańsku. Zmieniła pracę, wyprowadziła się z mieszkania wynajmowanego przez Marka. Czasem dzwoniła do Anety wieczorami. Milczały razem przez kilka sekund i to nie było nieprzyjemne.
Rok później Aneta siała aksamitki w małym tunelu foliowym, który postawiła z ojcem na działce. Pachniało ziemią i świeżym nawozem. Ola podlewała rozsady z plastikowej konewki. Obok stał stary fotel, który Aneta przeznaczyła do recyklingu.
— Mamo, a tata zadzwoni? — zapytała Ola, patrząc na telefon.
— Nie wiem. A chcesz?
— Nie wiem.
— To nie musisz wiedzieć. Możesz po prostu podlewać.
Aneta podniosła telefon i zobaczyła wiadomość od Iwony: „Był u mnie. Płakał. Pytał, czy wrócisz. Powiedziałam mu, że nie mam z tobą kontaktu.”
Odpisała: „Dziękuję.”
Potem otworzyła aplikację bankową i zobaczyła, że Marek przelał pierwszą ratę alimentów. Tysiąc dwieście złotych. Z wpisem: „Dla Oli.”
Aneta nie odpowiedziała. Przełączyła ekran, weszła do swojego sklepu i ustawiła hasło na nową promocję: „Sadzonki pomidorów — 5 zł przy zakupie od 50 zł.” Wpisała datę. Sprawdziła podgląd. Zapisała.
W tunelu zrobiło się chłodno, bo słońce zaszło za działki. Aneta wyjęła z kieszeni pęk kluczy. Czuła pod palcami metalowy, nowy klucz do bramy, który kazała dorobić zaraz po rozwodzie.
— Mamo, a dlaczego ta rączka jest taka zimna? — zapytała Ola.
— Bo z metalu. Chodź, wracamy. Umyję ci ręce, bo masz ziemię pod paznokciami.
Zebrała narzędzia, zamknęła tunel na kłódkę i podeszła do furtki. Wzdłuż płotu rósł dziki bez. Ktoś zostawił pod nim pustą butelkę. Aneta podniosła ją i wrzuciła do siatki na śmieci.
— Zawsze ktoś coś zostawi — mruknęła.
— Ale my zabieramy wszystko! — powiedziała Ola.
— Tak. My zabieramy wszystko.
Przy furtce obejrzała się na tunel, na grządki, na rozsypane wokół sadzonki. Dwa lata temu stała w tamtym sadzie i nagrywała głos męża. Dziś miała własne sadzonki, własne zamki, własne pieniądze.
Wsiadła do auta. Ola zapięła pas. Aneta przekręciła kluczyk i wyjechała na drogę. Jedno skrzydło furtki zostało otwarte. Nie wróciła, żeby je zamknąć.







